MŚ 2010. Skandal we Francji. Chcą wyrzucić imigrantów z reprezentacji narodowej

Słaba postawa reprezentacji Francji na piłkarskich mistrzostwach świata w RPA to dopiero początek wielkiego skandalu. W kraju rozpoczęła się gorąca dyskusja o pochodzeniu niektórych piłkarzy, która oburzyła polityków walczących o prawa imigrantów. - Otwieramy autostradę dla Frontu Narodowego - grzmiała jedna z działaczek mówiąc o nacjonalistycznej, rasistowskiej partii założonej przez Jean-Marie Le Pena.
Ci, którzy w ekscesach dotyczących drużyny Trójkolorowych widzieli tylko podtekst sportowy będą przecierać oczy ze zdumienia. Kulę śnieżną rozpędził Nicolas Anelka, który w przerwie meczu z Meksykiem mruknął pod nosem "spier... skur...", gdy Raymond Domenech próbował udzielić mu wskazówek dotyczących gry w ataku. Cytat przedostał się do prasy, a zawodnik Chelsea ogłosił, że już nigdy nie założy trykotu reprezentacji narodowej.

Kula nabrała jeszcze większych rozmiarów, gdy Franck Ribery zarządził poszukiwania zdrajcy ujawniającego sekrety z szatni Les Bleus. Media donosiły, że największe gwiazdy zespołu nie tolerują obecności młodego Yoanna Gourcuffa podejrzewanego o to, że jest kapusiem. Ci francuscy dziennikarze, którzy sensacji poszukiwali najsilniej dopatrzyli się tego nawet na boisku, gdy Franck Ribery wielokrotnie nie podał do Gourcuffa, mimo że ten był na świetnej pozycji.

Potem Trójkolorowi zastrajkowali: kapitan Patrice Evra ogłosił bojkot jednego z treningów. Nie wszyscy piłkarze chcieli wziąć udział w proteście, niektórzy następnego dnia z płaczem przychodzili na dywanik Domenecha. Ze wszystkiego uciechę mieli Irlandczycy, którzy wciąż nie mogą wybaczyć Francuzom zagrania ręką Thierry'ego Henry, które dało Trójkolorowym awans do finałów mistrzostw świata. Jedna z firm ogłosiła nawet specjalną promocję: każdy Irlandczyk może zamówić darmową pizzę za każdego gola, którego stracą Les Bleus.

We Francji szok i niedowierzanie. Kiedy okazuje się, że przywódcami buntu piłkarzy byli czarnoskórzy William Gallas i Eric Abidal oraz mulat Thierry Henry, o komentarz proszeni są eksperci ds. rasowych. - Mamy najlepszy dowód na to, że nasza drużyna piłkarska wcale nie jest drużyną. To zgraja bandytów wywodzących się z banlieues - mówił Alain Finkfielkraut, który jest we Francji znany ze swoich wypowiedzi o braku jedności narodowej.

Banlieues nazywa się przedmieścia francuskich miast, gdzie często skupiają się imigranci - Algierczycy, muzułmani, czarnoskórzy. Gdy dziennikarz "New York Times" przygotowywał materiał o Nikolasie Sarkozym wybrał się na przedmieścia Paryża. - Co by było, gdybym dorwał Sarkozy'ego? Zabiłbym go. Zabiłbym go, trafiłbym do więzienia i wyszedłbym. A wtedy byłbym bohaterem - usłyszał od jednego z imigrantów. Taka jest moralność wychowanków slumsów, do których porównuje się czarnoskórych piłkarzy reprezentacji.

Fadela Amara zajmuje się dzielnicami dotkniętymi rasizmem. Zdębiała, gdy usłyszała o ogólnokrajowej dyskusji. Niektórzy nazywali piłkarzy "szmatami", inni "małymi rzezimieszkami". Na co dzień tak samo opisują tych, którzy nie mają Francji we krwi. - To, co stało się na mistrzostwach przybiera wymiar rasowy. Wszyscy obwiniacie uboższe klasy społeczne, wątpicie w patriotyzm imigrantów - wyliczała na spotkaniu z prezydentem Sarkozym. - Sposób, w jaki prowadzimy debatę o tożsamości narodowej jest skandaliczny. Otwieramy autostradę dla Frontu Narodowego - wściekała się. FN deklaruje się jako partia skrajnie prawicowa, przeciwna imigrantom i muzułmanom.

Założyciel Frontu Narodowego, Jean-Marie Le Pen w czerwcu 2006 roku powiedział, że w reprezentacji piłkarskiej znajduje się zbyt mało białych zawodników, a kadra nie odzwierciedla należycie różnic społecznych. Obrażał też tych piłkarzy, którzy przed rozpoczęciem meczów nie śpiewali hymnu państwowego - "Marsylianki".



Te same pretensje ma teraz minister edukacji, Luc Chatel, który zauważył tę tendencję u Patrice'a Evry. - Kapitan reprezentacji Francji, który nie śpiewa "Marsylianki". Czy może być coś bardziej szokującego? - pytał. - Człowieku, jesteś wzorem dla młodych ludzi, nosisz koszulkę reprezentanta kraju. Powinieneś być z tego dumny - apelował. Te same pretensje mieli do swoich graczy Niemcy.

W 1998 roku Francja organizowała mistrzostwa świata i mundial wygrała. Wtedy kibice z całego globu, zafascynowani koncepcją multikulturowej drużyny piłkarskiej z podziwem wpatrywali się w zespół złożony z czarnych, białych i arabskich zawodników. Jedna z najjaśniejszych gwiazd tamtego turnieju to Zinedine Zidane, którego zarówno Francja, jak i Algieria uznają za swojego obywatela. To takie przypadki sprawiły, że przydomek "Trójkolorowi" nabrał innego znaczenia. Czy rosnące grono nacjonalistów zamieni Les Bleus w "Jednokolorowych"?



Algieria przegrała - zamieszki w Paryżu

Ponad 20 zdewastowanych samochodów, zniszczone przystanki autobusowe i powybijane witryny w sklepach - to efekt zamieszek w centrum Paryża po porażce Algierii w meczu z USA. Gdy w doliczonym czasie gry Landon Donovan strzelał bramkę, która dała Stanom awans do 1/8 finału, w centrum Paryża wybuchły zamieszki. Około 250 rozzłoszczonych Algierczyków, którzy oglądali mecz na specjalnie rozstawionym telebimie ruszyło w miasto. Powybijali szyby w sklepowych witrynach, przewrócili i podpalili ponad 20 samochodów, dewastowali przystanki. Czytaj całość na Sport.pl.

Algierski piłkarz uderzył dziennikarkę »