Rozmowa z trenerem Ostromecka/Astorii Wojciechem Krajewskim

- Spełniliśmy plan, awansując do pierwszej ósemki w kraju. Teraz moi zawodnicy żartują, że jeszcze nie zdarzyło się, żeby mistrzostwo Polski zdobył zespół, który startował do play off z dziewiątego miejsca - mówi pół żartem pół serio Wojciech Krajewski, szkoleniowiec koszykarzy Ostromecka/Astorii


Wojciech Borakiewicz: Po meczach z Czarnymi jest już pewne, że w kolejnym sezonie bydgoska drużyna ma pewne miejsce w ekstraklasie. To był najważniejszy cel.

Wojciech Krajewski: Kiedy przychodziłem do Bydgoszczy postawiono przede mną takie zadanie. Zrealizowaliśmy je, trudno więc nie być zadowolonym. Po meczach ze Słupskiem dotarliśmy w tym sensie do końca drogi. Ale z drugiej strony piłka jest w grze. Walczymy ze Śląskiem o półfinał. Nie ma więc nic lepszego, dotrzeć do wyznaczonego miejsca i jeszcze mieć przed sobą szansę na pójście dalej, widzieć przed soba światełko, do którego można podążyć.

Wyeliminowanie wrocławskiej Idei/Śląsk wydaje się jednak niezwykle odległe.

- Jednego jestem pewny. Moi koszykarze nie padną na kolana przed Śląskiem i nie poproszą o najniższy wymiar kary. Jedziemy do Wrocławia i zdajemy sobie sprawę, jak ciężko tam wygrać, jak klasową drużyną jest Śląsk. Jednak pierwszy mecz rundy zasadniczej, przegrany tak nieszczęśliwie pokazał, że nawet z wielki Śląsk można przestraszyć. Wiem i wszyscy zobaczyliśmy w Pucharze Ligi, w jakiej dyspozycji są teraz koszykarze Muli Katzurina. To główny kandydat do mistrzostwa, ale we Wrocławiu czekają nas teraz dwa mecze. Może akurat im jeden nie wyjdzie, a nam uda się wszystko. Moi gracze zagrają już teraz bez jakiegokolwiek obciążenia psychicznego, a to może pomóc. Jestem przekonany, że nie stoją na straconej pozycji. Szansa istnieje, pod warunkiem, że wszyscy zawodnicy wzniosą się na wyżyny swoich umiejętności.

Jest pan zadowolony z wyników, jakie zespół, grając pod pana opieką, osiągnął w rundzie rewanżowej i play off?

- Zapewnienie lokaty w ósemce daje zadowolemie. Z drugiej strony jednak pamiętam przegraną ze Spójnią, pamiętam spotkania w Krakowie, Włocławku czy Warszawie, które przegraliśmy w samych końcówkach oraz wysokie, kilkudziesięciopunktowe porażki z Prokomem czy Śląskiem. Z nich trudno być zadowolonym.

A czy myślał pan o kształcie zespołu na przyszły sezon?

- Najpierw murarz buduje dom, a dopiero potem ludzie się wprowadzają. Murarzami są szefowie klubu. W ich rękach leżą decyzje. Ja i koszykarze jesteśmy tymi, którzy się wprowadzają.

Zapytam w takim razie gra których zawodników podobała się panu najbardziej?

- U każdego z nich pamiętam momenty, kiedy byłem zadowolony i takie, kiedy spisywali się słabiej. Do mego przyjścia gwiazdą był Dante Swanson. Można mieć do mnie pretensje, że przyszedł Krajewski i Swanson przestał grać jak gwiazdor. Czwarte spotkanie z Czarnymi pokazało, że mógłby nim być zawsze, a gdyby jeszcze grał zawsze tak jak w niedzielę, bylibyśmy dużo wyżej w tabeli. Ustawicznie namawiałem go, żeby przestał kombinować. Miał korzystać z okazji do każdej czystej pozycji rzutu. Trudno go było przekonać, żeby uwierzył w siebie. W niedzielę wreszcie się udało. Rzucał, grał sam jeden na jeden z przeciwnikiem, a nie ciągle szukał podania do partnerów.

Jestem zadowolony z postawy Eda O'Bannona. Nie wyszedł mu jeden mecz na początku. W pozostałych jego waleczność, walka na tablicach dała wiele drużynie. Było wiele krytyki pod adresem Krzysia Wilangowskiego, ale ona się też skończyła.

Nad głęboką ocena przydatności koszykarzy w kontekście ich gry w tym i np. w następnym sezonie przyjdzie czas. To zależy przeciez od tego, czy ja pozostanę w Bydgoszczy, na kogo klub będzie stać. Ja mogę powiedzieć, kogo bym najbardziej chciał.

W takim razie niech pan to zdradzi. Możemy bezkarnie tworzyć dream-team, więc ja stawiam na "Mr Triple-double", czyli Kevina Garnetta z Minnesoty Timberwolves.

- Sam wolę Kobe Bryanta. Choć z drugiej strony ta jego sądowa sprawa o gwałt...