Stworzeni dla siatkówki

Jest środek nocy, Kubańczycy mają piłkę meczową, a my z mamą klęczymy. Klęczymy i modlimy się. Jak mogłem nie zostać siatkarzem? Jak mogę nie wierzyć, że dorównam ojcu i zdobędę dla Polski olimpijskie złoto? - mówi Grzegorz Wagner. W sobotę minęła druga rocznica śmierci jego ojca - Huberta.


To opowieść sportowca, który był skazany na klęskę. A w najlepszym razie na bycie "młodym Wagnerem". Bo czym przebić ojca - nieśmiertelną legendę polskiego sportu, autora sensacyjnego olimpijskiego triumfu siatkarzy nad drużyną znienawidzonego ZSRR, który obrósł mitami, może nawet najwybitniejszego trenera w historii?

Grzegorz Wagner był wicemistrzem Polski (z Galaksją Częstochowa) i brązowym medalistą, zdobył krajowy puchar i grał w półfinale Pucharu Europy (z BBTS-em Bielsko-Biała). W reprezentacji wystąpił ledwie 44 razy, choć przez lata uchodził za najzdolniejszego rozgrywającego nad Wisłą. Ludzi zrażał do siebie konfliktowością, gwałtownością, bezkompromisowością sądu. Teraz bije rekordy długowieczności, mimo skończonych w grudniu 38 lat, wciąż należy do czołówki ligowych wystawiających.

Wyróżnia się także poza boiskiem. Wychowany na radiowej "Trójce" uwielbia Piotra Kaczkowskiego i promowanego przez niego ambitnego rocka, na "Czasie Apokalipsy" był kilka razy, zaczytuje się w Stendhalu ("raz zajrzysz, nie ma rady, czytasz dalej"), Remarque'u, Rilkem. Przekonuje, że każdy Polak - pod groźbą grzywny - powinien poznać "Co z tą Polską". Czytanie to ranny nawyk, więc na zgrupowaniach, kiedy koledzy z drużyny przecierają zaspane oczy, wpatruje się w gazetę. Mówi po flamandzku. Został radnym w Bielsku-Białej. Wybrany z listy PiS, ale bezpartyjny. Teraz walczy o medale mistrzostw Polski z Polską Energią Sosnowiec.



1

Igrzyska w Montrealu ledwie pamiętam. Byłem na koloniach, nie witałem ojca na lotnisku, więc wszystko wyleciało mi z głowy. Pamiętam tylko, że za złoto ojciec dostał talon i jako pierwsi w bloku mieliśmy kolorowy telewizor.

Dokładnie przypominam sobie za to dwa lata wcześniejsze mistrzostwa świata w Meksyku, na których ojciec zdobył z siatkarzami złoty medal. Jest środek nocy, Kubańczycy mają piłkę meczową, a my z mamą klęczymy. Klęczymy i modlimy się.

Później poszliśmy powitać ojca na dworcu Warszawa Gdańska. Był niesamowity tłum, ale drużyna miała potworne opóźnienie, bo zatrzymywano ich w co drugim mieście. W Poznaniu wręczono ojcu klucze do miasta. To był moment graniczny. Z dnia na dzień stałem się osobą publiczną. Do MŚ byłem po prostu niesfornym, krnąbrnym dzieckiem, po nich stałem się jeszcze dzieckiem Wagnera. Zaczęło się: "Jest synem Wagnera, to myśli, że mu wolno". A ja się nie zmieniłem, rozrabiałem jak zwykle.

2

Byłem czymś więcej niż dzieckiem sportowca. Byłem dzieckiem dwojga sportowców, bo mama też grała w siatkówkę. Odkąd pamiętam, moje życie toczyło się na sali. Spędzałem na niej godziny, czasem zasypiałem wciśnięty w materace. Wyobrażasz sobie nie zostać siatkarzem w takich okolicznościach? Jeśli w dodatku jesteś ruchowo utalentowany?

Ojciec potrafił sobie wyobrazić. Pewnego dnia wziął mnie do pokoju i mówi: "Synu, już nie urośniesz, siatkarza z ciebie nie będzie. Musisz robić co innego". Zbuntowałem się, choć wiedziałem, że nie mogę w proteście przesadzić. Na szczęście jego sceptycyzm i sprzeciw łagodził trochę entuzjazm mamy, która zawsze marzyła, że zostanę świetnym siatkarzem. Odpowiedziałem, że dobrze, poszukam czegoś, ale siatkówki nie rzucę. Będę ćwiczył i siatkę, i nożną, a po trzech miesiącach wybiorę. Dwa motywy mną powodowały: pierwszy - wiara mamy, drugi - pokazać ojcu, że się myli.

Myślisz, że się pomylił? Chyba jednak nie... Chyba jak zwykle miał rację... Coś tam osiągnąłem, ale rozmawiamy o najlepszych na świecie. Dla niego liczyły się tylko najwyższe cele. Pewnie uznał, że nie będę numerem jeden, więc stwierdził "siatkarza z niego nie będzie". Nie wierzył we mnie i wysyłał wyraźne sygnały, co sądzi o mojej decyzji. Nie było go na żadnym meczu siatkówki, a na piłkarskie przychodził. Z Kazimierzem Górskim. No i nie pamiętam, by mnie kiedykolwiek chwalił. Po mistrzostwach Polski juniorów, kiedy uznano mnie za najlepszego siatkarza, sucho pogratulował. To wszystko. A jego trenerska pomoc długo polegała na tym, że wytykał mi błędy. To źle, tamto źle. Albo w ogóle totalna katastrofa.

3

Późno zrozumiałem, że ojciec jest nieprzeciętnym człowiekiem. Czego dokonał w siatkówce, zdałem sobie sprawę w wieku 25 lat. Wcześniej wiedziałem tylko, że jest alfą i omegą. Cokolwiek przeczytał, to zapamiętywał. Do czegokolwiek się zabrał, robił to znakomicie. Miał niesamowity zmysł analityczny, pamięć. Pamiętał mecze w najdrobniejszych szczegółach. To mu nie wystarczało, więc opracował własny system statystyk, dzięki któremu mógł odtworzyć grę akcja po akcji. Ja go dziś trochę rozumiem, ale latami nikt nie potrafił rozgryźć, na czym zapis polega.

Jako nastolatek chciałem go sprawdzić, bo w szkole średniej, gdy musiałem łączyć treningi z nauką, miałem trochę kłopotów. Namawiałem dziadka, żeby pokazał świadectwa ojca. Długo nie mógł ich znaleźć, więc myślałem, że ledwie sobie radził. Kiedy się znalazły, zbaraniałem. Olimpiady, piątki od góry do dołu, również w czasie dwóch lat studiów na poznańskiej politechnice. Zresztą tego, że ją rzucił - zakochując się w siatkówce - i przeniósł na stołeczną AWF, rodzice nie wybaczyli mu przez wiele lat. Nie wiem, jak by się potoczyły jego losy, ale wiem, co było ze mną - miałem problemy z chemią czy fizyką, on rzucał okiem i wszystko było jasne. Był cholernie inteligentny, czego się tknął, było dobrze. Nawet jak wódkę pił, to wypijał nieludzkie ilości. Po prostu we wszystkim był pierwszy.

Jego sportowe dokonania w pełni doceniłem dopiero, jak nasza siatkówka zaczęła upadać. Ludzie gadają, że z czasem przestał odnosić sukcesy, ale fakty temu przeczą. Igrzyska w Los Angeles zostały zbojkotowane, a wtedy jego drużyna miała szanse na złoto. Później zdobyła jeszcze wicemistrzostwo Europy i czwarte miejsce na kontynencie. Od tego czasu nawet nie zbliżyliśmy się do takich osiągnięć! A czy awans na igrzyska w Seulu z Tunezją nie był sukcesem? A brązowy medal w lidze tureckiej z beniaminkiem? To, owszem, były porażki. Ale tylko w kategoriach myślenia ojca. On zawsze grał o całą pulę, interesowało go tylko złoto. Inni nie mają prawa oceniać go według tych kryteriów. Tylko on im hołdował.

Niestety, na sukcesie zawsze ktoś cierpi. Ojciec zdobywał medale kosztem rodziny. Przez siatkówkę rozeszli się moi rodzice, przez siatkówkę rozpadło się jego drugie małżeństwo.

4

Zawdzięczam mu punktualność, porządek, pracowitość - te cechy wystarczą, by dać sobie radę w życiu. Wpajał mi je radykalnie, ale skutecznie.

Pamiętam, jak umówiliśmy się pod Rotundą. Spóźniłem się. Pewnie góra trzy minuty, choć dziś wydaje mi się, że trzy sekundy. Na Ursynów, gdzie mieszkaliśmy, wróciliśmy osobno. On samochodem, ja pieszo. Później już wszędzie byłem na czas.

Wyznawał twarde reguły, od których nie było zmiłuj. Jako młody sportowiec byłem zajęty od siódmej rano do dziesiątej wieczorem, ale porządek w pokoju musiał być. "Jutro, jutro" - powtarzałem, więc zagroził, że wyrzuci moje rzeczy za okno. No i pewnego dnia zobaczyłem swój pokój na podwórku. Wyleciało wszystko.

Ale potrafił zaskakiwać i w drugą stronę. Kiedy w piątej klasie podstawówki pobiłem kolegę tak, że na czole odcisnął mu się ścieg swetra, wiedziałem, że na skargę przyjdzie jego ojciec, więc swojemu wyznałem prawdę. Pierwszy raz w życiu! Powiedziałem, jak mnie tamten nazwał, dlaczego się na niego rzuciłem. Potem, kiedy rozmawiał z ojcem tamtego, spodziewałem się najgorszego. A on po wszystkim stwierdził tylko: "Jakby mnie tak powiedział, też bym mu przyp..."

Łzy w jego oczach widziałem tylko raz w życiu. Kiedy tłumaczył, dlaczego rozchodzą się z mamą. Na co dzień był oschły, kategoryczny, na czułości nie miałem co liczyć. Zamiast nich były wymagania. Dwa razy wyższe niż wobec innych. A po porażkach lepiej było do niego nie podchodzić. Wchodził pochmurny, milczał, wieczór był stracony, trzeba było przetrwać do rana. I w żadnym razie nie dyskutować. Przecież on zawsze miał rację. W każdej sprawie.

5

Kiedy zacząłem trenować siatkówkę, nazwisko początkowo nie miało znaczenia. Niechęć otoczenia przyszła późno, chociaż kiedy widzi się chmarę juniorów, a jeden jest synem Wagnera, to z natury rzeczy pamięta się właśnie jego. Boleśnie odczułem to jednak dopiero, gdy w kraju jego era się skończyła i wyjechał za granicę. Kiedy był na topie, zawistnicy mogli go pocałować w d... Później podnieśli głowy. Nagle zacząłem być inaczej traktowany, surowo i niesprawiedliwie oceniano moją grę, postępowano ze mną nie fair. Może nawet trochę mścili się za ojca.

A że miałem niewyparzony język, to zuchwałość w połączeniu z byciem synem legendy zaciążyły na mojej karierze. Ludzie czekali na najdrobniejszy pretekst, by się mnie pozbyć. Myśleli, że ja myślę, że wszystko mi wolno, bo stary zdobył mistrzostwo olimpijskie. Rzeczywiście, kłóciłem się notorycznie, wywoływałem dzikie awantury, ale potem czytałem literaturę specjalistyczną z biochemii, fizjologii, treningu sportowego, by udowodnić trenerom, że nie mają racji. I udowadniałem. Choć nie zawsze. Kiedyś w Grecji zacząłem się tarmosić z trenerem Rysiem. Nie miałem wtedy racji, a on dał mi w łeb, bo ojciec mu poradził: "Jak mu się coś nie spodoba, to go walnij". W gruncie rzeczy dostałem dzięki niemu...

