Sport.pl

Ghana ograła USA po dogrywce - Czarne gwiazdy Afryki

Ghana - USA 2:1. Zielony, żółty, czerwony - kolory Ghany, kolory całej Afryki. Piłkarze ostatniego reprezentanta kontynentu okazali się jeszcze twardsi niż twardziele amerykańscy, i to oni w piątek zagrają w ćwierćfinale z Urugwajem
Wicemistrzowie Afryki wyrównali osiągnięcia Senegalu z 2002 r. i Kamerunu z 1990 r. Wyrównali dzięki grze w skupieniu, przywiązaniu do taktycznego planu, niesamowitej sile fizycznej.

Do soboty Amerykanie w każdym meczu wyglądali na pękających od nadmiaru energii siłaczy, których przez pomyłkę przesunięto do niższej kategorii wagowej. Im dłużej trwała walka, z tym większą pasją nacierali, roztrącali rywali barkami, opornych wpychali do bramki razem z piłką.

Aż zderzyli się z drugą linią ze stali, zestawioną z graczy tak potężnych w ramionach, jak pokornie, zawsze rzetelnie wykonujących swoje maleńkie zadania. Obecny w RPA Roger Milla - grał w ćwierćfinale MŚ z Kamerunem - sukces Ghany tłumaczy właśnie skromnością jej piłkarzy, wśród których nie ma uznanych gwiazd europejskich klubów. Są wyłącznie zawodnicy na dorobku, a oni nie czują się ważniejsi od innych, po wylądowaniu między rodakami nie żądają od otoczenia hołdów, bez skarg płacą za wygrane potem, krwią i łzami. "Czarne gwiazdy" - bardziej odległy od ich osobowości przydomek wynaleźć byłoby trudno.

Ducha drużyny ucieleśnia Anthony Annan, być może największe odkrycie mundialu, na pewno najcichszy jego bohater. Niezawodny jako defensywny pomocnik, reagujący na trudności z zimną krwią, zdaniem kolegów niezbędny w każdej akcji, bo żadna nie obywa bez ostemplowania piłki dotknięciem jego stopy. Żywa tarcza, która w zależności od okoliczności przeobraża się w generała. Norweski Rosenborg Trondheim długo Annana w szatni nie utrzyma.

Całą reprezentację Ghany tworzą drągale z kilkoma płucami, którym czasem nie staje wyobraźni, dlatego tak samo trudno im zwyciężać, jak rywalom trudno ich pokonać. Rundę grupową jako pierwsi w historii MŚ przetrwali bez strzelenia ani jednego gola z akcji. Oba dały im rzuty karne.

W sobotę przełamali niemoc także dzięki szokującej serii błędów rywali. Piłkę w środku pola oddał im Clark, potem biernie reagował obrońca Cherundolo (najsłabszy na boisku), wreszcie opieszale - już po strzale Asamoaha Gyana - przesuwał się i wyciągał dłonie bramkarz Howard. Amerykanie od początku turnieju zachowują się, jakby potrzebowali dodatkowej adrenaliny do walki i musieli samych siebie wpędzać w kłopoty. W każdym meczu najpierw tracą bramkę, po czym ruszają w szaleńczy - dla kibiców pasjonujący - pościg.

Zawsze przeciwników dopędzali, tym razem to oni - choć po przerwie dominowali i wyrównali - oddychali rękawami. W dogrywce panowali już nad rustenburskim boiskiem piłkarze Ghany. Wygrali 2:1, nic nie mogło im zmącić euforii po historycznym sukcesie - Jonathan Mensah długo okrążał stadion, wymachując zielono-żółto-czerwonym sztandarem, choć wiedział, że z powodu żółtych kartek, podobnie jak Ayew, w ćwierćfinale z Urugwajem nie zagra.

Ghańczycy, których przed meczem odwiedził w szatni i poprowadził wspólną modlitwę prezydent kraju, nie mówią o triumfie swoim, mówią wyłącznie o triumfie całego kontynentu. Czują się jego ambasadorami, czują wsparcie gospodarzy mundialu i wszystkich innych afrykańskich nacji. Zdają sobie sprawę, że tylko oni pozostali ostatnią nadzieją setek milionów ludzi - do soboty turniej był dla Afrykanów katastrofą. Z 18 meczów grupowych wygrali trzy. Wybrzeże Kości Słoniowej w meczu bez znaczenia dobiło znokautowaną wcześniej przez Portugalię Koreę Północną, RPA w meczu bez znaczenia dobiło zdewastowaną psychicznie Francję, nawet sobotnich zwycięzców musiał wesprzeć w walce z Serbami absurdalny ruch ręką Kuzmanovicia.

O czym piłkarze Miroslava Rajevaca już nie pamiętają. Słuchają nawoływań rodaka, byłego reprezentanta kraju Samuela Kuffoura, by Ghana, która jako pierwszy kraj środkowej Afryki uzyskała pół wieku temu niepodległość, znów dała przykład reszcie kontynentu i ofiarowała mu mundialowy medal.



Więcej o: