MŚ 2010. Ghana - Niemcy. Sensacja nad sensacjami?

W reprezentacji Ghany burza, a piłkarze największej mundialowej nadziei Afryki potrzebują dziś zremisować z Niemcami, by mieć pewność awansu do drugiej rundy
Wicemistrzów Europy remis wyrzuciłby prawdopodobnie z mundialu, co byłoby sensacją nad sensacjami, na turnieju w RPA niemożliwą już do przebicia.

Niemożliwą do przebicia wcale nie dlatego, że Niemcy rozpoczęli od obicia Australii czterema golami, by następnie samych siebie zareklamować - przy chóralnym międzynarodowym poparciu - jako faworytów do złota. Historia uczy, że oni po wojnie przeżyli tylko cztery nieudane turnieje. W 1962, 1978, 1994 i 1998 roku odpadli w... ćwierćfinale. Na wszystkich pozostałych rozgrywali maksymalną możliwą liczbę meczów, dopychając się do strefy medalowej.

Świat poznał ich jako ludzi, którzy stają się tym bardziej niebezpieczni, im zdają się słabsi. Zapamiętaliśmy ich ze skoków na podium wykonywanych przez graczy tworzących - jak oceniali rodacy - "najgorszą reprezentację w dziejach niemieckiego futbolu". Dlaczego mieliby zatem przegrać dziś, gdy na deficyt talentu nie narzekają?

W ataku Niemiec tancerz samby...

Trener Joachim Löw dmucha na zimne. W weekend zmienił plany i odpuścił sobie trening - poprowadzili go asystenci - by pojechać do Rustenburga i zobaczyć grającą z Australią Ghanę z bliska, odkryć niuanse, których jeszcze nie wytropił. Serbom jego piłkarze ulegli być może dlatego, że o pewnym drobiazgu zapomnieli - nie wzięli pod uwagę stylu sędziowania Undiano Malenco, który w 17 meczach ligi hiszpańskiej 11-krotnie wyciągnął czerwoną kartkę.

W piątek też karał nawet za grzeszne myśli, kartkami wymachiwał bez opamiętania, lecz Miroslav Klose nie powstrzymał się - mimo wcześniejszego upomnienia sfaulował rywala na środku boiska, został odesłany do szatni. Jak Löw, znany miłośnik statystyk, mógł do tego dopuścić, skoro sam przyznawał, że FIFA instruowała piłkarzy, czego mają szczególnie unikać? I że nakazała arbitrom bezlitośnie reagować na ataki od tyłu?

Teraz Niemcy mają to, co lubią - kłopoty. Z rzutu karnego spudłował w meczu z Serbią Lukas Podolski, do pasma personalnych kłopotów przedturniejowych (od kontuzji kapitana Ballacka po utratę dwóch czołowych bramkarzy) doszła dyskwalifikacja Klosego, snajpera na mistrzostwach Europy i świata niezawodnego, który dawał drużynie niezwykły atut - potęgę w atakach górą. Niewielu napastników na mundialu uderza piłkę głową lepiej niż on. Może nawet żaden.

Zastąpi go Cacau, naturalizowany Brazylijczyk, który w 2000 roku przyleciał do Niemiec na występy jako tancerz samby, ale po godzinach grał w amatorskim klubie Turkgucu Monachium. I niebawem został gwiazdą Bundesligi. Jako jedyny w kadrze wychował się za granicą, choć obce pochodzenie ma wielu jego partnerów. - Czuję się Niemcem, myślę po niemiecku - mówił na przedwczorajszej konferencji prasowej. Gdy padło pytanie o Brazylię, odparł, że ogląda ją jak obcą drużynę. Ojczyznę ma tylko jedną, uważa się za adoptowane dziecko Niemiec.

...w Ghanie zimna wojna

Ghana po klęsce Wybrzeża Kości Słoniowej z Portugalią staje się ostatnią nadzieją Afryki. Szansą, by kontynent goszczący mundial po raz pierwszy nie tylko zachował sportową godność, ale i spróbował przepchnąć swego przedstawiciela co najmniej do ćwierćfinału. Jej piłkarze grają dojrzale, zespołowo, wyrafinowanie taktycznie. W stylu, który sprzyja misjom jak dzisiejsza, czyli obronieniu zwycięskiego remisu.

Tylko spokoju nie ma. Do coraz dłuższego na MŚ korowodu piłkarzy, którzy czują się ważniejsi niż grupa, dołączył Sulley Muntari. Z Australią zagrał tylko kwadrans i uznał, że został znieważony. W szatni zaczął uderzać pięściami w szafki, zwymyślał trenerów i kilku kolegów, po czym wyszedł, trzaskając drzwiami (wersja korespondentów z Ghany), lub "zareagował w sposób sprzeczny z kodeksem etycznym reprezentacji" (jak głosi oświadczenie działaczy). Miroslav Rajevac zażądał usunięcia go z kadry, tłumacząc, że nie jest w stanie dłużej z nim pracować.

Zimna wojna między nimi trwa od zeszłego roku. Grający w Interze Muntari nie pojechał na niedawny Puchar Narodów Afryki, bo wcześniej odmówił spotkania się z selekcjonerem, choć ten fatygował się do Mediolanu dwukrotnie. Ociągał się też z zapłatą grzywny, jaką nałożył na niego Rajevac za odmowę gry w towarzyskiej próbie z Angolą. Piłkarz ostatecznie przeprosił, strzelił nawet gola w sparingu w Bośni. Ale rozejm utrzymał się chwilę. Na jednym zgrupowaniu jako jedyny zażądał osobnego pokoju, na innym szukał lekarza na własną rękę, odmawiając konsultacji z reprezentacyjnym.

Teraz znów przeprosił, po negocjacjach z udziałem kapitana drużyny Stephena Appiaha oraz prezesa ghańskiej federacji. Ponoć przyjął reprymendę i wyjaśnił, że jego wybryk zrodziła frustracja po meczu z Australią, którego nie udało się wygrać.

Rozejm wygląda na kruchy, piłkarze grożą buntem, jeśli Muntari nie przestanie wulgarnie obrażać młodszych kolegów. Afryka niszczy swoją ostatnią szansę?

Śledź najnowsze informacje prosto z RPA na blogu Rafała Steca