MŚ 2010. Duch mundialu czuwał nad Holendrami

Holandia - Dania 2:0. Mundial zmienia się powoli w igrzyska niezwykłych zdarzeń. Holendrzy długo nie umieli rozbroić duńskiej defensywy, ale strzelili gola dzięki szokującej wpadce rywali
Rękawice, ręka, teraz głowa oraz plecy. To już czwarty mecz turnieju, które nie rozstrzygnął się zwyczajnie - po serii kopnięć i ładnie, a przynajmniej poprawnie przeprowadzonej akcji.

W sobotę bramkarz Robert Green uparł się, by piłki nie chwytać, i sami sobie krzywdę wyrządzili Anglicy. We wczesne niedzielne popołudnie piłką przefruwającą mu przed nosem nie zainteresował się Faouzi Chaouchi i sami sobie krzywdę wyrządzili Algierczycy. W późne niedzielne popołudnie Zdravko Kuzmanović pomacał piłkę ręką i sami sobie krzywdę wyrządzili Serbowie.

W poniedziałek do konkursu na najbardziej spektakularne mundialowe kuriozum przystąpił Simon Poulsen. Od razu z popisem stawiającym go wśród faworytów. Wybijał nadlatującą ze skrzydła piłkę w poprzek pola karnego, trafił w plecy Daniela Aggera. Bramkarz Thomas Soerensen nie miał szans.

Było 1:0, Holendrzy odetchnęli i od tamtej pory stale przyspieszali. Rozruszał ich zwłaszcza Eljero Elia, który wskoczył na boisko z ławki rezerwowych. Oryginalniej od niego na MŚ dryblował jak dotąd tylko Leo Messi.

Holendrzy nie chcieli być sobą

Wcześniej faworyci nie zachwycali. Skłaniali raczej do rzucenia w świat pytania, czy ci, którzy litują się nad ostrzeliwanymi złośliwym pociskiem bramkarzami, nie powinni trochę powspółczuć również tym, którzy piłkę Jabulani kopią. Jeśli jeden Wesley Sneijder - znany jako facet z laserem w bucie - nie umie przerzucić jej celnie na przeciwległe skrzydło, można jeszcze machnąć ręką i rytualnie westchnąć, że skoro chciał męczyć się do końca sezonu klubowego i wygrywać Ligę Mistrzów, to musi odcierpieć swoje na mundialu. Ale jeśli precyzji brakuje całej zgrai Holendrów, futbolistów technicznie zaawansowanych, wątpliwości zgłosić wypada.

- Nie jestem jeszcze w stanie przewidzieć, gdzie po moim zagraniu poleci piłka - przyznał po meczu Sneijder. - Nie dość, że nie przyzwyczaiłem się do piłki, to jeszcze gramy na różnych wysokościach i na każdym stadionie lata ona inaczej - tłumaczył pomocnik Interu.

Pomarańczowi piłkarze starali się być sobą. Tylko oni chcieli dryblować, Duńczykom rzadko pozwalali na atak pozycyjny, wymieniali niemal dwa razy więcej podań niż rywale. Kto pamięta jednak ich urzekający start na Euro 2008, wie, że nie umieją żyć bez nagłych, kilkudziesięciometrowych kopnięć w zaskakującym kierunku, po których broniący się przeciwnik nie nadąża z przegrupowaniem sił i staje się bezbronny. Oni lubią hasać po wszystkich kątach boiska, maksymalnie rozszerzają pole gry, pragną przestrzeni. Po zbiorowej i obejmującej całą murawę akcji strzelili swego najpiękniejszego gola na tamtym turnieju - Włochów ugodził wówczas Sneijder.

Do przerwy albo przerzucać piłki nie próbowali, albo przerzucali ją tak, że partnerzy po desperackim, nieskutecznym padzie patrzyli bezradnie, jak wypada poza linię boczną. Ich akcje były przez to przewidywalne - Robin van Persie, Rafael van der Vaart czy nawet prawy obrońca Gregory van der Wiel umieli przedryblować jednego Duńczyka albo dwóch, ale za nimi czaił się następny. I całej defensywy rozbroić już się nie dało.

Plecy błogosławione, plecy przeklęte

Holendrzy zajmowali się piłką, rywale kontrolowali przestrzeń. I to ci ostatni wypracowali najładniejszą akcję przed przerwą. Właśnie dzięki wspaniałemu, długiemu przerzutowi. Piłkę kopnął lewoskrzydłowy Martin Joergensen, frunęła całą wieczność, dopadł jej prawoskrzydłowy Dennis Rommedahl. Jego mocne uderzenie obronił Maarten Stekelenburg.

To był pomysł na sukces Danii. Zachować ostrożność, ściśle kryć, nie zapuszczać się całą chmarą na tereny przeciwnika, co pewien czas ruszyć do kontrataku. Działało, na przerwę piłkarze Mortena Olsena schodzili zadowoleni.

Wtedy jeszcze plecy duńskich obrońców były błogosławione, aż trzykrotnie blokowali nimi strzały Holendrów. Po przerwie stały się przeklęte. Poulsen wykonał swój nieszczęsny gest tuż po wznowieniu gry. Potem był gotów wypluć płuca, by się zrehabilitować, został nawet bohaterem, gdy w desperackim wypadzie wybijał piłkę z pustej bramki. Ale wtedy Holendrzy odzyskali już pewność siebie, nacierali rozluźnieni, wkrótce przekonaliśmy się, że ze skrzydłowym na murawie - wspomniany Elia wypracował drugiego gola - stają się bardzo niebezpieczni.

Jeszcze znakomitszy skrzydłowy nadal się leczy, by zawrócić w głowach mocniejszym defensorom. Z Arjenem Robbenem Holendrzy mogą już nie potrzebować pleców, by zwyciężyć, choć wczoraj zdarzały im się epizody świadczące o nieodpowiedzialności, przez którą już tyle razy przegrywali. Gdy van Persie agresywnie wykłócał się z sędzią o jego decyzję w kwestii spalonego, miał już żółtą kartkę... Kary uniknął. To był dzień, w którym duch mundialu - na razie bezlitośnie szyderczy, co rusz dopadający kolejnej ofiary - czuwał wyłącznie nad Holendrami.



Więcej o: