Kulisy dymisji Wiesława Grabowskiego z funkcji trenera reprezentacji Zimbabwe

Jest elementem antyrządowym - tak o Wiesławie Grabowskim czytamy w oficjalnej korespondencji między ministerstwem informacji i futbolową centralą. Z taką rekomendacją polski trener szybko musiał zakończyć pracę w roli selekcjonera reprezentacji Zimbabwe.
Grabowski w Afryce mieszka i pracuje już dwadzieścia lat. Najpierw jako trener drużyny narodowej Zambii, potem Kenii, zaś od kilkunastu lat jego nazwisko związane jest wyłącznie z Zimbabwe, Największe sukcesy tamtejszej piłki związane były właśnie z nazwiskiem pochodzącego z Zabrza polskiego trenera. Grabowski reprezentację Zimbabwe prowadził kilkakrotnie. Zwykle zwracano się do niego w momentach najtrudniejszych, gdy futbol w tym kraju przeżywał kryzys. Po raz ostatni futbolowa centrala poprosiła go o pomoc w pod koniec ubiegłego roku. Polak umiejętnie skonstruował kadrę i podczas serii meczów nad Zatoką Perską Zimbabwe zaprezentowało się bardzo korzystnie. Tamtejsi szejkowie rozgorączkowani oklaskiwali przybyszów z południa Afryki. Grabowscy i jego piłkarze dostali oferty z tamtejszych klubów. - Proponowali mi pracę w Arabii Saudyjskiej i Katarze, ale się nie zdecydowałem - mówi Grabowski.

Pokażcie ten list

Po tak udanym tournée piłkarskie władze pod naciskiem opinii publicznej nie miały innego wyjścia i zaoferowały Grabowskiemu jednoczesne prowadzenie aż czterech drużyn narodowych we wszystkich kategoriach wiekowych. Jednak na stanowisku szkoleniowca reprezentacji Grabowski długo się nie utrzymał. Stał się niewygodny.

Zimbabwe przechodzi kryzys gospodarczy, a prezydent Robert Mugabe przed wyborami potrzebował popularności. Trwały ataki na białych farmerów, wrogie odezwy rządu, kolejne ustawy o nacjonalizowaniu dobytku posiadających większe połacie ziemi białych. Sukcesy białego szkoleniowca nie były w tej sytuacji na rękę Mugabe. Rozpoczęły się ataki na Grabowskiego. - Rządowa gazeta "Herald" wydrukowała napastliwy list. Wynikało z niego, że w jednej z polskich gazet miałem powiedzieć, że murzyni są głupsi od białych. Od razu podniosły się głosy, że jestem rasistą i w tej sytuacji nie mogę prowadzić reprezentacji. Gdy chciałem, by mi pokazano ten list redakcja grała na zwłokę, a później stwierdzono, że im się zawieruszył. W tej sytuacji chyba podam ich do sądu - opowiada Grabowski.

Politycy mieli za złe Grabowskiemu, że nie pozwala grać piłkarzom w koszulkach z napisem ZANU PF (to rządzowa partia Mugabego). W tej sprawie wystosowali nawet donos do Leo Mugabe, szefa Piłkarskiego Związku Zimbabwe i brata starego prezydenta. Podpisała się pod nim nawet część kadrowiczów. - Pewnie ich zastraszyli. Po prostu nie mieli wyjścia - przypuszcza szkoleniowiec.

W liście można przeczytać, że "Wiesław Grabowski prowadzi działalność antyrządową (...). Był krytyczny w stosunku do Jego Ekscelencji Prezydenta Mugabe oraz rządzącej partii ZANU".

Grabowski zastanawiał się, czy tego pisma nie wysłać do FIFA. Ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. - Co z tego, że FIFA przyznałaby mi rację. Przecież naraziłbym w ten sposób na niebezpieczeństwo siebie i rodzinę w Harare [stolica w Zimbabwe, przyp. red.] - tłumaczy.

Euforia w Suazi

Przeciwnicy Grabowskiego czekali na pretekst i się doczekali. O wszystkim przesądził mecz z reprezentacją Suazi w ćwierćfinale regionalnego turnieju Cosafa Castle Cup. Planowane na lipiec spotkanie nieoczekiwanie dla wszystkich zostało rozegrane w maju. Grabowskiego powiadomiono w ostatniej chwili. Ten naprędce zebrał zespół. - Mieliśmy grać w sobotę, a piłkarze na zgrupowanie zjawili się dopiero dwa dni wcześniej. Do tego byli zupełnie nieprzygotowani - wyjaśnia Grabowski. Zimbabwe przegrało 0:2, a dla niewielkiego Suazi był to największy sukces w historii. Wcześniej jeszcze nigdy nie wygrali z drużyną z pierwszej setki rankingu FIFA (Zimbabwe jest na pozycji 63.).



Następcą Grabowskiego w kadrze został Sunday Marimo. - To mój asystent. Uważam, że to tymczasowy wybór - mówi polski szkoleniowiec. Czy jeszcze raz zdecyduję się na pracę z reprezentacją? - Jeśli wszystko wróci do normy to dlaczego nie? Jest koncepcja, żebym prowadził kadrę wspólnie z Bruce'em Grobbelaarem [sławnym bramkarzem Liverpoolu w latach 80. i byłym reprezentantem Zimbabwe, przyp. red.], ale obaj mamy wątpliwości - odpowiada trener.

Po odejściu z funkcji selekcjonera Grabowski nadal związany jest z ZIFA (Narodowa Federacja Piłkarska Zimbabwe). - Obecnie jestem dyrektorem technicznym reprezentacji - wyjaśnia.

Mimo kłopotów z działaczami Grabowski w Zimbabwe jest bardzo popularny. Znajomość z nim ułatwia zakupy w dużym supermarkecie, przekroczenie granicy z innym krajem czy np. zatankowanie paliwa, które po ostatnich kłopotach stało się w Zimbabwe towarem poszukiwanym. Przed kilku miesiącami odwiedził ten kraj profesor Zbigniew Religa. Nie spodziewał, że nazwisko Grabowskiego tak wiele w Harare znaczy. - W Zimbabwe są dwie waluty: miejscowy dolar oraz "i know Grabowski" (znam Grabowskiego) - śmieje się profesor Religa.

Murawa jest za nimi

Po wielu latach pracy na Czarnym Lądzie Grabowskiego już chyba nic nie jest w stanie zaskoczyć. Przed kilkunastu laty musiał przerwać pracę w Zambii, bo jego zdjęcie częściej zaczęło się pojawiać w gazetach niż fotografie dyktatora Kennetha Kaundy. Nie było to mile widziane w pałacu prezydenckim. Innym razem mecz międzynarodowy w Malawi został przerwany, bo w końcówce na murawę wjechał samochód z niezadowolonym z wyniku dyktatorem Kamuzu Bandą. Nic zatem dziwnego, że obecne zawirowania wokół swojej osoby Grabowski przyjmuje z ogromnym spokojem.

Praca z afrykańską reprezentacją nie jest łatwa. Nie wystarczy warsztat trenerski, trzeba się jeszcze podpierać magią. Przy większości drużyn afrykańskich jest czarownik. - U mnie nie było, bo wiedzieli, że się z tego śmieję. Musiałem jednak stosować różne sztuczki. Przykładowo przed początkiem meczu smarowałem zawodników startą trawą z boiska. W ten sposób przekonywałem ich, że nawet murawa jest za nimi i na pewno wygrają - zdradza tajniki afrykańskiego warsztatu Grabowski.