F1. Australia nie dla Lewisa Hamiltona. Brytyjczyk zły na zespół

Tegorocznego pobytu w Australii były mistrz świata Formuły 1 Lewis Hamilton (McLaren) nie będzie wspominał najlepiej. Najpierw zarekwirowano mu nowiutkiego Mercedesa, później słabo spisał się w kwalifikacjach. W samym wyścigu szło mu nieźle - sam powiedział, że mogła to być "jazda jego życia" - ale tuż przed końcem uderzył w niego Mark Webber. Hamilton za brak podium obwinia jednak swój zespół. - Nie wiem, kto wezwał mnie na pit stop, dowiem się - zapowiedział
Piątkowy ranek nie zapowiadał jeszcze nic złego. W drugim treningu przed GP Australii Hamilton osiągnął nawet najlepszy czas.

Być może właśnie to podziałało na niego motywująco i rozbudziło w młodym Angliku demona prędkości, bo już kilka godzin później został zatrzymany przez policję za zbyt szybką jazdę oraz stwarzanie zagrożenia w ruchu. Tym samym zarekwirowano nowiutkiego Mercedesa C63, za kierownicą którego Hamilton bawił się w króla szos.

Hamilton został zatrzymany na osiedlu St. Kidla. Scott Woodford z miejscowej policji oświadczył, że samochód dynamicznie przyspieszał i stracił przyczepność tylnych kół podczas wchodzenia w zakręt. Razem ze sportowcem jechał inny mężczyzna, 25-latek z adresem zamieszkania w Szwajcarii, jak poinformowała policja.

Tajemniczy komunikat o utracie przyczepności tylnych kół może też oznaczać to, o czym pisze "The Sun". Według dziennika kierowca palił gumy, kręcił "bączki" i popisywał się umiejętnościami na zwykłej ulicy. Miał pecha, bo swój występ zakończył na oczach zaskoczonych policjantów.

- To, co zrobiłem, było głupie. Przepraszam. Złamałem przepisy i policja miała prawo mnie zatrzymać - oświadczył Hamilton, który, zgodnie z relacją świadków, jeszcze pół godziny próbował przekonywać funkcjonariuszy, żeby darowali mu karę.

Rzecznik prasowy Mercedesa nie skomentował sprawy.

Dwa lata temu Brytyjczyk też miał do czynienia z policją. Wtedy we Francji skończyło się na mandacie za przekroczenie prędkości.

Ciąg dalszej czarnej serii zawodnika McLarena miał miejsce podczas kwalifikacji. Hamilton zajął dopiero 11 miejsce, nie wchodząc nawet do finałowej tury eliminacji.

Pechowiec nie zgłaszał po kwalifikacjach żadnych poważnych usterek.

- Nie byłem wystarczająco szybki. Z moim bolidem było wszystko w porządku, brakowało jedynie trochę lepszej przyczepności - uznał. - Podczas mojego pierwszego przejazdu na torze było tłoczno i nie byłem w stanie zaliczyć pełnego szybkiego kółka. Później było lepiej, ale mimo czystego toru nie byłem w stanie się poprawić - dodał.

W niedzielę poprawiał się jednak bardzo szybko. Z 11. miejsca awansował na trzecie, tuż za plecami Roberta Kubicy. Na przedostatnim okrążeniu, podczas próby wyprzedzenia czwartego w kolejności Fernando Alonso, uderzył w niego Webber, powodując utratę kolejnych cennych sekund. Były mistrz świata skończył na szóstej pozycji, po wyścigu, który określił "jedną z jazd jego życia".

Brytyjczyk uważa jednak, że McLaren spokojnie mógł zgarnąć dwie pierwsze lokaty. Za niekorzystny obrót spraw odpowiada według niego ekipa, która zupełnie niepotrzebnie wezwała go na drugą wymianę opon, podczas gdy rywale tego nie robili.

- Niestety, przez strategię zostałem cofnięty i zepchnięty za Marka Webbera - mówił po wszystkim Hamilton. - Pit stop był fatalnym pomysłem.

- Jestem zadowolony z wykonanej przeze mnie pracy - dodał. Serio, uważam, że wyprułem dzisiaj z siebie serce. Myślę, że zasłużyłem na coś lepszego. Ale będę walczył w następnym wyścigu - obiecał.

Gdy rozmowa schodziła na temat pit stopu Hamilton robił marsową minę.

- Wiem tylko, że chłopaki zawsze chcą wykonać fantastyczną robotę. Ta strategia nie była właściwa. Każdy przede mną robił jedno zatrzymanie. Ja, z jakichś przyczyn, dwa. Nie wiem, kto mnie wezwał, dowiem się - zapowiedział na koniec.

Hamilton nie może darzyć Australii szczególną sympatią. W zeszłym roku okłamał stewardów i jego wynik został anulowany. Teraz marzy o tym, żeby jak najszybciej znaleźć się już na kolejnym etapie mistrzostw w Malezji.