Koszykówka. Legia gra dalej z Prokomem!

Koszykarze Legii Warszawa wygrali w dobrym stylu dwa mecze z Prokomem-Trefl Sopot, wyrównali stan rywalizacji na 2:2 i nadal liczą się w walce o mistrzostwo Polski. W środę mogą zaszokować wszystkich, wygrywając w Sopocie i awansując dzięki temu do półfinału z Anwilem Włocławek.
- Widać było, jak ciężko gra się bez trzech koszykarzy z pierwszej piątki. Bez Josipa Vrankovicia, Joe McNaulla i Michaela Ansleya nie radziliśmy sobie na tablicach. W niedzielę o przegranej przesądziła fatalna druga kwarta, w której zostaliśmy zmiażdżeni - komentował po meczach trener Prokomu Eugeniusz Kijewski. Ale tak naprawdę powinien wstydzić się mocno za siebie i swoją drużynę. Skład Prokomu - nawet osłabionego - jest potencjalnie dużo lepszy niż Legii, ale na boisku tego w ogóle nie było widać. A na dodatek trener Prokomu pozwolił sobie na lekceważenie rywala - nie wziął do Warszawy lekko kontuzjowanego Josipa Vrankovicia, który mógł grać, ale sopocianie postanowili go oszczędzać na kolejne spotkania.

W sobotę Legia od początku prowadziła. Zespół Eugeniusza Kijewskiego kilka razy był bliski dogonienia rywali, ale legioniści po chwili przestoju znowu uciekali na bezpieczne kilkunastopunktowe prowadzenie. W 19. minucie po dwóch punktach bohatera weekendu Lee Wilsona warszawiacy wygrywali już 47:30. Dziewięć minut później było już tylko 62:57. Korzystny dla Legii wynik swoimi trafieniami utrzymał znakomicie grający w tym meczu Wojciech Majchrzak.

Ale najlepszy na boisku, tak jak dzień później, był Wilson. Amerykański środkowy miał 100 proc. skuteczności w rzutach z gry (4/4), 10 zbiórek i był bodaj najlepszym rozgrywającym Legii - miał cztery asysty. - Sprowadzając go, liczyłem, że wcześniej będzie tak dobrze grał. Ale wciąż był kontuzjowany. Wreszcie podjąłem decyzję, że ma się wyleczyć i dopiero wtedy miałem go wykorzystywać w grze. I takie to przyniosło efekty - cieszył się po meczu trener warszawiaków Jacek Gembal.

W niedzielę mecz był wspaniałym widowiskiem. Zaczęło się od 18 punktów Dragana Markovicia w pierwszej kwarcie i prowadzenia sopocian 27:11. W ostatniej sekundzie pierwszej części Marcus Williams skopiował jednak niemal słynny rzut Jacka Krzykały, trafiając z 15 metrów o tablicę. To rozpoczęło znakomity okres gry Legii, która drugą kwartę wygrała 30:8, a wliczając w to ostatnie sekundy pierwszej kwarty zdobyła 35 punktów przy ośmiu rywali! Dobrym pociągnięciem trenera Gembala okazało się wprowadzenie do gry Roberta Żuka i Piotra Paprockiego. Ten ostatni wszedł na ostatnie 30 sekund pierwszej połowy z zadaniami obronnymi, ale zdołał wykonać najładniejszą akcję meczu. Po przechwycie nie stracił głowy i zamiast rzucać w ostatniej sekundzie połowy podał precyzyjnie nad kosz do Wilsona, który z impetem wpakował piłkę do kosza.

Amerykanin znów był najlepszy w Legii (obok Williamsa). - Wilson przyczynił się do zwycięstwa podobnie jak inni zawodnicy. Wygrywa przecież drużyna. On spełnił swoje zadanie - miał grać pod koszem i zagrał bardzo dobrze. Gdybym wystawił go jako rozgrywającego, to prawdopodobnie nie pokazałby się z dobrej strony - oceniał Amerykanina po niedzielnym meczu Gembal.

Warszawiacy musieli ciężko walczyć o obronę prowadzenia w drugiej połowie. W ostatniej kwarcie wyraźnie nie mieli już sił (trener Gembal rzadko dokonywał zmian) i nie byli w stanie zdobyć punktów. Na szczęście w obronie zatrzymywali sopocian w równie znakomitym stylu.

- Kluczem do zwycięstwa była defensywa. Dlatego m. in. nie zagrał Wojciech Królik, który po ostatnich problemach zdrowotnych nie doszedł do pełni formy, a do tego obrona nie jest jego najmocniejszą stroną - dodał trener Legii, który od 1995 roku, kiedy doprowadził Mazowszankę Pruszków do mistrzostwa Polski nie może się pochwalić wygraną serią w play off o mistrzostwo. Może tym razem? Już w pierwszym meczu w Sopocie warszawiacy byli blisko wygranej. - Prokom wciąż był i jest faworytem tej rywalizacji - zaznacza jednak Gembal.