Sport.pl

RPA 2010. Przed meczem Argentyna - Nigeria. Szaleństwa króla Diego

W grupie B w sobotę o 16 mecz Argentyna - Nigeria. Król futbolu na boisku wstąpił na trenerską ławkę i stał się królem chaosu. Czy szaleństwa Diego Maradony zrujnują kolejny mundial Argentyńczykom, którzy sobotę podejmują Nigerię, również uchodzącą za królestwo chaosu? - zastanawia się w korespondencji z RPA Rafał Stec.
Selekcjoner reprezentacji, która w normalnych okolicznościach powinna być wielkim faworytem do złota, podzielił ją na środowym treningu w Pretorii na dwie drużyny. Po ćwiczebnej gierce przegranych ustawił w bramce, a zwycięzcom nakazał ostrzelać ich piłkami. Sam też w niej zresztą stanął.

Zabawa obniżająca przedmundialowe napięcie czy poważny trening taktyczny? Pewności nie ma. Bo okoliczności normalne nie są. Inaczej Argentyńczycy nie drżeliby do ostatniego meczu eliminacji o awans na mundial.

Na poszukiwania logiki w pomysłach Maradony wyruszyło już wielu ekspertów z całej planety. Rozmyślali, dlaczego na kwalifikacyjny bój z Brazylią wysłał do środka obrony kompletnego debiutanta. Dlaczego nie powołał do kadry na MŚ niezniszczalnego Javiera Zanettiego, który w maju wzniósł Puchar Europy jako kapitan Interu Mediolan. Dlaczego zignorował też Estebana Cambiasso, bezbłędnego defensywnego pomocnika tej samej drużyny. Dlaczego pominął Lisandro Lopeza, bohatera sezonu w lidze francuskiej. Dlaczego oszczędzał na środkowych pomocnikach i bocznych obrońcach. Dlaczego przez półtora roku

wpuścił do kadry aż 108 graczy,

ustanawiając nieoficjalny rekord świata. Szukajcie, a nie znajdziecie. I w żadnym razie nie obciążajcie trudnymi pytaniami samego selekcjonera. Z niepokornymi reporterami radzi sobie od lat. Strzela do nich z wiatrówki, odpowiada pięściami, unieważnia postawiony problem obwołaniem autora "cuchnącym dupkiem", nawołuje dziennikarzy do sprawienia mu przyjemności usługą, którą prawo karne zalicza do tzw. innych czynności seksualnych.

Co nie znaczy, że Argentyńczycy nie wiedzą nic o tym, co dzieje się w głowie Maradony i jak Maradona podejmuje decyzje. Donosy są publikowane. O bohaterze finału Ligi Mistrzów Diegu Milito trener też ponoć przy spisywaniu nazwisk na mundial byłby zapomniał, ale od czego ma asystentów, których tylko wrogowie nazywają bezmyślnymi potakiwaczami? To oni w ostatniej chwili szefowi o Milito przypomnieli. Ariela Garcę wziął natomiast trener dzięki temu, że przyśniło mu się, jak jego drużyna zdobywa złoto, i spośród świętujących zapamiętał tylko twarz tego obrońcy. Przeciętnego, grającego dla 14. w lidze argentyńskiej Colonu, dawno temu zaliczającego ledwie epizody w kadrze. On i tak do RPA by przyleciał. Zanim spadło mu z nieba zaproszenie do kadry, planował tam wakacje. Zdążył nawet kupić bilety na mecze.

Na mistrzostwa przybył też Martin Palermo, napastnik 36-letni, bliski emerytury. Udział obiecał mu selekcjoner w przypływie chwili, z wdzięczności za ważne eliminacyjne gole. Wreszcie Gabriel Heinze - na konferencji prasowej w Pretorii rodacy napierali z pytaniami, czy w podstawowej jedenastce reprezentacji gra dlatego, że jego brat jest biznesowym wspólnikiem Maradony.

Ruchy boskiego Diego są takie, jak przebiegało całe jego życie, zwłaszcza po zakończeniu kariery boiskowej. Życie ekscentryka, furiata i narkomana, który lata poprzedzające nominację poświęcił na zatargi z prawem, zbijanie monstrualnej nadwagi, wizyty w klinice psychiatrycznej oraz zaprzyjaźnianie się z dyktatorami w typie Hugo Chaveza - pozującego na następcę Fidela Castro w roli przywódcy całej uciśnionej Ameryki Łacińskiej - czy Mahmuda Ahmadineżada, marzącego o starciu Izraela z powierzchni ziemi. Ostatnio Diego się uspokoił, ale wciąż przytrafiają mu się dziwaczne historie albo sam dziwactwa wymyśla. A to wyląduje w szpitalu, bo pogryzie go własny pies, a to zażąda, by w jego hotelowym pokoju w RPA zainstalowano drugi bidet. I żeby przez okrągłą dobę miał pod ręką lody, najlepiej we wszystkich istniejących smakach.

Drugiego takiego selekcjonera mundiale nie widziały i prawdopodobnie nie zobaczą. O jego trenerskich talentach wiedzieliśmy w chwili nominacji niewiele, obie jego wprawki sprzed kilkunastu lat - na ławkach Racingu i Textiles Mandiyu - wypadły bladziutko i trwały króciutko. Na zajęciach w Pretorii, choć po murawie ledwie się toczy, nadal uderza z dystansu na bramkę precyzyjniej niż jego piłkarze, ale selekcjoner nie potrzebuje idealnego ułożenia stopy, lecz ułożenia idealnego planu. Tymczasem Maradona

podejmuje decyzje pod wpływem chwili.

Ucieleśnia stereotyp Latynosa, który nie działa racjonalnie, lecz poddaje się nagłym porywom uczuć. Chcecie przeciwieństwa José Mourinho - technokraty, który sam nie umiał grać - to go macie. Obu łączy tylko zdolność do skupiania na sobie uwagi. Choć argentyńscy piłkarze mają nazwiska sławniejsze od wszystkich uczestników turnieju w RPA, nawet Brazylijczyków, to Maradona przyćmił wszystkich. Nawet zjawiskowego Leo Messiego, uporczywie lansowanego na spadkobiercę trenera.

Kiedy selekcjoner ogłosił, że wszystko podporządkuje skrzydłowemu Barcelony, zabrzmiało to jak wyrok. Na Messiego. Organizacyjne talenty zademonstrował Maradona w kwalifikacjach - przyniosły jedno zwycięstwo w siedmiu spotkaniach.

Ale powołanym piłkarzom chyba z nim dobrze. Klasztornej dyscypliny nie ma, narodowy heros wszech czasów albo się z kadrowiczami wygłupia, albo obsypuje ich pochlebstwami. Messiemu uporczywie wmawia, że jest on w stanie sam pognać po złoto, i zwierza się z rozkoszy, jaką czerpie, bo wreszcie miał szansę barcelońskiego gwiazdora blisko poznać. A przecież marzył o tym od dawna. Grę Carlosa Teveza komentuje lapidarnie: - Powoduje u mnie gęsią skórkę.

Czy idylla nie jest grą pozorów, poza którą kryje się kompletny brak koncepcji, dowiemy się, gdy na Argentyńczyków spadną pierwsze kłopoty. W grupie spaść nie powinny, dzisiejszy rywal - Nigeria - to reprezentacja pogrążona w chaosie zawsze, która ostatnio nie straszy już nawet głośnymi nazwiskami. W klasycznie afrykańskim stylu zmieniła trenera w przededniu MŚ, Larsa Lagerbacka najęła na pięć miesięcy, przez kontuzję straciła kluczowego w pomocy Johna Obi Mikela. Nawet jeśli Szwed zdołał trochę tę drużynę uporządkować, to na początek jest przeciwnikiem dla Argentyny wymarzonym.

Następni - Korea Płd. i Grecja - też są wymarzeni. Gdyby Albicelestes nie przetrwali takiej grupy, bohater najpiękniejszych migawek z mundiali przeszedłby do historii jeszcze raz - jako sprawca najbardziej niewiarygodnej katastrofy.

Więcej o: