Sport.pl

Ostatnia misja "Gio" Bronckhorsta

Każdy mecz na mundialu mógł być ostatnim w karierze Giovanniego van Bronckhorsta. Nawet nie śniło mu się, że pożegna się z futbolem finałem mistrzostw świata
Cztery lata temu Holandia odpadła z mundialu w Niemczech po porażce z Portugalią 0:1 w 1/8 finału. Mecz nazwano "bitwą w Norymberdze", bo sędzia dał piłkarzom szesnaście żółtych kartek i cztery czerwone. Z boiska wyrzucony został także van Bronckhorst. Zamiast zejść do szatni, usiadł na schodkach nieopodal boiska i uciął sobie pogawędkę z innym wykluczonym przez arbitra piłkarzem Deco, którego znał z Barcelony. Zdjęcia lamentujących kumpli pokazały telewizje na całym świecie.

Na schodkach w Norymberdze pewnie nie przyszło mu nawet na myśl, że na mundialu w RPA zagra w finale mistrzostw świata. Sam przyznaje, że rok po turnieju w Niemczech myślał już o emeryturze. Po latach gry za granicą podpisał kontrakt z Feyenoordem, któremu kibicował od dziecka.

Na spokojną grę w Rotterdamie nie pozwolił mu jednak Bert van Marwijk. Najpierw mianował go kapitanem klubowego zespołu, a później - reprezentacji. - Uważam, że świetnie wywiązuje się ze swoich obowiązków, choć robi to w nietypowy sposób. To nie jest typ faceta, który wrzaskami próbuje rządzić w szatni. Jest bardzo cichym człowiekiem, ale wszyscy bardzo go szanują - mówi van Marwijk. Nie tylko w drużynie, za występy w RPA pochwalili go byli koledzy Thierry Henry i Sol Campbell.

35-letni piłkarz organizuje grę holenderskiej defensywy, na lewej stronie musi harować za dwóch, bo stojący przed nim Arjen Robben często schodzi do środka i rzadko przeszkadza rywalom w atakach.

We wtorkowym półfinale z Urugwajem przy stanie 1:1 van Bronckhorst wybił piłkę lecącą do bramki po strzale Edisona Cavaniego.

Wcześniej na chwilę porzucił swoje obowiązki, przekroczył linię środkową i strzelił jednego z najładniejszych goli na mundialu w RPA. - Nigdy nie zdobyłem piękniejszej bramki - mówi piłkarz.

- Jego gol był niesamowicie ładny. Takie perfekcyjne uderzenie może się zdarzyć raz w życiu - mówi Frank de Boer, kiedyś wybitny lewy obrońca, dziś asystent selekcjonera Holendrów.

Lepszego momentu na strzał życia piłkarz Feyenoordu nie mógł sobie wymarzyć. W maju ogłosił, że po mundialu zakończy karierę. W klubach osiągnął więcej, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Zdobywał mistrzostwa Szkocji, Anglii i Hiszpanii, z Barceloną triumfował w Lidze Mistrzów. - Jedyne, czego mi brakuje, to mistrzostwo świata - mówił przed turniejem w RPA.

Na szczyt wdrapywał się długo. Gdy chciał odejść z Feyenoordu, zgłosiło się tylko Glasgow Rangers. Grymasił, ale dał się przekonać występującemu w Celticu byłemu koledze z Rotterdamu Henrikowi Larssonowi. Szansę na występy w wielkim klubie dostał trzy lata później - trener Arsenalu Arsene Wenger zapłacił za niego 8,5 mln funtów, chciał, by zastąpił w środku pola Emmanuela Pettita. Seria kontuzji kolana sprawiła, że Holender nie podbił stadionu Highbury, po dwóch latach za ledwie 2,5 mln funtów sprzedano go do Barcelony. Tam trener Frank Rijkaard przestawił go na lewą obronę. Van Bronckhorst stał się jednym z najważniejszych defensywnych piłkarzy fantastycznego zespołu rządzonego przez Ronaldinho, Deco i Samuela Eto'o. W Hiszpanii dorobił się też przydomku "Gio". Ze względu na imię często jest pytany o włoskie korzenie. - Nic z tego, po prostu mamie bardzo się podobał Giovanni - odpowiada z uśmiechem. Rodzice van Bronckhorsta pochodzili z Indonezji.

W reprezentacji jego karierę wyznaczały wielkie nadzieje i spektakularne porażki. Uczestniczył w trzech MŚ i ME, w pierwszych próbach triumfu na wielkiej imprezie pomagali mu starsi od niego o blisko dziesięć lat Wim Jonk i Aaron Winter, na Euro 2008 pojechał z dekadę młodszymi od siebie Wesleyem Sneijderem i Rafaelem van der Vaartem. Upragniony sukces odniósł dopiero w RPA. - Mam nadzieję, że niedzielny finał będzie najpiękniejszym meczem mojego życia. Nie płaczę, cieszę się, ale co mam powiedzieć? Piękniej przecież być nie mogło - mówił we wtorek szczęśliwy piłkarz. Do idealnego zakończenia tej historii brakuje mu jeszcze jednego zwycięstwa.

NASA wzięło Jabulani pod lupę »


Więcej o: