Nawet najlepsi polscy koszykarze mają kłopoty ze znalezieniem pracy

Wprowadzone przez szefów Polskiej Ligi Koszykówki limity zarobków i nieprzekraczalne terminy podpisywania kontraktów spowodowały, że wielu czołowym polskim koszykarzom grozi bezrobocie. A w najlepszym (dla nich) wypadku będą musieli szukać pracy za granicą. Bacika czy Szybilskiego szybko nie zobaczymy na polskich parkietach...
Już od dwóch tygodni większość klubów przygotowuje się do nowego sezonu, który rozpocznie się 21 września. Czemu w takim razie czołowi koszykarze naszej ligi - tacy jak Mariusz Bacik, Piotr Szybilski, Robert Kościuk czy Szymon Szewczyk - nie są na zgrupowaniach, tylko nerwowo oczekują na telefony w swoich domach?

Zgodnie z obowiązującym przepisem kluby PLK tylko do końca lipca mogły podpisywać kontrakty z polskimi koszykarzami. Poza wąską, 20-osobową grupą zawodników uznanych za istotnych dla polskiej koszykówki (listę ustalali prezesi klubów) wszyscy polscy zawodowi koszykarze mogą zarobić najwyżej 20 tys. zł miesięcznie. Po 31 lipca kluby mogą pozyskiwać już tylko Polaków o statusie amatora. Tacy jednak mogą zarobić zaledwie 6 tys. zł miesięcznie. Żadne z tych ograniczeń nie dotyczy obcokrajowców, których można zatrudniać aż do 31 stycznia. - To jawna dyskryminacja - denerwuje się reprezentant Polski Piotr Szybilski.

Lepiej poczekać

W tej sytuacji koszykarzom, którym nie udało się znaleźć klubu przed końcem lipca, grozi bezrobocie lub co najmniej znaczne obniżenie zarobków. Część z nich dzięki kontaktom swoich agentów podpisała umowy za granicą. W średniej klasy klubach francuskiej ekstraklasy zagrają m.in. kadrowicze Kordian Korytek i Marcin Stefański. Do wyjazdu szykuje się także kilku innych graczy. - Nie ma pośpiechu. Lepiej nie skasować dwóch pensji teraz i poczekać na dobry kontrakt nawet do października - mówi jeden z najważniejszych agentów działających w Polsce Tarek Khrais. - Za granicą można zarabić więcej, niż wynosi limit w Polsce. Piotrek Ignatowicz w Dijon dostanie miesięcznie 2,5 razy więcej - dodaje Khrais, mówiąc o byłym zawodniku Spójni Stargard, który na pewno nie był wielką gwiazdą PLK.

Jednym z zawodników szukających pracy jest Szybilski, podstawowy od lat zawodnik reprezentacji i ostatnio pierwszy center mistrzów Polski Idei-Śląska Wrocław. - Na razie wszystko jest w porządku, bo tylko w Polsce kluby tak wcześnie zaczynają przygotowania. Podpisanie kontraktu w naszym kraju to teraz sporo stresu, bo nigdy nie wiadomo, kiedy i czy pieniądze zostaną wypłacone. Chcę więc grać za granicą, dobrze wypadłem na kampie w Grecji, pewnie tam wyląduję w jednym z czołowych klubów. A jeśli nie, to znajdzie się coś we Francji lub Belgii. Interesują mnie tylko kluby walczące w lokalnych ligach o medale, a jak będą grać jeszcze w Eurolidze, tym lepiej. Już dzisiaj mógłbym mieć klub, ale mam określone warunki finansowe i sportowe, więc czekam - przekonuje Szybilski. Z nieoficjalnych informacji wynika, że jego kandydaturę rozważają grające w Eurolidze: Iraklis Saloniki, Pau Orthez i Telindus Ostenda.

Może być w sądzie

Nie każdy jest jednak aż w tak dobrej sytuacji. Na przykład Tomasz Suski z Pruszkowa, koszykarz także mający za sobą występy w reprezentacji, przeszedł dwie poważne operacje kolana. We wrześniu może wznowić treningi, ale na razie nikt nie wie gdzie. Klub z Pruszkowa, z którym rok temu Suski podpisał dwuletnią umowę, nie zgłosił go do rozgrywek jako zawodowca, więc teoretycznie ten obrońca może jako amator zarabiać nie więcej niż 6 tys. zł. - To się może skończyć w sądzie, bo w Pruszkowie nie mają zamiaru płacić - mówi Khrais, agent Suskiego.

- Według mojego rozeznania wypłacalne są w tej chwili tylko cztery kluby: Idea, Polonia, Prokom i Stal Ostrów. Prezesi pilnują limitów, a jednocześnie nie eliminują ze swojego grona klubów oszukujących zawodników i

niepłacących w terminie - podkreśla Paweł Trochimiuk z agencji Team Game Promotion. - Z kilkoma klubami już w ogóle nie rozmawiam - dodaje Khrais.

Sytuacja na rynku koszykarskim jest na tyle skomplikowana, że dotąd współpracujący zgodnie agenci i koszykarze zaczynają się kłócić między sobą. - Przemek nie chciał grać w Polsce, mimo że mieliśmy dla niego oferty. Uparł się na zagranicę, na co my się nie zgadzamy. Więc szuka sobie pracy bez nas - mówi Trochimiuk o swoim byłym kliencie Przemysławie Frasunkiewiczu.

Nie lubią Polaków

Jeszcze zabawniejszy jest przypadek Andrzeja Adamka, jedynego polskiego zawodowca w MKS Pruszków. - Po tym, co było w poprzednim sezonie [klub zalega zawodnikom spore sumy - red.], źle bym się czuł sam z sobą, gdybym pomagał w podpisaniu kontraktu w Pruszkowie, ale Andrzej potrzebował pracy, więc podpisał kontrakt bez mojego udziału - wyjaśnia Tarek Khrais.

Inne kluby też nie mają wielu więcej zawodowców, podczas gdy dwa lata temu (a było ich wtedy 16, a nie 12 jak teraz) każdy dawał pracę co najmniej ośmiu polskim koszykarzom. Start Lublin tak jak MKS zgłosił jednego zawodowca (Marka Miszczuka). Klub z Wrocławia zatrudnił trzech Polaków (Maciej Zieliński, Dominik Tomczyk, Paweł Wiekiera), a Anwil Włocławek - niby pięciu, ale poza Andrzejem Plutą pozostali (Andrzejewski, Radke, Witka, Szczotka) mają znikome szanse na grę. Jak widać, nawet najlepsi nie lubią już Polaków...