Małysz po zwycięstwie: Łza mi się zakręciła

- Słyszałem, że skaczący przede mną zawodnicy lądowali daleko. Tommy uzyskał 105 m, a Noriaki - 104. To ja powiedziałem sobie, że muszę skoczyć przynajmniej 105 metrów, by wygrać. Na tym się skoncentrowałem i udało się - mówił po konkursie w Predazzo Adam Małysz.
- Gratuluję zdobycia drugiego złotego medalu - jąkał, seplenił, ale mówił w miarę zrozumiałą polszczyzną Szwajcar Kurt Heinauer na konferencji prasowej ze zwycięzcami konkursu na skoczni k-95.

Norwegowi Ingebrigtsenowi pogratulował po norwesku, a Japończykowi Noriaki Kasaiemu po niemiecku i poprosił tłumaczkę o przetłumaczenie. Potem przyszedł czas na skoczków.

Kasai mówił, że jest dumny, zadowolony i że w Predazzo zawsze skakał dobrze. Dodał, że jego medale to zasługa dwóch fińskich trenerów, którzy poprawili przede wszystkim technikę lotu Japończyka.

Ingebrigtsen powiedział, że największy wpływ na ten medal ma trener Mika Kojonkoski, który uporządkował norweskie skoki. - Wcześniej bowiem - mówił Norweg - za dużo zamieszania, bałaganu, zmian trenerów. Każdy szkoleniowiec wprowadzał swoje metody i nim zaczęły one działać, już go zwalniano, bo wyników nie było. A z Kojonkoskim jest łatwiej, bo mu wszyscy wierzą i ma autorytet.

Potem mówił już tylko Małysz

Poprawił Pan rekord na dużej skoczni, poprawił Pan rekord na średniej. Jest Pan wyjątkowym skoczkiem. Jak Pan tego dokonał?

Słyszałem, że skaczący przede mną zawodnicy lądowali daleko. Tommy uzyskał 105 m, a Noriaki - 104. To ja powiedziałem sobie, że muszę skoczyć przynajmniej 105 metrów, by wygrać. Na tym się skoncentrowałem i udało się.

Na skoczni połowę kibiców stanowili Polacy. Jakie to miało dla Pana znaczenie?

Bardzo się cieszę, że tu byli. Po moim sobotnim zwycięstwie uwierzyli, że mogę wygrać i na normalnej skoczni. Wsiedli więc w auta i przyjechali. Uważam zresztą, że było ich więcej niż połowę.

Nie wygrał Pan jeszcze w tym sezonie konkursu w Pucharze Świata. Czy po dwóch złotych medalach teraz wygra Pan konkurs w Holmenkollen?

Teraz wszyscy będą tak myśleć. Zdobyłem dwa medale, więc muszę wygrywać dalej. Oczekiwania będą coraz większe. Uważam, że jeśli będę skakał w następnych konkursach tak jak w Predazzo, to będzie szansa, by znów wygrać. Ale ja na te zwycięstwa czekałem bardzo długo i teraz chcę się cieszyć medalami mistrzostw świata, a nie myśleć o Pucharze Świata.

Który z elementów skoku zdecydował o Pana sukcesie?

Najważniejsze jest zawsze odbicie. Po wyjściu z progu zawodnik już wie jaki to będzie skok. Ja odbijałem się dziś dobrze.

Był Pan w zupełnie innej sytuacji niż przed sobotnim konkursem. Teraz Pan był faworytem, presja była na pewno większa.

Zgadza się. Oczekiwania były dużo większe a i ja nie byłem tak spokojny jak na dużej skoczni. Jakoś sobie z tym poradziłem. Jak? - Sam nie wiem.

Który z medali uszczęśliwił Pana bardziej?

Trudno je porównać. Są tak samo cenne. To wielki wyczyn być dwukrotnym mistrzem świata na jednych mistrzostwach. Tych medali nie da się rozdzielić. Oba traktuję tak samo.

Co Pan powie wszystkim kibicom, szczególnie tym, którzy śledzili konkurs w telewizji?

Bardzo dziękuję fanom, którzy byli ze mną w każdym momencie i tym, którzy już zwątpili, bo to też są kibice. Ja też mam czasem chwile zwątpienia, ale robię wszystko, by osiągnąć cel. Nie poddaję się, nie tracę wiary.

Czy skok próbny nie zaniepokoił Pana (Małysz skoczył tylko 98 m i był siódmy - przyp. rb)?

Mógł zaniepokoić, ale jestem w tak dobrej formie. Wiedziałem, że w konkursie skocze lepiej. Obejrzałem w przerwie przed pierwszą serią moje skoki na wideo i to też mi pomogło.

Kiedy był Pan bardziej wzruszony dziś, czy w sobotę?

Dziś. Łza już mi zakręciła się w oku, ale nie pozwoliłem jej spłynąć.

W Wiśle czeka na Pana na pewno już komitet powitalny.

Nie lubię komitetów, oficjalnie spotkań. Przed sukcesami byliśmy skromną rodziną, nikt się nami nie interesował i było dużo lepiej. ale po to trenowałem, by osiągać sukcesy,. Ta popularność to cena, jaką za nie płace. Wciąż staram się jednak być z dala od zgiełku.

W trzy lata zdobył Pan cztery medal mistrzostw świata, dwa medale olimpijskie, dwa Puchary Świata i ma Pan szanse na trzeci. Czy wciąż jest Pan spragniony sukcesów?

Motywacja i chęć wygrywania będzie u mnie zawsze. Jeszcze nie dorównałem Jensowi Weissflogowi (Małysz zawsze powtarzał, że to jego idol - przyp. rb), a po to przecież skaczę.

O który medal było trudniej?

W sobotę wszystko przyszło tak niespodziewanie, jak kiedyś wygrana w turnieju Czterech Skoczni. Skakałem bez obnciążeń. Teraz presja była większa. Widziałem kibiców na skoczni. Zdawałem sobie sprawę, że oni wiedzą, iż jestem lepszy na normalnej skoczni. Myślałem sobie, jak tu ich nie zawieść.

Jak Panu udaje się być takim opanowanym?

Dziś na pewno serce kołatało mi się w piersi bardziej niż w sobotę. Miałem jednak w tym sezonie gorsze momenty. Po pierwszych konkursach w Kuusamo wszyscy oczekiwali zwycięstw, a ja nie byłem w formie sprzed dwóch lat. Chciałem walczyć, by kibice wciąż trzymali za mnie kciuki, oglądali skoki i widzieli tego samego Małysza, co kiedyś. Widać za bardzo chciałem. Potrzeba mi było spokoju, który odzyskałem w Ramsau.

Czy Pana dwa złote medale można porównać do tych Simona Ammanna z Salt Lake City (Szwajcar wygrał na igrzyskach oba konkursy indywidualne - przyp. rb)?

Trudno powiedzieć, ale chyba nie. Skoki Simona w Ameryce, to była eksplozja, a ja mam nadzieję, że utrzymam tę formę dłużej niż on po igrzyskach.