RPA 2010. Fenomen reprezentacji Niemiec - w kadrze grają lepiej niż w klubach

Przed meczem Niemcy - Serbia (piątek, 13.30). W klubach tkwią w permanentnej depresji, zmartwychwstają w drużynie narodowej. Niemcy idą wbrew trendom, dlatego wyrośli na faworytów mundialu. Grają z Serbami, którzy zachwycają tylko tam, gdzie hojnie im płacą - pisze z RPA korespondent Sport.pl Rafał Stec.
Wciąż takich mistrzów przybywa, na mistrzostwach spoglądamy na nich każdego dnia. Spoglądamy i nie wierzymy. W Lidze Mistrzów i w ogóle wtedy, gdy grają na chwałę klubu, wzlatują pod jupitery, w narodowych barwach smętnieją, snują się po murawie jak na zesłaniu.

Zaraza dotyka wielu futbolowych supermocarstw. Barceloński Leo Messi niemal w pojedynkę nokautuje rywali klasy Arsenalu (cztery gole) albo Valencii (trzy gole), funduje Katalończykom trofeum za trofeum, by w argentyńskiej bieli z błękitem tracić połowę mocy. Frank Lampard ze Stevenem Gerrardem są charyzmatycznymi przywódcami angielskich potęg - zwłaszcza ten drugi umie jednym gestem natchnąć całą drużynę - ale angielskiej kadry nigdy do zapadającego w pamięć triumfu nie poprowadzili. Cristiano Ronaldo, który w koszulce Manchesteru Utd lub Realu Madryt nie potrzebuje żadnego wsparcia, by urządzać dywanowe naloty na pole karne przeciwnika, w koszulce Portugalii ostrzeliwuje co najwyżej trybuny i reklamowe bandy. Owszem, cały świat widzi, że zawadza mu - i trwoni jego talent - obecny selekcjoner. Ale Ronaldo nie od wczoraj dla kraju gra byle jak. Poprzedni trener też przeszkadzał?

Im więcej oglądamy w RPA zgasłych gwiazd, tym bardziej uderza

fenomen reprezentacji Niemiec,

której piłkarze reagują na narodowe barwy dokładnie odwrotnie niż opisani bohaterowie konkurencji. W niedzielę nie rozbiliby Australii 4:0, gdyby nie tradycyjna już na wielkich turniejach skuteczność Miroslava Klosego oraz Lukasa Podolskiego.

Obaj w klubach, owszem, też zwracali na siebie uwagę, ale nigdy (Podolski) lub od bardzo dawna (Klose) nie wybijali się na pierwszy plan. Zwłaszcza o sezonie dopiero zakończonym chcieliby natychmiast zapomnieć. Wygnanemu z Bayernu do Köln Podolskiemu wpadł jeden gol, a komentatorzy wyrzucali mu, że przez pozostałe 20 godzin nie robił na murawie nic. Co oczywiście prawdą nie jest - urodzony w Gliwicach napastnik lubi się męczyć, biegał jak opętany. Niestety, bez ładu i składu, zazwyczaj wpędzając w konfuzję kolegów z drużyny.

Klose marnieje z sezonu na sezon. Od lat nie zdołał ustrzelić w Bundeslidze więcej niż dziesięć goli, co zwłaszcza w zespole o potencjale Bayernu jest dla snajpera z klasą dorobkiem poniżej przyzwoitości. Teraz, akurat w czasie fantastycznych popisów monachijczyków w trzech wymiarach (tytuł ligowy i w krajowym pucharze, finał Ligi Mistrzów), Klose zszedł na swoje dno. Albo się leczył, albo grał poniżej krytyki, dla najwspanialszych od dawna osiągnięć klubu nie zasłużył się wcale.

I on, i jego partner z napadu usłyszeli mnóstwo przykrych słów, ale w reprezentacji od zawsze znajdują azyl, w którym odżywają. Podolskiego obwołano najlepszym młodym graczem poprzedniego mundialu, Klose obija rywali już na trzecim z rzędu. Niesłychane, że akurat on - napastnik, jakich wielu - zagraża snajperskiemu rekordziście mistrzostw świata. Od dorobku Brazylijczyka Ronaldo (15 goli) dzielą go już tylko trzy celne strzały. Od dorobku Gerda Muellera, Fontaine'a i Pelego jeszcze mniej.

Niemcy w ogóle pracują dla kraju jak wzorowi patrioci. Multietniczna kadra wywołuje kontrowersje, kadrowiczom o obcych korzeniach wytyka się, że nie śpiewają hymnu, a ci rewanżują się poświęceniem i rzetelnością, jakich od sławniejszych piłkarzy wyegzekwować nie sposób. Znów nikt nie widzi w Niemcach faworytów, oni zawsze wyglądają na słabych, bowiem nie oglądamy ich w klubowych starciach wagi superciężkiej, odzwyczailiśmy się też w minionych latach od międzynarodowych triumfów Bundesligi. Dopiero Bayern przełamał passę niepowodzeń. Czy wolno

poważnie traktować reprezentację,

którą przed atakami Australijczyków mieli w centrum defensywy osłaniać Arne Friedrich, czyli weteran zdegradowany właśnie do drugiej Bundesligi, oraz Per Mertesacker, czyli nieruchawy i trochę niezgrabny wieżowiec, który na co dzień współtworzy dziurawą linię obronną Werderu Brema? A przecież Niemców opuścił jeszcze Michael Ballack - kapitan, przywódca, jedyny wśród nich naprawdę rozpoznawalny ponad granicami gwiazdor, któremu płaci pensję uznana europejska firma...

Joachim Löw w krajobraz zgrabnie się wkomponowuje - z boiska nikt go nie pamięta, bo głównie błąkał się po drugoligowych opłotkach. Selekcjonerem chce jednak być bezkompromisowym. Namiętnie opowiada o swoim przywiązaniu do uporczywego, szybkiego ataku, przed inauguracją nawoływał swoich ludzi, by Australijczyków upokorzyli. On zawsze lojalnie odmawia nawet dyskusji o Klosem i Podolskim, których eksperci chcieli karać za kiepski czas w klubach banicją z reprezentacji.

Dziś Niemcy, najefektowniejszy dotąd zespół turnieju, podejmą Serbów - świetnie opłacanych wyczynowców, którzy jako pracownicy najemni w zachodnich firmach uchodzą za niezawodnych i bezboleśnie adaptujących się do każdych warunków.

Oni hymn wyśpiewują pełną piersią, wciąż opowiadają o swoim żarliwym patriotyzmie, wywołują wrażenie, jakby na boisku myśleli wyłącznie o wyższych wartościach, tworzą jedną z nielicznych na MŚ drużyn jednolitych narodowościowo. Na widok flagi reagują jednak odwrotnie niż Niemcy. Gasną. Z poprzedniego mundialu wyjeżdżali chyłkiem, po serii klap, obecny rozpoczęli od porażki z Ghaną, którą sprowokował nieodpowiedzialny wybryk Zdravko Kuzmanovicia.

Piłkarz Fiorentiny po meczu błagał rodaków o przebaczenie, Radomir Antić obiecał radykalne przesunięcia w składzie. Niewielu trenerów wybiera spośród tylu gwiazd największych klubów.