MŚ 2010. Tshabalala, bohater Bafana Bafana, który zrównał się z Pele

- To bajka, bajka! Siphiwe to książę z bajki! - Łzy same mi ciekły ciurkiem, kiedy piłka znalazła się w siatce! - Nasz chłopak, kochany chłopak! Turniej nie mógł się zacząć lepiej! - wołali kibice opuszczający Soccer City. A część po prostu tańczyła przed naszą kamerą, wyśpiewując nazwisko strzelca pierwszego gola na mundialu, bo brzmi on jak tytuł pięknej, afrykańskiej piosenki: ?Tshabalala! Tshaba-lala-lala!?
To nie on miał być największą gwiazdą drużyny gospodarzy na turnieju. Stawiano raczej na mającego pewne miejsce w silnym, europejskim klubie - Evertonie - Stevena Pienaara. Wielu liczyło, że objawieniem może okazać się środkowy napastnik Katlego Mphela, który w tuz przed mundialem zastąpił w ataku Benniego McCarthy'ego, wyrzuconego z kadry za sprowadzenie do bazy reprezentacji prostytutki. Wprawdzie Mphela po kilku latach nieudanych prób przebicia się w Europie wrócił do RPA, ale brazylijski trener Carlos Alberto Parreira poświęcił mu kilka motywujących rozmów. To właśnie Mphela świetnie przerzucił piłkę na lewe skrzydło w 55. minucie meczu otwarcia z Meksykiem. Ale to Siphiwe Tshabalali wbiegł na pole karne i strzałem nie do obrony zdobył pierwszego gola turnieju dla Bafana Bafana, sprawiając, że niemilknące ani na chwilę wuwuzele ryknęły najpotężniej tego wieczoru.

- Nigdy nawet w najskrytszych marzeniach nie ośmieliłem się śnić, że to będę ja. Gdybyśmy jeszcze wygrali, świat mógłby się skończyć. Kiedyś marzyłem, żeby choć raz reprezentować mój kraju, dziś zagrałem dla Bafana Bafana 50 mecz i jeszcze taki gol! - opowiadał po meczu szczęśliwy strzelec. - Kiedy dostałem piłkę, przemknęło mi przez głowę, że muszę zdobyć tę bramkę. Koncentrowałem się tylko na piłce, nie spuszczałem z niej oka. Najważniejsze było pierwsze dotkniecie, reszta to historia. Myślę, że to był prezent dla mnie samego i dla całego narodu. I dla Nelsona Mandeli, który nie mógł być z nami, ale którego kochamy. Wiemy, że duchowo był z nami!

Jeśli 91-letni, schorowany i na dodatek opłakujący śmierć 13-letniej prawnuczki, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA, oglądał spotkanie, na widok gola Tshabalali jego serce musiało zabić mocniej. Bramkę w meczu otwarcia pierwszego mundalu na "Czarnym Lądzie", zdobył chłopak z Soweto, dzielnicy-getcie, stworzonej w czasach apartheidu, by trzymać czarnych robotników z dala od białej mniejszości. To właśnie w South West Township narodził się sprzeciw przeciwko segregacji rasowej, której Madela poświęcił całe życie. I to właśnie na jednej z ulic Soweto, na czerwonej ziemi zaułka Phiri zaczynał kopać piłkę chłopak, który nie miałby szans stać się bohaterem narodu, słynnym cała świat strzelcem historycznego gola, gdyby nie zmiana sytemu.

- Tshabalala to bardzo dobry chłopak. Jak na południowoafrykańskie warunki nie pochodzi z biednej rodziny, ale przeciętnej. Futbol nie wyrwał go z nędzy. Teraz na pewno stanie się bardzo bogaty, przed nim uwielbienie tłumów i kontrakty reklamowe. Ale sukces na pewno nie przewróci mu w głowie jak Benniemu McCarthy'emu. Tshabalala jest bardzo zdyscyplinowany, skoncentrowany na piłce. Za to bardzo go lubi trener Perreira - opowiada Kgomotso Mokoena, dziennikarz południowoafrykańskiego "Sunday Timesa". - Nigdy nie wywołał żadnego skandalu poza boiskiem, nigdy się z nikim nie pokłócił, ani nie wymówił kontuzją od gry dla kadry jak czasem się zdarza. Interesuje go tylko piłka. Kibice Kaizer Chiefs bardzo go lubią, a teraz to dopiero zwariują - dodaje Sazi Hadebe z "Isoleze".

A Tshabalali mało, że jego gola stał się symbolem, a on sam bohaterem fanatycznych kibiców Bafana Bafana. - Właśnie ktoś mi oznajmił, że strzelcami pierwszego gola na mundialu byli mistrzowie świata, Pele, Altobelli, Klinsmann! Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł ich kiedyś doścignąć, osiągnąć tyle co oni! Marzenia się spełniły, ale chcę dalej marzyć! - wołał do kamery po meczu.



W pracy nie ma kibicowania mistrzostwom w RPA »