6

To nie dotyczy tylko kariery sportowej. Trzy razy zaczynałem studiować na AWF-ie i ani razu nie skończyłem. A było tak: przychodzę - już jako reprezentant kraju - na egzamin w Warszawie z odbijania piłki palcami. Odbijam, odbijam, odbijam. Nagle wchodzi inny student. Odbił pięć razy piłkę, słyszę: "Masz piątkę". Odbijam dalej, ale w końcu łapię piłkę i pytam, o co chodzi. "Hehehe, kadrowicz, dwójka". Inna historia, z Katowic, całkiem świeża. Odbijam piłkę o tablicę, znów widzę, że zdają tacy, co nie potrafią w nią trafić. A ja, wybierany na najlepszego rozgrywającego w Polsce, słyszę: "Nieprawidłowo nogi, trójka". Czy poważny człowiek może takiej uczelni nie olać? Ja olałem, bo zrozumiałem, że ich zadaniem jest utrudnianie życia sportowcom. Mówię dziekanowi warszawskiej AWF, że mam zgrupowanie podczas sesji. I co słyszę? "Albo reprezentacja, albo uczelnia - wybieraj". No więc mam tylko papiery instruktorskie, choć myślę, że jestem w pełni przygotowany teoretycznie i praktycznie do zawodu trenera.

Teraz studiuję w Częstochowie pedagogikę opiekuńczo-resocjalizacyjną. Uczę się pracować w więzieniu, z trudnymi dziećmi, może się kiedyś przyda w jakiejś drużynie? A mówiąc poważnie, na AWF wrócę. Czuję, że trochę dałem d..., rezygnując. To było marzenie ojca, miał wyrzuty sumienia, że mnie nie przypilnował. Dlatego muszę to zrobić, choćby dla niego.

7

Karierę kończę już od ładnych kilku lat i powiem szczerze, że gdyby pojawiła się ciekawa oferta trenerska, tobym ją przyjął. Chciałbym przestać grać, zanim zacznę męczyć ludzi wyglądem. Nie wyobrażam sobie, bym miał się tułać się po niższych ligach i grać o kulach.

Fizycznie czuję się świetnie. Zawsze byłem chartem, miałem super wyniki wydolnościowe, omijały mnie kontuzje, ciężko było mnie wykończyć. Wydolność kształtuje się w juniorach, a wtedy trafiłem na świetnego trenera, więc akumulatory się rozrosły. Teraz trzeba je tylko ładować. Poza tym, moja pozycja i dzisiejszy system gry już tak nie eksploatują - mecze są krótsze, gra się raz w tygodniu. Notabene, jęczącym, że są zmęczeni, polecam historię siatkówki. Tam jest dokładnie napisane, ile się grało kiedyś. Nie było Ligi Światowej, ale mnóstwo innych turniejów reprezentacji. Teraz wydaje mi się, że pogram nawet pięć lat, ale wiem, że koniec przyjdzie z dnia na dzień. Coś trzaśnie i się nie podniosę. Chciałbym grać, dopóki zdołam trenować tak samo jak inni.

8

Charakter nie pozwolił ojcu zrobić kariery jako zawodnikowi. Za dużo mówił, był niezależny, jego zuchwałość graniczyła z bezczelnością. Za głośno krytykował tzw. autorytety, więc nie pojechał na igrzyska do Monachium, choć miał wtedy chyba najlepszy sezon w karierze. Był skazany na wariant "niespełniony zawodnik, wielki trener". Też taki będę. Pasjonuję się szkoleniem, mnóstwo czytam, poświęcam siatkówce całą energię. Chyba nawet dobrze, że na parkiecie udało mi się średnio. Wybitny zawodnik na ogół nie zostaje wybitnym trenerem, bo wybitnym trenerem zostaje ten, kto dochodzi do czegoś ciężką pracą. Talenciarz nie przestawi się na trenerską harówkę, nie zrozumie tej konieczności, bo wszystko przychodziło mu łatwo. Ojciec nie wstydził się, że się uczy od innych. Zakompleksieni koledzy po fachu rzucali więc komentarze w stylu: "wielkie rzeczy, z takim składem każdy by wygrał" i "przecież on nic nie umie, nie będę od niego ściągał". I przegrywali.

