Po klęsce siatkarzy nie widać perspektyw na lepszą przyszłość

Po latach pozornych postępów i złudnej propagandy sukcesu męska siatkówka zabrnęła w ślepy zaułek i będzie tam tkwić bardzo długo, bo kierują nią ludzie krótkowzroczni, niezdolni do strategicznego myślenia.


W opublikowanym półtora roku temu tekście pt. "Obalanie mitu" postawiliśmy proroczą - jak się, niestety, okazuje - tezę, że reprezentacja zbudowana wokół mistrzów świata juniorów z Bahrajnu z 1997 r. nigdy niczego nie osiągnie, bo nasi "młodzi zdolni" nie mają mentalności prawdziwych zwycięzców. Wracający z turnieju finałowego Ligi Światowej siatkarze byli gorzko rozczarowani, wręcz zdumieni, że nie wszyscy zachłysnęli się zaszczytnym przecież piątym miejscem w prestiżowych rozgrywkach. Pękali z dumy, mieli namacalny dowód, że się rozwijają, że nic tylko czekać, jak podbiją świat. Właśnie wtedy podejrzenie zamieniło się w niemal pewność - polskich siatkarzy cieszą sukcesiki, rzeczy zbyt małe, by wierzyć w ich epokowe triumfy.

Nieodwracalne?

Nie znaczy to, że sami są wszystkiemu winni. Postępującej demoralizacji juniorskich talentów roku początek dał trener Ireneusz Mazur, który publicznie rozgłaszał, jakoby złoty medal MŚ gwarantował sukcesy w seniorach, powtarzając te wróżby z uporem zdolnym zniechęcić do pracy nad sobą najbardziej zatwardziałego stachanowca. Jego pieśniom zwycięstwa towarzyszyła Pieśń o Małym Rycerzu, hymn rozkwitającej Ligi Światowej, która przyniosła siatkarzom ogromną popularność, zanim cokolwiek osiągnęli. Hale przeżywały oblężenie piszczących nastolatek i dziś skojarzenie z boys-bandem narzuca się samo - tamtych chłopców też wielbią tłumy, choć zwykle nie umieją ani śpiewać, ani grać.

Później selekcjonerem kadry został Ryszard Bosek, ale prezes Biesiada zwolnił go z niezrozumiałych przyczyn (ten realizował stawiane przez PZPS cele), po czym nastała era Waldemara Wspaniałego. To właśnie szkoleniowiec Mostostalu, świetny fachowiec klubowy, fatalny - reprezentacyjny, dopełnił dzieła zniszczenia, przeorał świadomość zawodników w sposób chyba nieodwracalny. Irytował się, gdy mierzyli w ambitne cele (Murek przebąkujący o medalu na MŚ w Argentynie), upajały go szczęściem honorowe porażki, miejsca piąte (Europa) lub dziewiąte (mundial), a dzięki nim dowodził o arytmetycznym postępie, jaki robi drużyna. Nie rozumiał, że postępy można robić przez całą karierę, np. co mecz z Rosją zdobywać punkt więcej, i nigdy nie osiągnąć sukcesu. Podzielił rywali na sklasyfikowanych wyżej w rankingach, z którymi porażka to żaden dyshonor, i cenionych mniej (z naszej półki), z którymi wygrywamy, więc jest dobrze.

Żeby oddać sprawiedliwość siatkarzom - na tle mizerii polskich dyscyplin zespołowych naprawdę błyszczeli. Zepchnięcie ich w cień przez siatkarki mogli postrzegać nawet jako swego rodzaju niesprawiedliwość, przecież oni nie mieli tego szczęścia, że cała światowa czołówka rywalizuje poza Europą. Tyle że nawet gdyby przez następną dekadę plasowali się wyżej od koleżanek w tak istotnych dla nich rankingach, i tak do historii przeszłyby ich koleżanki. Bo zostały mistrzyniami Europy, Naszymi Złotkami (notabene to określenie do języka potocznego weszło dzięki tytułowi w "Gazecie"). Bo w sporcie chodzi o to, by coś wygrać, nawet kosztem dziesięciu porażek, a nie 11 razy "nie przynieść wstydu".

