Portret Eda O'Bannona

W domu - cichy, spokojny, niezwykle religijny domator, który od imprez z kolegami woli wspólną grę na komputerze z synem. Na parkiecie - specjalista od widowiskowych wsadów, ulubieniec publiczności, obiekt westchnień kobiet na trybunach.
Ed O'Bannon w sobotę zadebiutuje w barwach Ostromecka/Astorii na parkiecie swojej niedawnej drużyny - Anwilu. - To był dobry zespół - wspomina dzisiaj Amerykanin. - Spędziłem w tym zespole i mieście miły czas. Ludzie niemal mnie kochali. Myślę, że to jedyne miejsce spośród wszystkich, w których grałem w Europie, gdzie tak okazywano wdzięczność za to, co robiłem - kontynuuje. - Tym bardziej że gdy tam byłem, nie zdobyliśmy wcale mistrzostwa Polski. Ale mimo to ludzie mieli dla mnie szacunek, lubili mnie. Potrafili zauważyć, że starałem się z wszystkich sił na parkiecie. Bez wątpienia to była najlepsza publiczność, przed którą występowałem w Europie.

Dla Eda będzie to już trzeci sezon nad Wisłą; ciągle bez triumfu w ekstraklasie. Za każdym razem w półfinale lepszy od jego klubów - Anwilu i Polonii/Warbud - był Prokom/Trefl Sopot. - I to właśnie główna rzecz, jaką zapamiętałem z pobytu w waszym kraju - nie kryje skrzydłowy "Asty". Ed karierę koszykarską rozpoczął dzięki.... futbolowi. Jego ojciec grał w amerykańskiej wersji tego sportu. Nie zgadzał się jednak na treningi syna, argumentując to zbyt wielkim prawdopodobieństwem ciężkiej kontuzji. W efekcie wysłał go na zajęcia koszykówki, a Ed jeszcze w szkole podstawowej rozpoczął regularne treningi. Później polubił basket tak bardzo, że niemal nie rozstawał się z piłką. - Nawet spałem z nią - śmieje się. Do dziś ma słabość do meczów NBA jeszcze z wczesnych lat 90. Wtedy był gwiazdą ligi akademickiej, kandydatem na znaczącą postać w NBA. Wzorował się na Los Angeles Lakers, a jego idolem był wszechstronny Earvin "Magic" Johnson. - To dla mnie koszykarz wszech czasów - ocenia. Nie chce już wracać do NBA, choć dziewięć lat temu został wybrany w naborze do ligi z 9. numerem. Walka z najlepszymi zawodnikami świata okazała się jednak epizodem w karierze O'Bannona. W New Jersey i Dallas był źle ustawiany: trenerzy widzieli go na pozycji obrońcy, gracza głównie obwodowego. Tymczasem Ed najlepiej czuje się w roli skrzydłowego, gdzie może wykorzystać swoje największe atuty - skoczność, dynamikę. Teraz już nie myśli o grze w NBA. O'Bannon nie jest podobny do gwiazd basketu ze Stanów Zjednoczonych. Wolne chwile spędza w domu, nie lubi rozstawać się z najbliższymi. Podczas pobytu we Włocławku na mecze często zabierał żonę wraz z trójką dzieci. Z synami uwielbia rywalizację w grach na PlayStation. W Warszawie byli stałymi bywalcami kina na Mokotowie - dzieci O'Bannona potrafiły obejrzeć tam nawet kilka filmów z rzędu. W Bydgoszczy okazję do podobnych chwil będzie miał rzadko - kontrakt z Ostromeckiem/Astorią wypełni sam. Rodzina dojedzie tylko z wizytą. - Od sześciu miesięcy nie grałem w żadnej regularnej lidze, miałem więc mnóstwo czasu dla rodziny. Woziłem dzieciaki do szkoły, chodziliśmy do parku na spacery, jeździłem na zakupy z żoną. Przeprowadziliśmy się z Los Angeles do Las Vegas. Mogłem odpocząć dopiero, gdy trójka moich dzieci szła wieczorem spać. Teraz mogę skupić się na koszykówce. Mam trening, a po nim wracam do pustego małego mieszkania. Nie ma zgiełku, nie ma tylu zajęć. Nie mówię, że tamto mi przeszkadzało, bo kocham swoją rodzinę, ale teraz jest inny rytm i jestem bardzo podekscytowany tym, że znowu będę grał w lidze - opowiada.

Ed nie oczekuje od swoich potomków, że będą kontynuowali tradycję sportową w rodzinie O'Bannonów. - Niech robią to, co lubią, co sprawia im radość. Niekoniecznie koszykówka, ale nie będę miał też nic przeciwko - przyznaje. Sam nie prowadzi rozrywkowego trybu życia. Nie lubi hucznych imprez, nie chodzi z kolegami zespołu na piwo, bo złocistego napoju zwyczajnie nie lubi. Ważną rolę w jego życiu odgrywa wiara. Jego żona jest katoliczką; sam O'Bannon został jednak baptystą. Do kościołów chodzą jednak wspólnie, bo uznają, że wiara powinna ich łączyć, a nie dzielić.

rzek, mac



Ed przed derby

- Chcę poczuć znowu atmosferę ligi, hałas trybun, nawet - wiesz - łokieć rywala. To wyzwala we mnie emocje. Nieważne, że grałem w tym zespole, przeciwko któremu zadebiutuję z nową drużyną. To zawsze jest walka. Znam z Anwilu Sharone'a (Wrighta - przyp. red.). Lata temu graliśmy w reprezentacji juniorów. To było w Buffalo, kiedy jeszcze chodziliśmy do college'u. To bardzo silny gracz i z roku na rok stawał się coraz lepszy. Ale nie powiem, że nasz środkowy będzie miał z nim problemy. Mówię tylko, że Sharone to dobry gracz. Przez kilka dni poznałem troszkę chłopaków i wygląda na to, że mamy dobrą drużynę. Aż nie mogę zrozumieć jak to się stało, że zajmujemy dopiero dziewiątą pozycję. Moglibyśmy chyba być wyżej. No, ale to dopiero mój pierwszy tydzień tutaj. Może sytuacja się poprawi. Szkoda, że Dante skręcił nogę na środowym treningu. Chciałem pomóc jemu i zespołowi. Widziałem na Meczu Gwiazd, jak ludzie go tutaj cenią. Chciałbym, żeby jak najszybciej wrócił na parkiet, żebyśmy mogli razem przekonać się na co nas stać.

not. mac



Ed na Kujawach

Grał w Anwilu w sezonie 2001/02. Wywalczył z klubem czwarte miejsce w lidze. Grał średnio aż 26 minut: rzucał po 17,3 pkt, zbierał po 9,6 piłek z tablic.