MŚ 2010. Amerykanie urodzeni, by walczyć

Słowenia - USA 2:2. Amerykanie nigdy nie mówią nigdy. Do przerwy przegrywali ze Słowenią 0:2, żegnali się z mundialem. Z boiska schodzili wściekli, że wyszarpali tylko remis. I wcale nie wściekali się na siebie.
Więcej o Amerykanach na mundialu znajdziesz tutaj »

Napastnik Jozy Altidore w ogóle nie chciał wracać do szatni. Dopadł sędziego, szukał wyjaśnień. Nikt nie rozumiał, dlaczego Koman Coulibaly nie uznał gola, gdy na cztery minuty przed końcem piłkę do siatki wstrzelił Maurice Edu.

Amerykanie pytali, malijski arbiter nie odpowiedział.

O spalonym nie było mowy, o faulu też nie. Nawet jeśli w polu karnym, jak to w polu karnym, trwała twarda, męska walka.

Gracze USA biegali wtedy jak w amoku. Widzieliśmy to u amerykańskich siatkarzy na igrzyskach w Pekinie, zobaczyliśmy u amerykańskich piłkarzy. Im poważniejsze tarapaty, tym więcej jest powodów, by walczyć. Do wyplucia płuc, rozerwania mięśni, poturbowania wszystkich członków. Fenomenalnie przygotowani fizycznie sportowcy z USA są zawsze - inni mogliby w piątek do końca nie dotrwać, oni gwałtownie parli do bramki po ostatnią minutę.

Sędzia zrujnował ich wysiłek, ale i sami nie są bez winy.

- Czy oni wszyscy zarwali noc dla finału NBA!? - wściekali się siedzący obok amerykańscy dziennikarze, gdy po niespełna kwadransie walki cała słoweńska drużyna tańczyła w rogu boiska. Stracić gola można, ale w takich okolicznościach!? Przecież trener Bob Bradley na konferencjach ostrzegał właśnie przed lewą stopą Valtera Birsy. Przed drzemiącą w niej mocą i przed skłonnością prawoskrzydłowego do zbiegania w środek boisko, by stamtąd uderzyć. Obaj rywale przekonali się zresztą, że strzały z dystansu przynoszą w RPA powodzenie. Amerykanie dzięki wpadce bramkarza Roberta Greena urwali punkt Anglii, Słoweńcy dzięki wpadce bramkarza Faouziego Chaouchiego pobili Algierię.

A jednak wokół Birsy, kiedy celował w bramkę i zdobywał pierwszego gola, była pustka. Nie przeszkadzał mu nikt, choć gracze USA solidnie zapracowali już na reputację atletów o twardych kościach, którym nigdy nie brakuje tchu, by zgotować rywalom piekło w środku boiska.

Potem pomylili się jeszcze raz, a Słoweńcy wyprowadzili doskonały kontratak. Do przerwy byli bezapelacyjnie lepsi.

I gdyby utrzymali prowadzenie - niekoniecznie 2:0 - jako pierwsi finaliści mundialu awansowaliby do drugiej rundy.



To dopiero byłaby sensacja. Sensacją było już to, że Słoweńcy awansowali do europejskich baraży - na starcie eliminacji zamykali ósmą dziesiątkę rankingu FIFA, w grupie tylko San Marino leżało jeszcze niżej. Potem sensacją było, że przetrwali baraże - wypchnęli Rosję napędzaną gigantycznymi inwestycjami w futbol oligarchów i sterowaną przez Guusa Hiddinka, wybitnego trenerskiego specjalistę od zadań specjalnych.

Dziś mało kto już pamięta, że zanim słoweńscy piłkarze przeżyli te wszystkie przygody, nazwisko trenera kibice przekręcali tak, by brzmiało jak potoczne określenie naiwniaka i głupca. Teraz Matjażowi Kekowi zabrakło dziesięciu minut, by reprezentację maleńkiego, dwumilionowego narodu wprowadzić do czołowej szesnastki mistrzostw świata w najpopularniejszym sporcie na planecie. Z rodakami się kocha, po piątkowym meczu zaprosił wszystkich dziennikarzy na piwo.

Miał pecha, że trafił na Amerykanów. Na przerwę schodzili przygaszeni, wracali naładowani energią. Kontaktowego gola strzelili zaraz po wznowieniu gry. Landon Donovan wykorzystał błąd obrońcy, pomknął prawym skrzydłem, a bramkarz Samir Handanovicz po jego potężnym strzale zachował się, jakby usiłował przed piłką uciec. I dobrze. Gdyby jej nie umknął, prędko o własnych siłach by nie wstał.

Piłkarze USA jeszcze nabrali rozpędu. Wyprowadzali atak za atakiem, a my przypominaliśmy sobie, że na ostatnim Pucharze Konfederacji jako ostatni w minionych latach zdołali pobić Hiszpanię. Bez wytchnienia pracowali nad skruszeniem słoweńskiej defensywy, a my przypominaliśmy sobie, że zajęli tam drugie miejsce - w finale prowadzili z Brazylią 2:0.

Gol zdawał się kwestią czasu. Padł w 81. minucie dzięki synowi trenera Michaelowi Bradleyowi. Potem bohaterem został sędzia, choć słoweński selekcjoner ocenił, że wynik wypaczony nie został.

Wrażenia naszych specjalnych wysłanników do RPA - znajdziesz na blogach Rafała Steca » i Michała Pola »