Sport.pl

Francuska wojna domowa

Anarchia, notoryczna niesubordynacja, podział na nienawidzące się klany. Od blisko dekady drużyna narodowa służy Francuzom do tego, by niszczyć futbolowe bogactwo, jakim dysponuje tylko kilka krajów świata
Od lat zanosi się, że piłkarze trójkolorowych przejdą do historii jako pierwsi, którzy ubawią nas mordobiciem - między sobą, hucznym, o choreografii godnej najpodlejszych portowych spelun - w trakcie meczu mistrzostw Europy lub świata, a selekcjonera Raymonda Domenecha skopią do nieprzytomności, o ile oczywiście za kopanym nie wstawią się stadionowi ochroniarze. Na razie Nicolas Anelka poprzestał na wezwaniu trenera "skurw..", by się "pier...". W dodatku odczekał do gwizdka - przemawiał w szatni, z dala od publiki oglądającej jego beznadziejną grę w meczu przeciw Meksykowi.

31-letni napastnik boczył się od początku tamtego wieczoru, choć wstępny sukces osiągnął. Przekonał Domenecha, by nie wkładał do składu na mecz z Meksykiem Yoanna Gourcuffa, który jemu, Anelce, i tak nie podaje piłki. Nie podaje prawdopodobnie z zemsty. Wyświęcany na następcę Zidane'a gracz jest w szatni izolowany, wielu kadrowiczów się do niego nie odzywa, bo nie toleruje jego wrednego charakteru. Słowem, decyzja, by osadzić go w rezerwie, wydaje się logiczna. By nie powiedzieć - oczywista. Delikwent powszechnie ignorowany jako rozgrywający (czyli spajający jednostki w grupę) mógłby się nie sprawdzić.

William Gallas nie sprawdził się np. w środku defensywy. Co również naturalne, wszyscy mu współczuliśmy, gdy ogłosił ciszę prasową zezłoszczony wybrykiem selekcjonera, który kapitanem mianował nie jego, kandydata idealnego, lecz Patrice'a Evrę.

Ten ostatni w niedzielę z kapitańską werwą naskoczył na odpowiedzialnego za przygotowanie fizyczne Roberta Duverne'a, bo wyczuwał w nim zdrajcę wynoszącego z szatni jej tajemnice. Trening się nie odbył, jeden z działaczy polamentował nad haniebnym przebiegiem wydarzeń i podał się do dymisji, Domenech odczytał publicznie list od piłkarzy, którzy wstawili się za usuniętym z kadry Anelką i odmówili współpracy.

Kłopoty z komunikacją nękają trójkolorowych od dawna, francuscy dziennikarze co turniej dzielą się z kolegami po fachu niezbędnikiem umożliwiającym ogólną orientację, kto kogo lubi, kto z kim przestawać nie ma zamiaru, a komu w zgodnej opinii drużyny brzydko pachnie z buzi. Rozrysowują też granice między frakcjami, których przywódcy zawsze służą selekcjonerowi radą, kogo powinien wystawić, jeśli chce, by doradzający okazali łaskę i na murawę jednak się wywlekli. Nie zawsze podział jest tak jasny jak na Euro 2008, gdy bezczelny smarkacz Samir Nasri zajął w autobusie miejsce pana Thierry'ego Henry'ego, wywołując nieuniknioną wojnę młodych ze starymi.

Wspomnianą radą służą Domenechowi wszyscy poza tymi, którzy akurat wydadzą selekcjonerowi ciche dni. Niejaki Florent Malouda - znakomity skrzydłowy, którego trener w eliminacyjnym meczu z Rumunią skazał na rolę defensywnego pomocnika - oskarżał: "On wywołuje konflikty, a mnie pomylił z kimś innym. Nie jestem klaunem ani lalką, nie chcę z nim rozmawiać. O nim też nie". Czy tamte słowa, przecież wypowiedziane ze szczerego odruchu serca, spowodowały, że Malouda - mimo świetnej formy - nie zasłużył na podstawową jedenastkę w inauguracyjnym mundialowym starciu z Urugwajem? Czy raczej przesądziły brutalne wślizgi, którymi piłkarz Chelsea ścinał kolegów w treningowych gierkach?

Filozof i eseista Alan Finkielkraut dostrzega w reprezentacji podziały rasowe i religijne, oskarżając pokolenie tzw. caillera, czyli ulicznego slangu niezrozumiałego dla białych Francuzów. Co koresponduje ze słowami Sidneya Govou, który powiedział "L'Equipe", iż w sporcie, jak w życiu, kolor skóry miewa znaczenie. Oraz innymi refleksjami obecnych w RPA dziennikarzy, że pochodzącego z zamożnego domu, wypadającego dobrze w mediach białego Gourcuffa nie akceptują czarnoskórzy, którzy dorastali w biedniejszych rodzinach.

Nikt już nie pamięta, od kiedy ciągnie się trójkolorowa wojna domowa, ale godność na wielkich turniejach jej uczestnikom niekiedy udawało się zachować, bowiem mieli Zinedine'a Zidane'a, dziś również podejrzewanego o toksyczny wpływ na reprezentacyjną szatnię.

W 2002 roku wyleczył się genialny rozgrywający tylko na mecz z Danią, więc broniący złota Francuzi nie strzelili w grupie gola i odpadli z MŚ już w rundzie grupowej.

W 2004 roku przyłożył genialny rozgrywający Anglikom w doliczonym czasie dwiema bramkami, więc jedno cenne zwycięstwo Francuzi odnieśli. W ćwierćfinale przepędzili ich z ME Grecy.

W 2006 roku obudził się genialny rozgrywający w ćwierćfinale z Brazylią, więc Francuzi przetrwali do finału MŚ, choć ledwie przeżyli grupę, remisując ze Szwajcarią i Koreą Płd.

W 2008 roku geniusza już zabrakło, więc Francuzi znów zostali wyproszeni po pierwszej rundzie. Domenech w depresję nie popadł, czuł się na tyle dobrze, że sekundy po porażce w ostatnim meczu przed kamerami telewizyjnymi poprosił o rękę swoją wieloletnią partnerkę.

Teraz też genialny rozgrywający występy rodaków jedynie komentuje, więc po dwóch meczach Francuzi znów rozpaczają, że nie wpadł im ani jeden gol.

Tylko postać Zidane'a oddzielała ostatnio francuski sukces od klęski. Tylko on umiał uchronić drużynę przed niszczącym wpływem selekcjonerskiego dziwaka, tylko on przedłużał agonię drużyny, która powinna na każdym turnieju mierzyć w złoto. - Praktycznie na każdej pozycji mamy najlepszego na świecie - diagnozował przed turniejem w RPA Evra.

Domenech to przedstawiciel gatunku naprawdę rzadkiego. Na co dzień słyszymy raczej o sadystach dręczących żony, dzieci, koty lub psy, on uwziął się na wybitnych futbolistów. Jak utopi ich w swojej taktycznej babraninie, to nie ma mocnych.

Przed mundialem postawił na integrację, zgrupowanie w górskim kurorcie zmienił w karnawał gier i zabaw, wygłaszał kazania o jedności, żądał, by piłkarze się wreszcie polubili. Wynajęcie dla kadry kontrowersyjnego luksusowego hotelu tłumaczył chęcią odebrania im jakichkolwiek wymówek. Wszystkich rodaków rozbawił do rozpuku, gdy dowcipnie ostrzegł, że jeśli nie zrozumieją, iż tworzą grupę, wyciągnie pistolet. Straty w ludziach już są (Anelka), na razie obyło się bez trupów. Ale poczekajmy na mecz z RPA...

Więcej o: