MŚ 2010. Niemcy - Anglia, niekończąca się historia

Anglicy pragną w RPA zakończyć serię porażek na wielkich turniejach, ale też sprawić sobie przyjemność i wyeliminować Niemców. Zespół Joachima Löwa chce tylko awansować do ćwierćfinału - korespondencja Michała Szadkowskiego z RPA.
Powiedzieć, że w niedzielę o godz. 16 czeka nas klasyk mistrzostw świata, to nic nie powiedzieć. Żadnego meczu Anglicy nie wyczekują tak bardzo, żadne zwycięstwo tak ich nie cieszy i żadna porażka nie smuci.

Niemcy wyżej cenią sobie rywalizację z Holandią, ale i w ich futbolowej historii mecze z wyspiarzami opisane są w pokaźnych tomiszczach.

- To będzie coś specjalnego, za tymi meczami stoi wielka historia - przyznaje trener Niemców Joachim Löw.



Początek rywalizacji datuje się na 1966 r., gdy w finale mundialu Anglicy wygrali 4:2. Tamto popołudnie na Wembley uważane jest za chwilę największego triumfu angielskiego futbolu.

Do RPA reprezentacja Fabia Capello przyjechała, by pożółkłe i wyświechtane zdjęcia bohaterów drużyny Alfa Ramseya zastąpić w gazetach aktualnymi.

Wystartowała bardzo słabo, po remisie z Algierią groziło jej odpadnięcie z turnieju. Spytałem w piątek na lotnisku w Port Elizabeth angielskiego dziennikarza, czy bierze pod uwagę, że włoski trener specjalnie przygotowywał formę zespołu na fazę pucharową, licząc, że w słabej grupie jego zespół i tak sobie poradzi.

- Nie wierzę, by aż tak zaryzykował. Ostatecznie przez słabe mecze już w 1/8 finału gramy z jednym z faworytów - powiedział Anglik.

Choć w ostatnim meczu ze Słowenią zespół Capello zaprezentował się najlepiej, od poziomu wymaganego przez dziennikarzy i kibiców wciąż dzielił ich kanał La Manche.

Słabe występy Lamparda kibice byliby jeszcze w stanie znieść. Ale od początku mundialu zbiera im się na płacz, gdy widzą Wayne'a Rooneya.

- Gdybym wiedział, że Wayne jest do kupienia za 1,5 mln funtów i wysłał cię na mundial, byś zobaczył jak gra, odradziłbyś mi transfer. Gdybyśmy nie wiedzieli, że ten piłkarz nazywa się Rooney, powiedzielibyśmy, że jest słaby - mówi trener Tottenhamu Harry Redknapp, znajomy wszystkich angielskich piłkarzy.

Rooney na pewno się na niego nie obrazi. Wie, że cała Anglia pragnie, by zagrał, jak potrafi. Niczego jeszcze nie stracił, dwa celne strzały w niedzielne popołudnie mogą sprawić, że na dobre rozsiądzie się na stronach historii angielskiej piłki. Mecze z USA i Algierią zostaną w niej przemilczane.

Rooney to jeden z przedstawicieli złotego pokolenia angielskich piłkarzy, których kariery przypadły na okres świetności Premier League, piłkarskiego odpowiednika koszykarskiej NBA. Pierwszej futbolowej ligi globalnej, którą fascynują się fani od Seulu, przez Lagos, po Los Angeles. Łatwiej trafić na miejsce pozbawione elektryczności niż, takie, gdzie żadna telewizja nie pokazuje spotkania Manchesteru United z Liverpoolem.

Do popularności wypracowanej w lidze angielskie gwiazdy dołożyły sukcesy w Lidze Mistrzów. Trudno w futbolu klubowym, może poza wychowankami barcelońskiej La Masii, znaleźć osobników równie nasyconych.

Niemieccy piłkarze przez lata patrzyli na angielskich kolegów z zazdrością. Bundesliga nie imponowała pieniędzmi i sukcesami. Najgorsze przetrwała, dziś wieści się jej przyszłość nie gorszą niż Premier League. Kilka lat temu, gdy Niemcy wysyłali na wielki turniej kadrę złożoną prawie wyłącznie z piłkarzy Bundesligi, tłumaczono, że w Europie nikt ich nie chce. Dziś wszystko, co mogą dostać w Hiszpanii i Anglii daje, lub za chwilę im da, rodzima liga.

Zaczynając od fantastycznych stadionów, a kończąc na współpracy z wielkimi trenerami, na której korzysta także kadra.

Löw powinien postawić butelkę wina Louisovi van Gaalowi. Holenderski trener Bayernu zastał w Monachium średniego jak na europejskie warunki skrzydłowego Bastiana Schweinsteigera. Przez rok zrobił z niego defensywnego pomocnika finalisty Ligi Mistrzów, zdobywcy mistrzostwa i Pucharu Niemiec.

Na nieszczęścia dla Löwa 26-letni piłkarz jutro może nie zagrać, bo boli go mięsień. Nie wiadomo też, czy wyleczą się Mesut Ozil i Jerome Boateng, ale ich szanse wydają się zdecydowanie większe.

Anglicy prawdopodobnie zagrają w takim samym składzie jak ze Słowenią. Miejsce na środku obrony utrzyma więc Matthew Upson, choć ostatnio zagrał tylko dlatego, że zawieszony za kartki był Jamie Carragher. - Muszę powiedzieć piłkarzom, że patrzy na nich cały kraj. Nie mogą zawieść tych ludzi. Muszą zrozumieć, co oznacza noszenie reprezentacyjnej koszulki - powiedział Capello.

Włoch dopiero od kilku dni zdaje się rozumieć zamieszanie wywołane meczem. Gdy zgadzał się prowadzić angielską kadrę, wymuszono na nim obietnicę awansu do półfinału, o wygrywaniu z Niemcami nikt nie wspominał. Niezależnie od wszystkiego wynik przyćmi wszystko, co zrobił wcześniej z angielską kadrą.

Zwycięzca w ćwierćfinale zagra z Argentyną lub Meksykiem.

Będzie rekord?

31,5

mln widzów trzynaście lat temu oglądało pogrzeb księżnej Diany. To angielski rekord oglądalności, który według fachowców ma zostać w niedzielę wyrównany