9

Nigdy nie myślałem, że zrobiłbym większą karierę, gdybym nie był Wagnerem. Na pewno mi to przeszkadzało, ale prawdziwą barierą był wzrost. Mam 1,82. Gdybym miał 1,90, nie dałoby się ze mnie zrezygnować.

Z jednej strony jestem wygrany - dzięki siatkówce mam dom, rodzinę, z czego żyć, w kraju coś tam osiągnąłem. Z drugiej - moja kariera to klęska. Marzyłem, że zawojuję z reprezentacją świat, a ile zagrałem w kadrze? Zawsze byłem drugi...

- Ojciec to przewidział. Zawiodłeś go?

Nie. W naszych ostatnich rozmowach, kiedy zbliżyliśmy się do siebie, czułem, że zaakceptował, iż nie jestem najlepszy na świecie, ale wyróżniam się w Polsce. Doceniał to, jak gram i jak długo gram. Myślę, że liczy... liczył, że jeśli nie spełniłem się jako zawodnik, spełnię się jako trener. Mówiłeś, że byłem skazany na porażkę...

- ...może nie na porażkę, ale w najlepszym razie bycie młodym Wagnerem.

Nie myślę tak. O tym możemy porozmawiać za 20 lat, wtedy się okaże, czy się sprawdzę jako trener. Nie jest powiedziane, że nie zdobędę tego, co ojciec. Może się mylę, ale o tym pogadamy wtedy.

Ojciec w końcu zaakceptował moją drogę, bo zawsze szanował tych, którzy wykonują pracę dobrze i się jej poświęcają. Ja byłem jednym z takich roboli. Sam też podziwiam ludzi, którzy np. robią równiutką drogę z kostki. W Polsce pracy się nie szanuje, dlatego dobrze, że jest bezrobocie. Kiedy budowałem dom, co chwilę zmieniałem ekipę, bo każda wszystko psuła. Czasem zastanawiam się, czy bezrobocie nie powinno być jeszcze wyższe. A co do ojca, to ostatecznie zatwierdził mój wybór dopiero kilka lat temu. W plebiscycie trenerów na najlepszego wystawiającego wygrałem z Ireneuszem Kłosem jednym głosem. Jego głosem.

10

Nie mogę powiedzieć, że będę trenerem takim jak ojciec. Świat się zmienił, ludzie. O zamordyzmie nie ma mowy. Wyobrażasz sobie, że jakikolwiek trener w Polsce wprowadza od jutra sześć godzin treningu dziennie? Prawda jest taka, że u nas się teraz prawie nie trenuje. Rozumiem, że stawiamy na efektywność, ale kiedyś ćwiczyło się 10-12 godzin dziennie! I to było normalne... Normalne, bo pseudo "Kat", jakiego dorobił się ojciec, ludzie źle rozumieją. Nazwano go tak nie dlatego, że zadręczał siatkarzy, ale dlatego, że perfekcyjnie wykonał robotę. Kat nie mógł się pomylić, nie mylił się i taki też był mój ojciec - o to chodziło. Niestety, jakiś głąb rozpowszechnił błędną wersję i tak zostało.

Nie rozumiem tych, co narzekają na ciężkie treningi. Przecież to ich zawód, nie mogą wykonywać go trzy godziny dziennie. Jeśli się pojawi geniusz, co przychodzi raz w tygodniu na godzinkę, a na MŚ zdobywa 25 pkt. w meczu, to proszę bardzo, niech pracuje mniej. Ja takiego nie spotkałem. Czasy i metody się zmieniły, ale pewnych rzeczy można się nauczyć tylko dzięki milionom powtórzeń.

