Powtórki wideo: Jaki interes ma FIFA?

Wprowadzenie powtórek wideo uważam za wyzwanie bardziej skomplikowane, niż się większości jego entuzjastycznych zwolenników zdaje, ognistych narad obok boiska sobie nie wyobrażam, dlatego na początek marzyłbym skromnie: niech schowany przed nami asystent siedzi sobie przed monitorem, niech główny arbiter będzie z nim w stałej łączności, niech sam decyduje, czy prosić o radę i czy z podpowiedzi skorzystać - pisze z RPA wysłannik Sport.pl na mundial Rafał Stec.
Nie musimy nawet wiedzieć, czy skorzystał, to nadal on brałby odpowiedzialność za werdykt i nie przeżywałby przynajmniej tortur, które w meczu Meksyku z Argentyną przeżywał - jak przypuszczam - Roberto Rosetti. Wiedział, że się myli, lecz w błędzie tkwił, bo poprawić się zabraniały mu przepisy.

Wszystkie argumenty przeciw takiemu rozwiązaniu doskonale znamy, niektóre nawet podzielam. Ale zarazem sądzę, że FIFA sama nie wierzy w tezy, które głosi. Dużo w nich sentymentalno-romantycznych nut, a działacze zbyt często zdradzają swój skrajny cynizm, obojętność na interes sportowców i brak skrupułów, bym uwierzył, że istotnie kierują się pobudkami, które nie mają przełożenia komercyjnego.

Dlatego zatem FIFA idzie w zaparte?

Przede wszystkim trzeba do upadłego przypominać, że sędziowie - choć hipokryci z ekipy Blattera nigdy tego głośno nie powiedzą - już z powtórek wideo korzystali. Bez nich nie wyrzuciliby z boiska Zidane'a w finale poprzedniego mundialu i najważniejszy dla FIFA mecz splugawiłby niebywały skandal. Bez nich nie przyznaliby też rzutu karnego Brazylii, który pozwolił jej pokonać Egipt na ubiegłorocznym Pucharze Konfederacji, i zaszkodziliby reprezentacji dla FIFA bezcennej, ściągającej gigantyczną oglądalność.

Z premedytacją przypominam, że światowym władzom często nie jest obojętne, jaki będzie wynik. Coraz trudniej bowiem uciec mi od podejrzenia, iż za wstrętem działaczy do powtórek wideo kryje się ochrona własnych interesów, oczywiście komercyjnych. Oddając władzę obiektywnej technologii, sami ją stracą. Będzie trudniej wpływać na wyniki.

Nie myślę nawet o korupcji w sensie ścisłym (choć i ją biorę pod uwagę). Myślę o naturalnej, nieuświadomionej skłonności sędziów, by w razie wątpliwości sprzyjać sławniejszym. Sławniejszym, czyli zazwyczaj zapewniającym wyższe zyski. Przecież błędy w niedzielnych spotkaniach były tak rażące i niegodne mundialu, że nawet nie wypada tłumaczyć ich bezradnością arbitrów, niemających komfortu ściskających piloty telewidzów. I tak w eliminacyjnych barażach sędziowska pomyłka ocaliła wielką Francję (kosztem małej Irlandii), a w finałach pomogła wielkiej Argentynie (kosztem słabszego piłkarsko Meksyku). Niemiecko-angielską kontrowersję pomijam, bo tutaj akurat bili się dwaj potentaci.



Wrażenia naszych specjalnych wysłanników do RPA - znajdziesz na blogach Rafała Steca i Michała Pola