MŚ 2010. Argentyński świat jak z bajki

Diego Maradona kocha swoich piłkarzy, jego miłość widać w każdym geście. W czwartek największy oryginał wśród mundialowych selekcjonerów poprowadzi Argentynę w meczu z Koreą Płd. Relacja na Sport.pl na żywo od 13.30.
Kompendium wiedzy o Argentynie znajdziesz na Sport.pl »



Gdy przetacza się po treningowym boisku w niebieskiej czapce, wygląda pociesznie. Przypomina trochę miniaturową - wydaje się niższy od wszystkich swoich piłkarzy - wersję Świętego Mikołaja, któremu pomyliły się kolory stroju. Poza tym wszystko jest jak należy - gęsta, częściowo biała broda, pękaty brzuch, uwielbienie otaczających go chłopców.

Gdy argentyński selekcjoner dotyka piłki, podglądanie go wciąż daje przyjemność. Niebawem ukończy pięćdziesiątkę, ledwie się rusza, ale z wolnych uderza precyzyjniej od wszystkich kadrowiczów i nawet Leo Messi, futbolista technicznie doskonały, uważnie słucha jego rad, zanim wybije rzut rożny. Na samym końcu zajęć, już w zabawowej gierce, Diego dołącza do jednej z drużyn. Nie myli się przy żadnym podaniu, nikt nie umie odebrać mu piłki.

Czterech adiutantów

Maradona, trener osobny. Dziś wielu czołowych fachowców spogląda na boisko zza linii bocznej, prowadzenie zajęć zlecają asystentom. Argentyńczyk z murawy nie schodzi. Nigdy nie przestaje truchtać, w trakcie ćwiczebnych gierek robi za sędziego i nie rozstaje się z gwizdkiem, choć widać, że natura wzywa, nakazuje wykorzystywać każdą okazję, by dotknąć piłki.

Podwładni czują, że obcują z kimś takim jak oni, tylko znakomitszym. Najznakomitszym. - Gdy pierwszy raz rozmawiałem z Diego, straciłem władzę w nogach. Trząsłem się - zwierzał się 21-letni Javier Pastore, który fenomenalne rajdy trenera może znać tylko z archiwalnych wideo. Ale też musiał dorastać w jego kulcie. Wszyscy w jego ojczyźnie dorastają.

Wcale nie czują się natomiast argentyńscy piłkarze Maradony podwładnymi. Komuś uda się ładne zagranie, to trener reaguje dziecięcym zachwytem, rzuca się bohaterowi akcji na szyję, gratuluje i wyściskuje. Ktoś upadnie, trener pierwszy pochyla się i pyta zaniepokojony, co się stało. Komuś chce się pić, trener rusza do lodówki i w mig wraca z napojami.

Z prasą toczy gracz wszech czasów nieustającą wojnę, w jego oddziale panuje sielanka. Publicznie prezentuje się Maradona jako wulgarny furiat, który potrafi przejechać samochodem po stopach reportera, między swoimi jest bogiem łagodnym, dobrodusznym, troskliwym. Do piłkarzy lgnie. Po treningu podchodzi i każdego z osobna wyściskuje. Czy raczej - przytula.

Wszystkich traktuje tak samo, ale w szatni wyznaczył klarowną hierarchię. Na jej szczycie umieścił Javiera Mascherano, Juana Sebastiana Verona (nie zagra z powodu urazu mięśnia), Gabriela Heinzego, Leo Messiego. Najważniejsze kwestie selekcjoner przedyskutowuje tylko z nimi, zaufanymi adiutantami, a ci mają obowiązek przekazać wytyczne dalej.

O Mascherano, kapitanie drużyny, powiedział kiedyś: "Moja drużyna to on, Messi i dziewięciu innych".

Z Veronem, ponoć najinteligentniejszym w całej kadrze, żywiołowo debatuje nawet w trakcie gry. W inauguracyjnym meczu z Nigerią piłkarze albicelestes dwukrotnie celowo opóźniali wybicie rzutu rożnego, czekając na zakończenie konsultacji przy trenerskiej ławce. 35-letni pomocnik odgrywa kluczową rolę w reprezentacji m.in. dzięki świetnym relacjom z Messim, ale tej nominacji, w przeciwieństwie do wielu innych wyborów selekcjonera, nie kwestionuje nikt. Rodacy szanują Verona, bowiem zechciał wrócić z Europy do ligi argentyńskiej, żeby przywrócić wielkość Estudiantes de La Plata, i cel osiągnął - poprowadził klub do triumfu w Copa Libertadores, południowoamerykańskim odpowiedniku Ligi Mistrzów.

W powoływaniu Gabriela Heinzego wielu widzi prywatę - firma jego brata zajmuje się interesami selekcjonera, przed kilku laty pomogła mu wyjść z tarapatów finansowych i ten ma się teraz odwdzięczać. Maradona odpowiada, że 32-letni obrońca trzyma dyscyplinę w grupie i potrafi objąć przywództwo w momentach kryzysu. Heinze ponoć jako jedyny ośmiela się zrugać nawet szefa, gdy ten spóźni się na trening.

Wreszcie Messi, następne wcielenie boskiego Diego. Codziennie wysłuchuje, że przyszedł czas, by odzyskał to, co argentyńskie - złoto mundialu.

Jak w Disneylandzie

Rodacy żyją nadzieją, że Diego jednak się uczy, nawet jeśli publicznie nigdy nie wyspowiada się z błędów. Zaczął pytać o radę asystentów, którzy dotąd uchodzili za klakierów bez własnego zdania, w dzisiejszym meczu ma zrezygnować ze skazywania skrzydłowego Jonasa Gutierreza na mękę w roli prawego obrońcy (z wtorkowego treningowego wynikało, że zagra tam Nicolas Burdisso). - Jest zawsze gotowy wysłuchać naszych obaw i uwag, a potem o nich dyskutujemy. Taktykę ustalaliśmy wspólnie - opowiada Mascherano, jeden z czterech przybocznych selekcjonera.

W ostatnich tygodniach futbolowi komentatorzy z całej planety grają w "kopnij sobie Maradonę", szukając a to coraz wykwintniejszych, a to coraz dowcipniejszych metafor, by opisać jego wybryki. Dawał ku temu mnóstwo powodów. Powoływał do reprezentacji każdego, kto się nawinął, z mozołem przepychał drużynę przez eliminacje, nie zabrał na MŚ wybitnych graczy, działał wbrew logice, najrozumniejsi znawcy nie umieli odgadnąć, do czego zmierza. Trudno było uciec od refleksji, że kokaina trochę szkód jego głowie wyrządziła.

Ale jedno chyba Diego osiągnął. Zjednoczył piłkarzy. Trenują z przyjemnością, uśmiechają się, lubią ze sobą przebywać. Wierzą w sukces, Carlos Tevez o celach mniejszych niż złoto nie chce nawet rozmawiać. Idylla. Rozanielony Pastore (zastąpi Verona) mówi, że bycie z drużyną Maradony jest jak wizyta w Disneylandzie. Nie dodaje tylko, kiedy wreszcie Argentyna i nas zachwyci bajkowym futbolem.

Wrażenia naszych specjalnych wysłanników do RPA - znajdziesz na blogach Rafała Steca » i Michała Pola »