MŚ 2010. Przed meczem z Argentyną: Meksyk czeka na ścięcie

Niech robią, co chcą, byle wrócili o północy - Diego Maradona daje argentyńskim piłkarzom totalną wolność, a ci odwdzięczają się na boisku. W niedzielę o 20.30 grają w 1/8 finału z Meksykiem. Korespondencja Rafała Steca z Johannesburga.
Gracz wszech czasów trenerem chyba się nawet nie czuje. Wielu mundialowych selekcjonerów pilnuje, by podwładni nawet oddychali w zalecanym tempie, Maradona wciąż jest jednym z nich - wielkich piłkarzy, których otoczenie chce wykorzystać, skrzywdzić, zniesławić. Przez całą karierę toczył zajadłą wojnę z właścicielami klubów, działaczami, trenerami. Czyli łajdakami pasożytującymi na cudzym talencie. Czyli krwiopijcami usiłującymi wyssać ostatnią kroplę z lepszych od siebie. I do dziś nie przeszedł

na ciemną stronę mocy.

Ściąga na siebie całą uwagę, przez ostatnie kilkadziesiąt godzin cały świat cytował jego wypowiedź o przyjacielskich stosunkach z José Mourinho. - Kiedy się spotkaliśmy, rozmawialiśmy o taktyce godzinami. Przyjął mnie wspaniale. Gdy będę miał taktyczny kłopot, to do niego zadzwonię po radę - mówił Maradona, jakby znów wiedział, że większej uciechy publice sprawić nie może. On, genialny zawodnik o zerowym dorobku trenerskim, miał znaleźć wspólny język z Mourinho, genialnym trenerem o zerowym dorobku zawodniczym, który od gwiazd wymaga, by precyzyjnie wykonywały rozkazy?

Maradona takimi zawsze gardził, w RPA nie daje się naciągnąć na żadne wyznania sugerujące, że zwycięstwa uważa za swoją zasługę. - Tę opowieść piszą moi chłopcy. Magię tworzą piłkarze i tak będzie po ostatnie zagranie na tym mundialu. Istnieją dobrzy trenerzy, jak: Guardiola, Mourinho, Benitez, Menotti, Bilardo czy Basile, ale to zawodnicy wychodzą na boisko. Jeśli moi zdobędą złoto, pocałuję puchar na samym końcu, po Leo Messim i reszcie - mówi argentyński selekcjoner.

W czwartek puścił swoich ludzi całkiem samopas, oddał im cały dzień do dowolnego zagospodarowania, z jednym zastrzeżeniem - musieli wrócić na włości uniwersytetu w Pretorii (tam mieści się obóz kadry) o północy. Czerpią oni niekłamaną przyjemność z mundialu, nie duszą się pod regulaminem, który skazuje na nieustanne oglądanie tych samych ścian hotelowego pokoju i tych samych twarzy kolegów z kadry.

Trener Anglików - znanych amatorów gromadnych zabaw, niekoniecznie przy soku pomidorowym - mógłby za tak dobrotliwe rządy słono zapłacić, Maradona czuje się bezpiecznie.

Messi w wolnym dniu obchodził akurat urodziny. Spędził je z rodzicami, którzy na czas mundialu wynajęli mieszkanie nieopodal argentyńskiego obozu. Jego rodacy wciąż czekają, aż fenomenalny skrzydłowy rozpędzi się jak jego selekcjoner przed ćwierćwieczem. Messi na pozór ma wszystko to, co unosi go nad murawą w Barcelonie. Argentyńczycy nie rozstają się z piłką - w ostatnim grupowym meczu z Grecją trzymali ją przez 82 proc. czasu gry, więcej niż ktokolwiek na mundialach od 1966 roku (taki okres obejmują badania opracowującej futbolowe statystyki firmy Opta) - podają ją najchętniej jemu, grają po ziemi, oblegają pole karne rywala, całą energię inwestują w atak, zdobywają sporo bramek. Echo pokazów z Camp Nou. A jednak Messi nie trafia. Nie wbił żadnego z siedmiu argentyńskich goli - czasem pudłuje, częściej poświęca całą uwagę uprzyjemnianiu życia partnerom. Maradona stara się każdego dnia natchnąć go do popisów solowych, a jego spadkobierca reaguje, jakby to on codziennie

wisiał na telefonie z Mourinho

i wysłuchiwał, że na boisku jednostka znaczy niewiele. Do Messiego jednak - w przeciwieństwie do innych gigantów ofensywy, którzy w RPA nie trafiają lub trafiają rzadko (C. Ronaldo, Rooney) - nikt nie zgłasza pretensji. Przeciwnicy naskakują na niego ostro i od pierwszego gwizdka, on umie się uwolnić ze ścisku, rozgrywa, podarowuje drużynie rzuty wolny i rożne, z których Argentyna korzysta skuteczniej niż ktokolwiek na turnieju.

Rywale mówią tylko o Messim. Zdaniem kapitana Meksyku Rafaela Marqueza, jedynym sposobem na skrępowanie jego znajomego z Barcelony jest obstawienie go ludźmi, którzy nie pozwolą, by dofrunęła do niego piłka. Gerardo Torrado twierdzi, że jeśli choć jeden w drużynie zawiedzie, powstanie luka, przez którą lider Argentyńczyków się przedostanie, a jak raz się przedostanie, nikt go nie zatrzyma.

- Musimy przezwyciężyć samych siebie. Grać inteligentnie, nie iść na wariata. Inaczej nie mamy szans - dodaje Torrado. Jego reprezentacja pokonała na razie tylko zniszczoną wojną domową Francję, po ostatnim meczu z Urugwajem (0:2) trener Javier Aguirre pojękiwał, że w końcówce piłkarze wyglądali na półomdlałych, a nawet - że nie chcieli wygrać.

Meksykanie wspominają, że cztery lata temu nie wytrzymali naporu Argentyńczyków - w tej samej rundzie - dopiero w dogrywce, którą rozstrzygnął niezapomnianym wolejem ze skrzydła Maxi Rodriguez. Generalnie jednak czekają na 1/8 finału jak na ścięcie, wyżej umieli wyskoczyć tylko wtedy, gdy mundial organizowali. Historia ewidentnie im ciąży, choć teraz po urazie wraca do zespołu świetny na początku MŚ Carlos Vela.

- Niestety, zawsze brakuje nam pewności siebie niosącej inne reprezentacje. Próbujemy się zmienić i jeśli nam się wreszcie nie uda, skończymy jak zwykle - mówi Marquez, jedyny w drużynie wspaniale utytułowany międzynarodowo (wygrywał Ligę Mistrzów). Nie brzmi jak kapitan ufny w mentalne moce drużyny, lecz kapitan, który najchętniej wysłałby ją na ćwiczenia z asertywności. Czy tacy piłkarze są w stanie choć na chwilę zburzyć spokój Maradony, który przekonaniem o swojej racji epatuje zawsze?