Sport.pl

MŚ 2010. Brazylia - Korea Północna: to było jak mecz Barcelona - Inter!

Brazylia - Korea Płn 2:1. Piłkarze z Północnej Korei poruszali się w skupieniu wedle precyzyjnego planu, jakby wyjęci spod ręki Jose Mourinho. Pięciokrotni mistrzowie świata długo odbijali się od ich defensywy, pomogła im dopiero kolejna na mundialu wpadka bramkarza - komentuje z Johannesburga korespondent Sport.pl Rafał Stec.
2 : 1
Informacje
Mistrzostwa Świata 2010 - Grupa G
Wtorek 15.06.2010 godzina 20:30
Wyniki szczegółowe
Wynik
Brazylia
2
KRLD
1
Poprowadź swoją drużynę w RPA i Wygraj Mundial! »

Mundial wylądował w Afryce, więc zapomnijcie o półnagich syrenach z Copacabany. Brazylijskie fanki, przynajmniej te przezorne, tym razem okryły się puchowymi kurtkami, a najbardziej opakowanym fanom spod szalików wystawało tylko oko lub dwa. Kiedy we wtorkowy wieczór piłkarze wytruchtali na boisko, temperatura spadła niemal do zera. W Johannesburgu i tak mieliśmy szczęście, w innych częściach RPA spadł śnieg, niewidziany tutaj od 25 lat.

Piłkarzy z Korei Płn. na mistrzostwach świata nie widzieliśmy jeszcze dłużej, bo od 44 lat, i we wtorek mogliśmy tylko w podziwie rozdziawić usta. Mecz najniżej sklasyfikowanego w rankingu FIFA uczestnika turnieju z jego głównym obok Hiszpanii faworytem przypominał chwilami rewanżowy półfinał Ligi Mistrzów mediolańskiego Interu z Barceloną. Przymarzający do murawy brazylijski bramkarz Julio Cesar podskakiwał dla rozgrzewki 20 m przed polem karnym, ale jego koledzy, choć nie rozstawali się z piłką, rzadko przedostawali się z nią tam, gdzie nie chciał ich rywal.

I gdyby nie łut szczęścia - prawy obrońca Maicon uderzył przebiegle i precyzyjnie, lecz jednak z linii końcowej, sporo zawdzięcza gapiostwu bramkarza Ri Myonhg Guka - mogli się pomęczyć dłużej niż 52 minuty. A tak było 1:0. I wśród "Canarinhos" zapanował całkowity spokój.

Wcześniej zwolennicy popularnej teorii, że mentalność społeczeństwa odbija się w stylu gry jego futbolowej reprezentacji, w Korei Płn. mogli znajdować twarde dowody, że się nie mylą. Piłkarze z kraju odizolowanego od reszty świata - i wmawiającego obywatelom, iż reszta świata na nich czyha - już w eliminacjach grali tak, jakby chcieli przetrwać oblężenie. Zgrupowani pod własną bramką, rzadko wypuszczający się do kontrataku, i to zawsze niewielkimi siłami.



Z Brazylią nawet nie symulowali, że planują ruszyć do ofensywy. Akcje spod własnej bramki rozpoczynali wyłącznie dalekimi wykopami bramkarza, przy każdej okazji słali piłkę do wysuniętego Jong Tae-se (obiecywał gola w każdym meczu oraz wyjście z grupy), a ten wdawał się w solowe wypady. Wypady niebezpieczne. On się nie przechwalał, on zna swoją klasę.

W defensywie zorganizowani byli Koreańczycy perfekcyjnie, poruszali się jak wyjęci spod ręki Jose Mourinho. Brazylijczycy dryblowali zgrabnie, lecz w poprzek boiska, ich przyjęcia piłki podeszwą miały wartość głównie estetyczną, Robinho, Kaka, Bastos czy Luis Fabiano uderzali wyłącznie z dystansu. Odnosiło się wrażenie, że linie koreańskiego pola karnego kryją fosę, poza którą faworyci - choć kilkakrotnie zachwycili grą w ścisku - nie mają szans przeskoczyć. A strzelali potwornie niecelnie.

Było widać, że selekcjoner Kim Jung-hoon miał komfort kolegom po fachu nieznany - kadrę zwołał na dłużej już w październiku (trenował w Nantes), przećwiczył ją w mnóstwie rozgrywanych na czterech kontynentach sparingów, ostatnie zgrupowanie trwało cztery miesiące.

- Wpędzimy Brazylijczyków w zakłopotanie. Od razu zaczniemy grać bardzo agresywnie, żeby wiedzieli, że są w niebezpieczeństwie - odgrażał się Kim. Inspirację czerpał z jedynego dotąd występu na mundialu. W 1966 r. Koreańczycy z północy zaszokowali świat. Włochów wyeliminowali, a zanim ulegli Portugalii (z legendarnym Eusebio), prowadzili 3:0.

Teraz futbolowego świata na głowie nie postawili, ale wypadli świetnie. Strzelić gola tej reprezentacji Brazylii ma być szczególnie trudno, najgłośniejsi ostatnio bohaterowie boisk zajmują się u niej nie atakowaniem, lecz osłoną bramki - jak zwycięzcy Ligi Mistrzów Julio Cesar, Lucio oraz Maicon. Dlatego tylko ich roztargnieniem - prowadzili 2:0 - honorowego trafienia Korei wytłumaczyć się nie da.

Paradoks tego meczu - wszyscy prognozowali jego jednostronny przebieg - polega na tym, że choć "Canarinhos" zwyciężyli minimalnie, to potwierdzili, że są drużyną dojrzałą, cierpliwą, wspaniale wyposażoną w talent i również świetnie zorganizowaną. Jak byli, tak pozostali wielkimi faworytami do złota.

Ale co do Koreańczyków wypada zmienić zdanie. Niech się boją Portugalczycy. Pięciu goli, jak przed półwieczem, tym razem raczej nie wbiją...

Wrażenia naszych specjalnych wysłanników do RPA - znajdziesz na blogach Rafała Steca » i Michała Pola »


Więcej o: