Tomasz Sikora dla Gazety: Zasłużyłem na ten medal

Wiedziałem, że mam szansę na medal w każdej konkurencji, że przepracowałem bardzo ciężko sezon - zrobiłem od czerwca ponad 4000 km na nartach, że coraz lepiej biegam - mówi srebrny medalista w biatlonowym biegu na 20 km
Radosław Leniarski: Pamięta Pan, z jakim numerem startował dziewięć lat temu w Anterselvie, sięgając po złoty medal?

Tomasz Sikora: Z 60. Właśnie ten numer miałbym na plecach, gdyby nie przeniesiono biegu ze środy na czwartek. W czwartek biegłem z nr. 67. Za metą trener, śmiejąc się, powiedział, że gdyby utrzymał się numer 60., to pewnie znów byłbym na mecie pierwszy.

Dlaczego startował Pan z tak odległym numerem startowym, w końcu jest Pan czołowym zawodnikiem Pucharu Świata?

- To była decyzja trenera, który uznał, że lepiej dla mnie biec z tyłu i wiedzieć, jak dają sobie radę najlepsi. Poza tym trener sądził, że z czasem będzie coraz mroźniej. Gdyby padał śnieg lub było mniej mroźno, pewnie chciałby, abym startował w wyższej grupie. Wtedy z czasem pogarszałyby się warunki.

Czy wyrzuca Pan sobie ten strzał w pierwszej serii? Pewnie gdyby nie to pudło, miałby Pan złoty medal...

- Absolutnie nie wyrzucam sobie. Gdybym wcześniej, w poprzednich zawodach tego roku, strzelał bardzo dobrze, może byłby jakiś powód do wyrzutów. Ale akurat w tym roku strzelam słabo. Więc raczej cieszę się, że miałem tylko jedno pudło, niż martwię się, że aż jedno.

Jak do niego doszło?

- Nie mam pojęcia. To był trzeci strzał pierwszej serii, zupełnie normalny. Przed startem, gdy testowaliśmy karabiny, wiał lekki wiatr z prawej, natomiast w czasie biegu była kompletna cisza. Więc prawdopodobnie to było przyczyną. Trener po tym strzelaniu powiedział mi, abym skorygował celownik, bo pociski poszły w lewą stronę tarczy.

Potem pobiegł Pan fantastycznie na drugim okrążeniu, trzecim i wreszcie ostatnim. Od którego momentu czuł Pan medal w zasięgu ręki?

- Na pewno nie po pierwszym strzelaniu, kiedy byłem 50. Nawet trener nie mówił mi, jaką stratę mam do czołówki, bo po co. Ale potem już wiedziałem, że biegnę bardzo dobrze. Przed ostatnim strzelaniem starałem się nie myśleć o medalu, choć było bardzo trudno.

Czy można porównać dwa medale - złoty z Anterselvy i srebrny z Oberhofu?

- Były zupełnie inne. Wtedy pojechałem z jedną tylko szansą na medal - na 20 km. Czułem się dobrze jedynie w tej jednej konkurencji. I miałem szczęście, bo nieczęsto się zdarza wykorzystanie możliwości w 100 proc. Tym razem miałem wielkie nadzieje. Wiedziałem, że mam szansę na medal w każdej konkurencji, że przepracowałem bardzo ciężko sezon - zrobiłem od czerwca ponad 4000 km na nartach, że coraz lepiej biegam. Tylko z czasem dochodziła lekka nerwowość, kiedy jedna po drugiej okazje ulatywały. Ale też byłem coraz bardziej zmobilizowany, bo przecież musiałem wykorzystać jedną szansę na cztery.

Bardziej cieszę się z tego medalu. Bardziej na niego zasłużyłem.

Pamięta Pan dramatyczne chwile na igrzyskach olimpijskich w Salt Lake City w 2000 roku, kiedy po kompletnie nieudanym starcie chciał Pan zerwać ze sportem, dołączyć do brata w firmie blacharsko-dekarskiej?

- O tej olimpiadzie wolałbym zapomnieć raz na zawsze. To był dla mnie okropny czas. Ale wówczas po zastanowieniu się dałem sobie i związkowi kilka warunków do spełnienia. Wszystkie zostały spełnione, więc zostałem przy sporcie. Najważniejsze jest to, że mamy nowego trenera, który wprowadził nowe metody. Dzięki niemu pracujemy intensywniej, ale mniej. To znaczy biegniemy na treningach mniej kilometrów, ale znacznie szybciej. Następna ważna rzecz, że zmieniłem narty - teraz biegam na takich jak np. Norweg Hannewold, czyli Madshus. Norweska firma znacznie lepiej mnie traktuje, mam więcej nart i są one lepsze, dostosowane do mnie. No i trener wniósł wielką wiedzę o smarach, bardzo ważną rzecz w biatlonie. Razem ze swoim pomocnikiem potrafią znakomicie testować narty.

Trener Bondarczuk cieszył się, że będzie w czwartek mroźno.

- Jak każdy specjalista w zakresie smarów narciarskich ma swoje ulubione temperatury, czyli takie, w których czuje się specem. Dla trenera Bondarczuka to właśnie mróz około 5 st.

Dlaczego nie chce Pan jechać na Puchar Świata do USA? Podobno przyczyną jest brak pieniędzy w związku?

- Nie, to nieprawda. Były pieniądze na wyjazd mój i Magdaleny Gwizdoń. Ale to jest mój wybór. Czuję się już trochę zmęczony sezonem.