Jaki tam głupi mecz

Jednak męska siatkówka też bije swoje rekordy. Od igrzysk w Atlancie, po których zwolniono Wiktora Kreboka, dorobiliśmy się już piątego trenera. To unikat w skali światowej, chociaż nie, może na Arubie (i tam podobno podbijają piłkę rękoma) również szukają odpowiedniego kandydata. Jak ktoś wie, proszę dać znać. To uspokoi sumienia działaczy, w końcu jeśli inni też nie mogą znaleźć cudotwórcy, znaczy, że nie przynieśliśmy wstydu.

W każdym razie w rejonach siatkówki "cywilizowanej" pozostaje ona dyscypliną, w której trenerów zmienia się najrzadziej, bo w niej zespół zbudować trudniej niż w innych grach drużynowych. Tylko nie u nas. A to już osobista porażka prezesa Janusza Biesiady, który z dumą powtarza, że mimo kłopotów czy nieprawidłowości finansowych (rozstrzygnie sąd) pod względem sportowym związek radzi sobie znakomicie. Pardon, ale jeśli co roku zmienia się trenera (lub on sam odchodzi), tzn. że co rok popełnia się błąd, błąd kardynalny i niewybaczalny, bo uderzający w najważniejsze - reprezentację.

Ostatni wybór - Stanisława Gościniaka - przyniósł już ostateczny krach. Primo - związek miał ograniczone pole manewru, bo brakuje mu pieniędzy. Secundo - szukał kandydata układnego, "przezroczystego", który nie będzie zadawał trudnych pytań, stawiał twardych wymagań, a mówiąc wprost - będzie siedział cicho. Poszukiwanie zakończyło się sukcesem, a reprezentacja zamieniła się w karykaturę samej siebie. Klęsce z Bułgarią nie towarzyszyła już na dobrą sprawę atmosfera pogrzebu, jej okoliczności przekroczyły raczej granicę groteski. Gdyby do lipskiej hali podczas zeszłotygodniowego turnieju kwalifikacyjnego do olimpiady przypadkiem trafił Witkacy, zobaczyłby nie prawdziwych mężczyzn walczących o życiowe cele, ale - posługując się jego poetyką - zwantronionych ciamkaczy. Nie, nie wiem, co to znaczy, ale brzmi wystarczająco memejowato, by oddać bezwład, rozpacz, bezwstydne zobojętnienie, jakie zawładnęły polską ekipą. I jeszcze te uśmiechy po meczu, rozdawane autografy... Wstyd? Złość? A z jakiej racji? Przecież przegraliśmy tylko głupi mecz. A to pierwszy raz?

No i trener Gościniak. Kilka dni temu piejący o wysokiej formie graczy, teraz bezradnie rozkładający ręce i bąkający coś o konieczności rozmowy z nimi.

Nie skazić młodych!

Najgorsze, że dziś nie sposób zaproponować dobrego rozwiązania. Tzn. takiego, które da nadzieję na olimpijski awans (jest jeszcze szansa na kolejnym turnieju). Reprezentację doraźnie uratować mogłaby osobowość formatu trenera Andrzeja Niemczyka, ale cuda zdarzają się tylko raz. Potrzebne są zmiany radykalne, poparte wieloletnią wizją i kredytem zaufania dla drużyny, ale one - najprawdopodobniej - wykluczają natychmiastowe efekty. Gościniak na selekcjonera ewidentnie się nie nadaje, nie ma autorytetu wśród graczy, ale po kolejnej trenerskiej zmianie za granicą ani chybi pojawiłyby się specyficzne siatkarskie polish jokes. Zastrzyk świeżej krwi do zespołu awansu do Aten raczej nie da, pytanie tylko, czy wierzymy, że obecna ekipa daje jakąkolwiek nadzieję. Dla mnie nikłą, ale to kwestia dyskusyjna. Kto jednak tę opinię podziela, musi odpowiedzieć na kolejne pytanie - z punktu widzenia wyniku co za różnica, z jaką drużyną Polska przegra?

