Tomasz Sikora: Totalna klapa. Wyjadę przygnębiony

Podczas ostatniego obozu przygotowawczego w Anterselvie strzelałem bardzo dobrze. Czułem, że coś może się nie udać, bo u mnie zawsze po tygodniach celnych strzałów przychodzą pudła. Przyszły na igrzyskach - mówi najlepszy polski biatlonista. Tomasz Sikora zakończył występy w Vancouver 11 miejsce w biegu masowym
Robert Błoński, Jakub Ciastoń: Jak pan podsumuje występ?

Tomasz Sikora: Medalu nie ma przez pierwsze strzały. Spudłowałem dwa ostatnie strzały w pozycji leżąc czyli teoretycznie łatwiejszej. Wyrzuciłem dwa strzały do góry. Na drugim strzelaniu znowu chciałem przypilnować pozycji, ale przed czwartym strzałem drgnęła mi ręka i spudłowałem. Ta trzecia karna runda przekreśliła szanse na medal. Później było ciężko gonić, szczególnie że jechałem na ostatnim miejscu z ponad minutą straty. W samotnej pogoni traci się więcej sił niż biegnąc w grupie. Dwa ostatnie strzelania były dobre, ale nic nie dały. Walczyłem, ja zawsze walczę, ale nie zawsze skutecznie.

To pana ostatni występ na igrzyskach...

- No tak. Wyjadę stąd przygnębiony. Wszystko bardzo źle się zaczęło. Nastawiłem się na sprinty, na pierwszy start. Biegowo byłem przygotowany świetnie, a w sprincie są tylko dwa strzelania. Liczyłem na dużo, niestety pogoda pokrzyżowała plany. Spadła śnieżyca, nie było widać tarczy. Później presja była coraz większa, a szanse uciekały. Za bardzo chciałem. Do tej olimpiady byłem lepiej przygotowany niż do igrzysk w Turynie z których wróciłem ze srebrnym medalem. Początek sezonu miałem słaby, ciężko mi było dojść do siebie. Ale udało się, biegam naprawdę dobrze. Podczas ostatniego zgrupowania, w Anterselvie, strzelałem bardzo dobre. Po okresie dobrego strzelania u mnie zawsze przychodzi dołek. W Kanadzie widzieliśmy to już po dwóch-trzech treningach. Strzelanie w pozycji leżącej przestało być pewne, rozrzucałem naboje po strzelnicy. Próbowałem skorygować, nie udało się. Pozycja leżąca jest teoretycznie łatwiejsza, ale jak człowieka dopadnie kryzys, to nic nie poradzi. W pozycji stojącej jeszcze jakoś można to nadrobić, pilnując każdego strzału.

Jak bardzo na pana dalszych startach zaważył sprint?

- To był kluczowy moment. Tamten bieg powinien być przerwany, wyniki były wypaczone. Medale i czołowe miejsca zajęli zawodnicy, którzy nie byli faworytami. Dla nich też ułożył się wyścig pościgowy. Ci, co biegli z dalszymi numerami, nie mieli szans. W sprincie miałem największe szanse odrobić ewentualne straty na strzelnicy [Sikora miał dwa pudła, zajął 29. miejsce - red.].

Z czego wynikało to słabe strzelanie? Nerwy?

- W niedzielę nie było żadnego stresu. Przyszedł w biegu na 20 km, kiedy startowałem z pierwszym numerem. Jak wbiegłem na pierwsze strzelanie, bardzo się denerwowałem. W ostatnim starcie byłem już spokojny. Najgorsze, że każdy niecelny strzał widzę, ale nie mogę go przytrzymać i poprawić.

Francuz Martin Fourcade, z trzema pudłami, zdobył srebro.

- Bardzo szybko strzela, jest dużo młodszy ode mnie. Ma 22 lata, zaczynał karierę niedawno i od razu uczył się szybko strzelać. Na jedno strzelanie wbiegaliśmy razem i kiedy ja się dopiero szykowałem, zajmowałem pozycję, on już leciał na rundę karną. Nie dam rady przyspieszyć tego strzelania, bo efekty byłyby jeszcze gorsze. Bjoerndalen pracował nad szybkością strzałów cały rok i czasem udaje mu się nie popełnić błędu. A czasem, jak dziś, pudłuje [Norweg miał w niedzielę siedem niecelnych strzałów, zajął 27. lokatę - red].