1/8 Ligi Mistrzów: ostatnia szansa Manchesteru

Czy wielka kasa może spowodować upadek? Czy mit legendarnego trenera Aleksa Fergusona umiera? Te pytania rozpalą nie tylko Anglię, jeśli Manchester United nie pokona dziś Porto w hitowym meczu Ligi Mistrzów.
Kiedy analitycy Deloitte & Touche opublikowali kilka dni temu ranking najbogatszych (czytaj: o największych przychodach) klubów świata, nie sposób było oprzeć się refleksji, że wyniki finansowe miewają coraz mniej wspólnego z wynikami na boisku. "Czerwone Diabły", owszem, są bezdyskusyjnym potentatem, ale ich jedyny wielki międzynarodowy triumf w ostatnich 35 latach to Puchar Europy. Jak to porównać z wieloletnimi okresami hegemonii Ajaksu, Bayernu, Liverpoolu, Milanu czy Realu?

Z kasą znasz się na piłce

Mimo to, jak nikt potrafią przekuć futbol w wielki biznes, umiejętnie sprzedają swój wizerunek, więc w marcu 2004 roku wciąż uchodzą za jednego z głównych faworytów Champions League. A przecież żadne fakty tej tezy nie podpierają. W kraju Arsenal ucieka im jak nigdy dotąd (w tabeli i nie tylko - na boisku "Kanonierzy" są przy nich jak z innej planety), a w Europie piłkarze Porto zachowywali się w pierwszym meczu, jakby nie czuli przed sławami z Old Trafford żadnego respektu. I mieli rację. Dziś, by awansować do ćwierćfinału, mistrzom Anglii wystarczy najskromniejsze zwycięstwo, ale po porażce 1:2 sprzed dwóch tygodni trzeba dużego wysiłku woli, by uwierzyć, że MU nie straci gola. Trener gości Jose Mourinho pytany o taktykę, obiecuje, że "nie zamierza zastawić bramki autobusem".

Po pierwszym meczu obaj szkoleniowcy ostro się spięli, ale to nie dlatego wielu portugalskich fachowców mówiło wprost, że Ferguson popełnił rażące błędy i bardzo piłkarzom Porto pomógł. Np. wystawił niepotrafiącego przezwyciężyć chwiejnej formy Quintona Fortune'a, dzięki czemu piłkarze Porto nacierali prawą flanką z uśmiechami na ustach.

Słowem, minęły czasy, gdy sama nazwa Manchester United góry przenosiła. Powodów jest kilka. "Czerwone Diabły", choć wciąż przewodzą biznesowym rankingom, stracili pozycję bezdyskusyjnego finansowego hegemona, po tym jak Chelsea zbawił Roman Abramowicz. Stracili transferową władzę absolutną - po oddaniu Davida Beckhama nie potrafili pozyskać ani jednej gwiazdy, przegrywając rywalizację o Ronaldinho (z Barceloną), Harry'ego Kewella (z Liverpoolem), Damiena Duffa i Arjena Robbena (z Chelsea). Stracili (tracą?) reputację - nieuczciwość i chciwość zarzucili im działacze PSV Eindhoven, a agenci pośredniczący w transferach do klubu zgarnęli podejrzanie wysokie prowizje, co sprowokowało nawet parlamentarzystów do zażądania pełnej jawności takich transakcji. Wreszcie zdają się tracić rozeznanie, że w całym tym zgiełku najważniejszy jest futbol. Udziałowcy finansowego imperium, nie zawsze wytrawni znawcy piłki, współorzekają, jakich wzmocnień potrzebuje drużyna, czasem dzielą ich wewnętrzne konflikty, aż huczy od pogłosek o przejęciu klubu, a Ferguson kłóci się z posiadającymi większość akcji irlandzkimi hodowcami koni.

Upadły symbol?

W niedzielę szkoleniowiec ogłosił co prawda, że spór został "po przyjacielsku" zażegnany, ale wygląda na to, że Manchesterowi wciąż grozi największa strata - strata głowy przez Fergusona. Kiedyś Szkot słynął z umiejętnej rotacji, ostatnio jego polityką kadrową rządzi chaos, a zagrażająca własnej bramce defensywa i bałagan na boisku to codzienność na Old Trafford. Za wcześnie mówić, że się zagubił, że po 18 latach MU przydałoby się świeże spojrzenie, ale dziś przed Fergusonem wielki test.

Sir Alex wie, że jego rywale to chyba najbardziej niedoceniany zespół w rozgrywkach, więc już uprawia swoje słynne "mind games", już próbuje zamącić w głowie prawemu obrońcy Paulo Ferreirze ("chcę go na Old Trafford" - mówi). Każdy sposób dobry, bo Arsenalu w lidze jego piłkarze raczej nie dogonią, a jeśli nie znajdą się - po raz pierwszy od ośmiu lat! - w ósemce najlepszych drużyn Europy, nikt nie będzie słuchał, że "Diabły" przechodzą zmianę pokoleniową (Cristiano Ronaldo, Fletcher, Bellion itp.). Przecież to 33-letni Roy Keane w Porto wyleciał z boiska, a w sobotę z Fulham grał jak junior i zawalił gola. Notabene jest w tym coś symbolicznego, przecież Irlandczyk to boiskowe alter ego Fergusona.

Idzie nowa generacja? Trener z klasą pilnuje, by takie zmiany przejść bezboleśnie.