Holandia - Słowacja w 1/8 finału. Holandia na polu minowym

Holendrzy wysyłali na mundial ładniej grające drużyny, lepszych piłkarzy, bardziej utytułowanych trenerów, ale mistrzostwa świata nie zdobyli nigdy. W RPA udaje im się jednak omijać wszystkie pułapki, które decydowały o ich klęskach. Dziś o porażce nie myśli nikt - na ich drodze do ćwierćfinału staje Słowacja - korespondencja Michała Szadkowskiego z RPA.
Na kolację wszyscy schodzą ogoleni, od stołu najpierw wstaje trener, jego asystenci, lekarze, na końcu piłkarze. To tylko niektóre z zasad, które obowiązują w reprezentacji Słowacji, odkąd prowadzi ją Vladimir Weiss. - To człowiek twardego charakteru, dlatego wszyscy go słuchają - mówi słowacki dziennikarz.

Charakter holenderskich szkoleniowców ponoć najlepiej opisuje porównanie ich do Wilhelma I Orańskiego - bohatera narodowego, nazywanego niemym lub milczącym, którego historycy opisują jako władcę niezdecydowanego i wiecznie dumającego nad tym, co zrobić dalej.

Kto nie wierzy, niech przypomni sobie trenerską drogę Marco van Bastena. Jego reprezentacja w eliminacjach Euro 2008 przetestowała cały katalog współczesnej myśli taktycznej, w każdym ustawieniu udawało im się tylko zanudzać kibiców. Ciekawszy od ich popisów wydawał się nawet wyłączony telewizor.

W Austrii i Szwajcarii Van Basten zmienił ustawienie jeszcze raz, a jego drużyna w stylu przewyższającym najbardziej spektakularne osiągnięcia Barcelony zmiotła z boiska Francuzów i Włochów, odpadła w ćwierćfinale z Rosją.

Ta zasada nie dotyczyła tylko Rinusa Michelsa, który doprowadził Holendrów do wicemistrzostwa świata i mistrzostwa Europy. Berta van Marwijka trudno z nim porównywać. Wydaje się jednak, że 58-letni szkoleniowiec nauczył się, jak uniknąć problemów, które decydowały o klęskach poprzedników.

Gdybyśmy chcieli wymienić wszystkie nauki van Marwijka, prawdopodobnie w "Gazecie Wyborczej" zabrakłoby miejsca na cokolwiek innego. Najważniejsze wydaje się stworzenie systemu gry, w którym od każdej gwiazdy zależy tyle samo. Żadna nie jest faworyzowana i nie wywołuje ataków zazdrości kolegów. Przynajmniej na razie.

Stanowiący największe zagrożenie buntu członek "Fantastycznej Czwórki" Arjen Robben zagrał w RPA dopiero 17 minut, w poniedziałek znów ma zacząć na ławce. W eliminacjach współpracował jednak z van der Vaartem, Sneijderem i van Persie'em bez zarzutu.

Dla zrównoważenia zatracających się w ataku piłkarskich czarodziei selekcjoner ustawił za nimi dwóch defensywnych pomocników.

Z taką taktyką Holandia bez straty punktu przefrunęła przez eliminacje i pierwszą fazę mundialu. Nie grała z zespołem światowej czołówki, najwyżej zwyciężała wyższą klasę średnią.

O spokoju trener może jednak pomarzyć. Dogania go holenderska dusza, którą najkrócej opisał były trener młodzieżówki Foppe de Haan. - Zwycięstwa nie są najważniejsze. Najważniejsze to grać dobrze.

W Holandii na grę reprezentacji wciąż się narzeka, zarzuca zbyt defensywny styl i formę, która nie gwarantuje sukcesu na MŚ.

- Jesteśmy Holandią. Dlaczego nie rzuciliśmy się na nich od pierwszej minuty? Piłkarze twierdzą, że zagrali dobrze, bo rywale nie stworzyli sobie szansy. Przecież oni wystawili jednego napastnika, a u nas za obronę odpowiada sześciu ludzi - mówił po meczu z Japonią Wim van Hanegem, były reprezentant.

- Rywale nie byli najmocniejsi, ale stworzyli kilka szans. Popatrzcie na rzuty rożne. Oni mieli sześć, my - jeden. To coś oznacza - twierdził po spotkaniu z Kamerunem Johan Cruyff.

Van Marwijk stracił cierpliwość, gdy dziennikarze zaczęli wpychać mu do pierwszej jedenastki Eljero Elię, młodego skrzydłowego Hamburga. - Przecież jeszcze niedawno chcieliście "Fantastycznej Czwórki". Teraz mam zdjąć van der Vaarta i wstawić Elię. Jak to pogodzić? - pyta van Marwijk.

Takich absurdów pełna jest historia holenderskiej reprezentacji, na razie van Marwijk wszystkie pułapki omija, nie stara się zadowolić wszystkich, tylko sprawić, by zespół wygrywał. Kolejna mina czeka na niego już dziś.

W 1976 r. holenderscy wicemistrzowie świata jechali na Euro do Jugosławii po zwycięstwo. W turnieju brały udział cztery zespoły, w półfinale zespół George'a Knobela trafił na Czechosłowację, w drugim Niemcy grały z gospodarzami. - Mój zespół jechał na turniej, myśląc tylko o Niemcach i rewanżu za finał MŚ z 1974 r. Próbowałem coś z tym zrobić, ale to już nie były dzieci, tylko faceci dobiegający trzydziestki. Co poradzę na to, że arogancja jest jedną z cech naszego charakteru? - mówi holenderski trener. Jego drużyna po dogrywce przegrała 1:3.

W RPA Holendrzy w drodze do finału zagrają z najwyżej jedną reprezentacją z pierwszej dziesiątki rankingu FIFA. W ćwierćfinale mogą wpaść na Brazylię. Na razie zapewniają, że myślą tylko o Słowacji.