Kobiety są lepsze! - rozmowa z Małgorzatą Dydek

- To jeszcze nie koniec rozgrywek Euroligi. Przecież nie tylko o występ w Final Four nam chodziło. Stać nas na wiele więcej - zapowiada skrzydłowa Lotosu-VBW Clima Gdynia Małgorzata Dydek
Dydek w decydującym meczu z włoskim Societa Ginnastica Como ani razu nie spudłowała w 17 rzutach. Głównie dzięki niej po ośmiu latach Lotos-VBW Clima Gdynia powtórzył sukces Olimpii Poznań i awansował do grona czterech najlepszych zespołów Europy. Pod koniec kwietnia mistrzynie Polski zagrają niedaleko francuskiego Valenciennes w Final Four Euroligi z Lavezzini Parma, SCP Rużomberok i Olympic Valenciennes.

Tomasz Kułakowski: Pani zespół zagra wśród czterech najlepszych klubowych drużyn Europy. Czy łatwo było dostać się do tego grona?

Małgorzata Dydek: Oczywiście, że nie. Niezależnie od tego, z jakim zespołem grałyśmy, musiałyśmy dać z siebie wszystko. A na dodatek po rozegranej w dwóch grupach rundzie zasadniczej trzeba było o wszystkim zapomnieć. Później liczyła się już tylko potyczka z włoskim zespołem Societa Ginnastica Como. I nieważne było dla nas to, że przystąpiłyśmy do walki o Final Four z drugiego miejsca w grupie, a więc takiego, które stawiało nas na uprzywilejowanej pozycji. Na tym etapie rozgrywek każdy z zespołów miał podobne szanse. Każdy musi po prostu odnieść dwa zwycięstwa. Nasze rywalki tworzyły bardzo doświadczony zespół, który wie, jak wygrywać w takich spotkaniach.

Pierwszy mecz w Gdyni Lotos-VBW Clima wygrał aż 104:64 i wydawało się, że już awansował do Final Four. Ale później Pani zespół przegrał we Włoszech i potrzeba było trzeciego meczu w Gdyni. A i on rozstrzygnął się dopiero w ostatnich minutach.

- W pierwszym meczu znakomicie rozegrałyśmy początek. Trener rywalek uznał, że już tego meczu nie wygra, i zupełnie odpuścił. Stąd taka różnica. Como to nie jest zespół złożony z nowicjuszek i we Włoszech miałyśmy bardzo trudne zadanie. Nie dałyśmy rady wygrać. Trzeci mecz był o wszystko. Nastawiłyśmy się na twardą walkę od pierwszej do 40. minuty. Bo tym razem wiedziałyśmy, że rywalki niezależnie od wszystkiego nie odpuszczą. One także bardzo chciały tego awansu. Ale to my wygrałyśmy. Jak zmobilizować się na tak ważny mecz? Już przed sezonem nasz skład został tak skomponowany, by zawodniczki nie potrzebowały specjalnych seansów mobilizacyjnych. Poza młodymi Agnieszką Bibrzycką i Marie Ferdinand są tu koszykarki, które mają już na swoim koncie ogromne sukcesy w seniorskiej koszykówce. Każda z nas doskonale wiedziała, jaka jest stawka.

Czyją zasługą jest awans Lotosu do Final Four?

- Wielu osób. To nie tylko zawodniczki mogą czuć się bohaterkami. Jest jeszcze znakomity trener i sponsorzy, którzy zapewnili zespołowi taki, a nie inny skład. To także zasługa naszych fantastycznych kibiców, którzy dopingują nas nie tylko w Gdyni, ale także w meczach wyjazdowych.

Decydujące zwycięstwo to w największej mierze chyba jednak Pani zasługa. Nie pomyliła się Pani w ani jednym z jedenastu rzutów z gry! Trafiła Pani wszystkie pięć rzutów wolnych. Do tego dziewięć zbiórek i pięć bloków. To jeden z najlepszych meczów w Pani karierze?

- Ja bardzo lubię mecze o dużą stawkę. One mnie najbardziej mobilizują, łatwiej mi się skoncentrować. To na pewno jeden z najlepszych meczów w tym sezonie. Ale nie wynika to tylko z mojej dobrej gry. Nasze rozgrywające Gordana Grubin, Katie Smith i Marie Ferdinand były podwajane na swoich pozycjach, odcinane od podań. Ja z Eleną Szakirową miałam więcej miejsca pod koszem. To wszystko więc dzięki dobrej grze zespołowej i umiejętnemu wykorzystaniu siły wszystkich zawodniczek.

To Pani nazwisko jest nierozłącznie związane z największymi sukcesami polskiej koszykówki. W 1993 r. Olimpia Poznań z Panią w składzie grała w finale Pucharu Ronchetti. Rok później ten sam zespół zagrał w Final Four Pucharu Europy. W 1999 r. było mistrzostwo Europy reprezentacji Polski. Czy polska kobieca koszykówka znaczyłaby coś bez Pani?

- Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Inne zespoły nie mają Małgosi Dydek i też odnoszą sukcesy, więc w dużej mierze zależy to także od szkolenia zawodniczek, a nie tylko od ich warunków fizycznych. Mnie tylko cieszy to, że faktycznie wiążę się z tymi sukcesami.

Inną osobą, z którą dotychczasowe sukcesy są nierozerwalnie związane, jest trener Tomasz Herkt. Teraz chyba otworzył się nowy rozdział w historii polskiej koszykówki. Do Final Four awansowałyście pod kierunkiem Krzysztofa Koziorowicza. Jaki to jest trener?

- Co ciekawe, to jedyny obecnie nasz trener, bo w zespole nie ma asystenta trenera. Może trochę brakuje takiej osoby, bo trener Koziorowicz faktycznie wykonuje ciężką pracę. Jaki to trener? On jest przede wszystkim bardzo dobrym człowiekiem. Próbuje nas za wszystko przepraszać, jeśli tylko np. ktokolwiek w klubie podniesie na nas głos. Czasami jest dosyć chaotyczny, bo ma na głowie mnóstwo spraw związanych z drużyną. On wciąż ma nam coś nowego do przekazania, żyje koszykówką, non stop o niej mówi. To facet z pomysłami. A najlepiej go charakteryzuje sukces, jaki osiągnęłyśmy pod jego wodzą.

Można go porównać do Tomasza Herkta?

- Nie. Ja przynajmniej takich porównań się nie podejmuję. To są dwa różne typy... facetów. Nawet takiego można chyba użyć określenia.

Dlaczego w Polsce większe sukcesy są osiągane w żeńskiej koszykówce? Idea-Śląsk Wrocław może tylko pomarzyć o sukcesie, jaki osiągnął Pani zespół.

- Po prostu kobiety są lepsze, mamy lepsze koszykarki niż koszykarzy (śmiech)... Mówiąc poważnie, uważam, że nam równie trudno jest dostać się do europejskiej czołówki jak zespołom męskim. Poziom rozgrywek jest tak samo wysoki. To chyba zależy od wyszkolenia, od nastawienia psychicznego, ale i w jakimś stopniu także od szczęścia, od tego, na jakich trafi się rywali.

Czy Pani zespół ma szansę wygrać klubowe mistrzostwo Europy?

- Naszym półfinałowym rywalem będzie Lavezzini Parma. Z tym zespołem w tym sezonie już dwa razy grałyśmy, wygrywając u siebie i przegrywając na wyjeździe. Postaramy się wyeliminować trzy podstawowe zawodniczki Tichę Penicheiro, Yolandę Griffith i Delishę Milton. Griffith w meczach o awans do Final Four z aktualnymi mistrzyniami Europy CJM Bourges zagrała fenomenalanie, właściwie za połowę swojego zespołu. Jeśli ją powstrzymamy i uwierzymy w siebie, może awansujemy do finału. A wtedy... będziemy znowu grać o zwycięstwo.

Dla Gazety Krzysztof Koziorowicz, trener Lotosu-VBW Clima:

- To bez wątpienia największy sukces w mojej trenerskiej karierze. A najciekawsze jest to, że całe moje doświadczenie w pracy z zespołami kobiecymi jest zaledwie pięciomiesięczne. To właśnie w Gdyni na początku grudnia rozpoczęła się moja przygoda z żeńskim basketem. Miałem obawy, chwilę się wahałem. Bo przecież zaproponowano mi prowadzenie zespołu w Eurolidze! To ogromny prestiż. Chwała dziewczynom za to, że chcą ze mną współpracować i osiągają takie wyniki. Z przyjemnością mi się z tą ekipą pracuje i jeśli zaproponuje mi się dalszą pracę z chęcią ją przyjmę.

Czy odpowiada mi stawianie w jednym rzędzie z trenerem Tomaszem Herktem? To na pewno miłe porównanie. Przecież to dobry szkoleniowiec, trener mistrzyń Europy. Jakie mamy szanse w finałach? Cała czwórka jest bardzo wyrównana. O tym, który z zespołów zostanie mistrzem Europy może zadecydować dyspozycja danego dnia.

not. tok