MŚ 2010. Słowenia - Algieria: są mali, ale chcą zagrać to pięknie

W niedzielę w grupie C Słowenia - Algieria. W reprezentacji Matjaza Keka nie ma gwiazd, federacja nie wymyśliła genialnego systemu szkolenia, a w klubach się nie przelewa. Dlaczego dwumilionowa Słowenia drugi raz zagra na mundialu?
Ich sukces najłatwiej wytłumaczyć słabą grupą eliminacyjną i tragiczną postawą Polaków, którzy w meczach z zespołem Keka zdobyli tylko punkt. Ale Słoweńcy na swój drugi w historii mundial solidnie zapracowali, przedzierając się przez baraże, w których pokonali Rosję, półfinalistę Euro 2008. - Nie możemy doczekać się turnieju w RPA, w kraju panuje euforia. Nikt nawet nie próbuje wytłumaczyć, jak to się stało - mówi słoweński dziennikarz.

Trudno doszukiwać się fundamentów sukcesu kadry w lidze słoweńskiej. Przez 18 lat istnienia Ligi Mistrzów tylko raz Słoweńcy dopchali się do fazy grupowej. 10 lat temu NK Maribor wyeliminował Olympique Lyon, ale w kolejnej rundzie zdobył ledwie cztery punkty. Do dziś to najbogatszy słoweński klub, z budżetem sięgającym 1,5 mln euro. Milion euro mniej od najbiedniejszej w ekstraklasie Polonii Bytom. - Infrastruktura naszych klubów nie powala, system szkolenia nie istnieje, z młodzieżą nikt nie pracuje. Wszystko, co mamy, to talent - opowiada słoweński dziennikarz.

To wystarcza, by skauci najlepszych europejskich klubów oglądali słoweńską ligę i wyciągali najbardziej uzdolnionych piłkarzy. Bramkarz Vid Belec i pomocnik Rene Krhin jeszcze jako dzieci wylądowali w Interze Mediolan. Na mundial pojechał tylko Krhin. Kek powołał go, choć w tym sezonie zagrał w zwycięzcy LM ledwie pięć meczów. Po mundialu 20-letni piłkarz chce zmienić klub, zainteresowane są Napoli i Udinese.

Kapitanem i liderem zespołu jest Robert Koren. 30-letni pomocnik, chwalony za świetne podania, łączące defensywę i atak. Ostatnie trzy i pół roku Koren spędził w West Bromwich Albion, ale kilka tygodni temu został zwolniony i na mundial przyjechał jako bezrobotny.

- W tym zespole nie ma gwiazd i to jest jego siłą. Nikt zajmujący się sportami drużynowymi w Słowenii nie widział czegoś takiego. Oni wyglądają, jakby urodzili się, by grać razem. Każdy zna swoje miejsce, nikt się nie wywyższa. Słabe wytłumaczenie? Lepszego nie znaleźliśmy - mówi słoweński dziennikarz.

Słoweńcy przykładają do atmosfery dużą wagę, bo ich poprzedni występ na mundialu - w Korei i Japonii w 2002 roku - przez awantury zakończył się katastrofą. Po pierwszym meczu z Hiszpanią Zlatko Zahovic zwyzywał trenera Srecko Kataneca. - Jesteś gównianym trenerem i byłeś gównianym piłkarzem. Mogę kupić ciebie, twój dom i rodzinę - krzyczał były gracz Porto, Olympiakosu, Valencii i Benfiki. Obaj szczerze się nienawidzili, Zahovic był z Mariboru, Katanec z rywalizującej z nim Lublany. Piłkarz zarzucał szkoleniowcowi, że faworyzuje piłkarzy ze stolicy. Ten podział niszczył słoweńską kadrę, Zahović nie mógł się tez dogadać z grającym w Olimpii Lublana Milenko Acimoviciem. Mediować próbował premier Milan Kucan, ale nic to nie dało. Zahović wyjechał z mundialu po pierwszym meczu, a Słowenia nie zdobyła w Azji nawet punktu.

- W 2002 r. mieliśmy Zahovicia i słabych piłkarzy. Dziś mamy bardzo wyrównany skład, lepszy niż osiem lat temu - mówi słoweński dziennikarz.

Wielkich szans na wyjście z grupy nikt Słoweńcom nie daje. Ale Kek przyjechał do RPA z innym celem. - Nie chcemy zyskać sympatii neutralnych kibiców tym, że jesteśmy mali i nikt na nas nie stawia. Chcemy zdobyć ich serca, grając atrakcyjny futbol - zapowiada Kek. Jakby mało było powodów, by kibicować mundialowemu maluchowi.

Kapitan Słoweńców Robert Koren chce zemsty »