Na pewno trzon obecnej reprezentacji trzeba rozbić. Oczywiście nie ma sensu z dnia na dzień wyrzucać wszystkich, to byłoby nierozsądne. Ta grupa jednak jako całość przywykła do notorycznego przegrywania spotkań o stawkę, porażka stała się dla niej codziennością, ci siatkarze przez lata nie musieli palcem kiwnąć, bo zasłużyć na kadrę, ich pozycja była nienaruszalna. Poza tym boję się o młodych: Winiarskiego, Gołasia czy Bąkiewicza. Jeszcze dwa turnieje w tym składzie, a przykład starszych kolegów zdemoralizuje także ich, zobojętnieją, nabiorą złych nawyków.

W Lipsku inni dziennikarze żądali nazwisk. Kogo wyrzucić? Kogo zostawić? Kogo wziąć? Ani myślę odpowiadać. Ja nie chcę być trenerem. Powołam się tylko na dokonania trenera Niemczyka, którego zatrudnienie uczciwość nakazuje uznać za bezdyskusyjny sukces prezesa Biesiady - kilka miesięcy temu mało kto słyszał o Agacie Mróz, niewiele znaczyła Kamila Frątczak. Męska siatkówka też nie kończy się na grupce wychowanków Mazura, potrzeba tylko fachowca, któremu wreszcie zagwarantujemy kilka lat spokojnej pracy i który potrafi wyselekcjonować zawodników nie tylko najlepszych, ale i "tylko" dobrych, lecz zbawiennie wpływających na zespół. Być może zagranicznego - pozbawionego uprzedzeń, nieprzywiązanego do żadnych nazwisk. W "Gazecie" konsekwentnie apelujemy o zatrudnianie obcokrajowców w różnych dyscyplinach, według wielu - wręcz obsesyjnie, ale przecież gołym okiem widać, że trenerski nieurodzaj stanowi problem całego naszego sportu. Niemczyk to tylko kolejny przykład - Polak, lecz z ducha obcokrajowiec, ćwierć wieku zbierający doświadczenia poza ojczyzną.

Pamiętajmy też o tym, że na nieprzeciętnych talentach (rzekomych) gwiazd reprezentacji nie poznali się w najsilniejszej lidze świata. Jedni do Serie A nigdy nie wyjechali, inni - wrócili w niesławie lub nie zrobili karier. Pamiętajmy, że historia - nie tylko siatkówki - pamięta niekończącą się listę przypadków rezygnowania z gwiazd po to, by osiągnąć sukces z drużyną. Wystarczy przywołać naszą legendę Huberta Wagnera. Nie wziął Gościniaka na igrzyska w Montrealu, i to - nie wdając się w szczegóły - bynajmniej nie ze względów sportowych. Nie wziął Czai, choć wielu pukało się w czoło. A jednak zdobył złoto.

Nic za wszelką cenę

O spuściźnie trenera wszech czasów zapomnieliśmy szybko. Haniebnie szybko. I pewnie sobie nie przypomnimy, bo PZPS zajęty jest wszystkim, tylko nie siatkówką. Ja nieśmiało wierzę, że historia musi zatoczyć koło i kadrę obejmie pewnego dnia Wagner junior. Też konfliktowy, też kandydat dla wielu zupełnie absurdalny, choć z osobowością. Na razie reprezentacją kierują ludzie o małych celach, a więc małych możliwościach, małych perspektywach, skazujący na tkwienie w marazmie.

Przed mundialem w Meksyku Hubert Wagner postawił przed Wiesławem Gawłowskim cel - ma stać się najlepszym rozgrywającym świata, bo wyleci z kadry. Został wyśmiany, ironiczne grymasy zastąpiły grymasy szczęścia dopiero, gdy Polacy sięgnęli na MŚ po złoto. Przed Gruszką, Murkiem i resztą nikt nigdy takich wyzwań nie stawiał. A szkoda, nawet jeśli to talenty nie takiego formatu. Trener Gościniak po meczu z Bułgarią tłumaczył grupce dziennikarzy, że do tej posady się nie pchał, nie będzie się trzymał stołka za wszelką cenę, nie czuje stresu. Ja bym wolał człowieka nienasyconego sukcesem, który po porażce w zawstydzającym stylu (a raczej bezstylu) trzęsie się ze zdenerwowania, który traktuje swoją pracę jako spełnienie marzeń. Hubert Wagner słuchałby swojego wychowanka z niesmakiem.