Sztuką jest, by mimo to uniknąć monotonności, będącej największym błędem popełnianym w trenowaniu. Zniechęcającym młodych, którzy chcą pracować. Dla wyuczenia pewnych zachowań liczba powtórzeń jest konieczna, ale nie możesz przychodzić na trening i wiedzieć, co będzie. Dawno udowodniono, że człowiekowi po pięciu minutach wszystko się nudzi. Trzeba urozmaicać, nie iść na łatwiznę. Brzmi jak apel o rewolucję? Piszą o tym w podstawowych podręcznikach...

11

Dziś nasza siatkówka stoi na głowie, wszystko jest na opak, władze robią ruchy pozorne, mające poprawić image, ale bez sensu. Oglądając w styczniu ten żenujący spektakl w Lipsku [Polacy w kompromitującym stylu przegrali kwalifikacje olimpijskie - red.], czułem wstyd. Można przegrać, można nie mieć formy, ale żeby się nie chciało? Przecież ja z nimi grałem... To było naprawdę okropne.

Niestety, w kadrze jest trochę świętych krów, ludzi nauczonych, że niezależnie od tego, jaki numer wywiną, są nietykalni. Czy się stoi, czy się leży... A człowiek to już takie zwierzę, że jak dają za darmo, to bierze. I nic nie robi. To się zamieniło w groteskę - nie zastanawiamy się, czy drużyna jest lepsza od rywali, tylko czy jej się będzie chciało. Przed losowaniem majowych eliminacji do igrzysk [ostatnia szansa - red.] słyszę siatkarza, który jęczy, że do Japonii to on nie chce lecieć, że ma złe wspomnienia. Inny marudzi, że w Azji startuje więcej drużyn, a siedem meczów to za dużo, że będzie przemęczony sezonem... Co gorsza, widzę, jak tą mentalnością zaczynają przesiąkać młodzi.

12

W dodatku nie ma winnych, bo trenerzy wylatują co rok, więc każdy się usprawiedliwia, że nie miał czasu. Teraz powołuje się jakiś wieloosobowy sztab, a ja sobie nie bardzo wyobrażam, jak on wybiera reprezentację. Każdy wypisuje na kartce nazwiska? Głosują? To śmieszne, to dalsze rozmywanie odpowiedzialności. Spodziewam się, że jak się nie uda, to zamiast pięciu zwołamy ośmiu trenerów. Na pewno zbawią kadrę.

No, ale jesienią są wybory, więc wszystkie działania im się podporządkowuje. Do prezesa Biesiady mam osobisty żal, bo obraził mojego ojca i rodzinę. Powiedział publicznie, że wziął go do związku, bo ojciec nie miał z czego żyć. To nieprawda, ja to przecież wiem najlepiej. Dlatego nie podałem ręki Biesiadzie na zakończeniu przedostatniego sezonu. Powinien publicznie moją rodzinę przeprosić, zwrócić ojcu honor. A co do spraw związkowych, to zawaliły władze sportowe i sąd. Wokół siatkówki wciąż czuć niesmak i to może trwać miesiącami. Czasami, jak pomyślę o obecnej Polsce, to się zastanawiam, jak bardzo się można zeszmacić, czy da się zrezygnować z jakichkolwiek wartości. Jak się człowiek rozejrzy, widzi, że się da.

13

Jeśli zostanę trenerem, zdobędę olimpijskie złoto. Uważam, że jesteśmy narodem stworzonym do siatkówki. To nasze wieczne kombinowanie, umiejętność wybrnięcia z opresji, kiedy postawią nas pod ścianą, działanie w ciągłym stresie. To idealne cechy do gry w siatkówkę, w której decyzje podejmuje się w ułamku sekundy. Nie możesz złapać piłki, by się zastanowić, bo to błąd. Urodziliśmy się, żeby w to grać. Dlatego jako trener chcę zdobyć mistrzostwo olimpijskie. Fantazjuję? Chyba każdy trener chce być mistrzem Polski, potem Europy, świata, aż do triumfu na igrzyskach. Jeśli któryś nie śmie o tym myśleć, nic nie osiągnie. Mnie ojciec uczył, że trzeba sobie stawiać tylko maksymalne cele. Ja chcę olimpijskiego złota.