MŚ 2010. Anglia wymęczyła awans. Czyżby dopiero się budziła?

Choć reprezentanci Słowenii wracają do domu już po trzech meczach, z mundialowego występu mogą być zadowoleni. Zdobyli cztery punkty i trzy bramki, do ostatniej sekundy walczyli o awans. To wszystko doceni każdy... polski kibic, pamiętający ostatnie występy na wielkich turniejach biało-czerwonych. Relacja z Kapsztadu Michała Szadkowskiego.
Anglia wymęczyła zwycięstwo ze Słowenią 1:0 i kończy grupę na drugim miejscu. Pierwsze zajęli Amerykanie, którzy po golu w 91. minucie pokonali Algierię 1:0. Mecze 1/8 finału już w najbliższy weekend.

Gdy sędzia Wolfgang Stark podnosił w Port Elizabeth rękę, by zakończyć mecz, Słowenia, mimo porażki mogła szykować się do fazy pucharowej. Gdy niemiecki arbiter skończył gwizdać, na mundialu zespołu Matjaza Keka już nie było, bo w oddalonej o 1,1 tys. kilometrów Pretorii bramkę dla USA zdobył Landon Donovan. Lider Amerykanów długo płakał po meczu, przez łzy wykrztusił, że jest dumny ze swojej drużyny

Amerykanie prawdopodobnie nie zostaną uznani najładniej grającym zespołem w RPA, ale grupę wygrali zasłużenie. Pokazują te same zalety co rok temu w Pucharze Konfederacji, na którym dotarli do finału. Świetną organizację, dyscyplinę i charakter, pozwalający im wydzierać zwycięstwa w ostatniej chwili. A Anglicy zdają się dopiero budzić.

Przed mundialem ich selekcjoner Fabio Capello złamał obowiązujący od 20 lat zwyczaj i sprzeciwił się powstaniu oficjalnej piosenki reprezentacji Anglii na MŚ. Włochowi zależało, by jego drużynie nic nie przeszkadzało w przygotowaniach, nawet udział w promocji hymnu.

Kibice nieoficjalnych piosenek stworzyli mnóstwo, żadna nie ma szans by osiągnąć popularność przeboju stworzonego 14 lat temu, przed organizowanym na wyspach Euro'96. "Football's Coming Home" (Futbol wraca do domu) angielscy kibice wykorzystują do dzisiaj. Po klęskach swojej drużyny na wielkich turniejach ryczą, że futbol wraca do domu.

Niewiele brakowało, by ta pieśń rozbrzmiała także w RPA.

Anglia do ostatniej minuty biła się o awans do 1/8 finału. Choć ze Słowenią zagrała najlepszy mecz na mundialu, strzeliła tylko jednego gola. Liderzy zaprezentowali się co najwyżej poprawnie. Steven Gerrard, Frank Lampard i Wayne Rooney po takim występie w klubach na pochwały nie mogliby liczyć.

Ale też dużo piłkarzom Capello wychodziło.

Nie ruszali się tak ciężko jak z Algierią, gdy wydawało się, że ktoś napchał im do spodenek po kilka kilogramów żelaza.

Pierwszy raz w RPA w atakach pomagali napastnikom boczni obrońcy, wcześniej nie wychylający się za środek boiska.

Rooney grał dwie klasy lepiej niż wcześniej. Znów nie zdobył bramki, trafił w słupek, gdy w drugiej połowie schodził z boiska, wyglądał na sfrustrowanego. Ale choć trochę przypominał piłkarza, zachwycającego w Premier League i Lidze Mistrzów.

Najlepiej zagrali jednak piłkarze, którzy mieli pomagać liderom, a nie decydować o wyniku.

James Milner zaczął MŚ od słabego występu z USA, wydawało się, że poziom reprezentacyjny wciąż go przerasta. W środę prawdopodobnie wywalczył sobie miejsce w pierwszej jedenastce na fazę pucharową. W przeciwieństwie do poprzednika Aarona Lennona celnie dośrodkowywał, dryblował i strzelał.

Bohaterem został strzelec zwycięskiego gola Jermaine Defoe. Piłkarz, którego trudno nazwać ulubieńcem włoskiego selekcjonera Anglików. Capello zawsze wolał, by w ataku Wayne'owi Rooneyowi partnerował Emile Heskey, z wyglądu przypominający parowóz. Włoch nie zważał na serie meczów 32-letniego piłkarza Aston Villi bez strzelonego gola, liczyła się jego siła i umiejętność rozpychania się na polu karnym. W rugby Heskey mógłby służyć za jednoosobowy młyn. Jego zmiennikiem w kadrze najczęściej był jeszcze wyższy Peter Crouch.

Za mierzącym ledwie 170 cm Defoe przemawiało niewiele. W lidze angielskiej trafiał często, ale w klasyfikacji strzelców zajął szóste miejsce, wyprzedziło go trzech rodaków. Rooney, pomocnik Lampard i Darren Bent, którego w kadrze zabrakło.

Ze Słowenią Defoe zagrał w pierwszej jedenastce, strzelił najważniejszego gola w reprezentacyjnej karierze. Pozostałe szanse Anglicy zmarnowali.



Słoweńcy nie potrafili jednak nieskuteczności rywali wykorzystać. Z trudem przedzierali się w pole karne, a tam drżały im nogi i brakowało szczęścia. W drugiej połowie strzał po ziemi Valtera Birsy głową odbił John Terry.

Choć reprezentanci dwumilionowego państwa wracają do domu po trzech meczach, z mundialowego występu mogą być zadowoleni. Zdobyli cztery punkty i trzy bramki, do ostatniej sekundy walczyli o awans. To wszystko doceni każdy... polski kibic, pamiętający ostatnie występy na wielkich turniejach biało-czerwonych.

Anglicy dzięki awansowi, odtworzenie "Football's Coming Home" przesunęli przynajmniej do soboty.

- Nie jestem szalony, naprawdę wierzę, że wciąż możemy zdobyć mistrzostwo świata - mówił we wtorek Capello. Jeśli Włoch zakładał, że ze słabymi rywalami w grupie jego drużyna poradzi sobie nawet powłócząc nogami, a jej formę przygotowywał na fazę pucharową, rywale powinni zacząć się bać, a kibice schować płytę ze starą pieśnią.

Czytaj więcej o meczu Słowenia - Anglia »