Sport.pl

ME piłkarzy ręcznych. Podobno zdarzył się cud

- Lubię boks. Gdy oglądałem pierwsze walki Adamka w USA, czułem, że to chłopak, który nie ustępuje. Nie wiem, czy mam podobny charakter lub charyzmę, ale też nienawidzę przegrywać - mówi najlepszy bramkarz mistrzostw Europy
Radosław Leniarski: Podobno zdarzył się cud. Dostał pan takiego SMS-a.

Sławomir Szmal: Zaesemesował do mnie ksiądz Edward, kapelan reprezentacji olimpijskiej, który bardzo zżył się z nami w Pekinie i często wspiera nas, na przykład wysyłając SMS-y, że modlił się za nas. Rano po meczu ze Słowenią obudził mnie o ósmej SMS-em: "Widziałem cuda". Odpisałem mu: "Ja też". Bo to trochę był cud. Trzy i pół minuty przed końcem meczu mieliśmy trzy bramki straty. Wola walki pozwoliła nam zdobyć punkt. Cudem osiągnęliśmy remis, choć z drugiej strony mam wrażenie, że podarowaliśmy go Słoweńcom.

Trener Wenta mówi, że gdy wziął ostatni czas dla drużyny, zapytał: "Co chcecie grać?". Artur Siódmiak odpowiedział: "Trzeba grzać w obronie, wyrwać piłkę".

- Wiadomo, że kluczem do zdobywania bramek jest obrona. Więc trener pytał o obronę: "Czy coś zmieniamy, czy zostajemy przy swoim?". "Siódym" powiedział: "Zostajemy przy swoim, zostajemy przy tym, co umiemy najlepiej". To była słuszna decyzja. Bo Słoweńcy nie dochodzili do czystych sytuacji z drugiej linii. Oni szukali karnych, możliwości rzutu z sześciu metrów, miejsca na kole. Zagrali bardzo dobrze taktycznie, wykorzystując do maksimum to, co umieli najlepiej. Ich trener stworzył z nich paczkę ludzi, ściągnął z zagranicy do słoweńskich klubów i co chwila robił zgrupowania - w takiej sytuacji było mu łatwiej stworzyć drużynę. To zgranie było bardzo dobrze widać. Ale jak skoncentrowaliśmy się w obronie, gubili piłki.

Akurat na tym turnieju gramy w obronie naprawdę świetnie, a w ataku swoje. Może z drugiej linii rzadziej zdobywamy bramki, ale zaczęliśmy celnie rzucać z pierwszej linii. Jak dojdą do głosu ci, co zwykle zdobywają dużo bramek z drugiej, drużyna będzie pełniejsza.

W meczu Szwedów z Niemcami atakujący wpadł na bramkarza Silvio Heinevettera. Niemiec krzyczał, że Szwed go uderzył, wskazywał oko. Czy atakujący robią to z premedytacją, aby zastraszyć bramkarza?

- Problem jest. Przez taką sytuację miałem zerwane więzadło krzyżowe kolana. Spadł na mnie zawodnik, gdy byłem w powietrzu. Lądując, źle postawiłem nogę. Ale to jest wpisane w zawód.

W przypadku Heinevettera tak nie było. On szuka kontaktu z atakującymi, czasami jego zachowanie jest dalekie od fair play, bo to on skacze z nogami w stronę rzucających.

Ważąca prawie pół kilo piłka rzucona przez Karola Bieleckiego leci 120 km na godz. Może zabić. Gdy bodaj Luka Żviżej uderzył piłką w pana głowę z odległości sześciu metrów, to chciał tam wcelować?

- Mógł zdobyć bramkę. Nie sądzę, aby chciał trafić w głowę.

Czy bramkarz narażający się na takie atomowy strzały powinien mieć zupełnie inne predyspozycje psychiczne niż zawodnik z pola?

- Każdy bramkarz jest inny. Ja bardzo się podczas meczu stresuję. Fizycznie może nie jestem wyczerpany, ale psychicznie jestem wykończony. Żyję na maksa w bramce przez 60 minut, przeżywam grę chłopaków, więc jak ich błędy dochodzą do moich, powodują dodatkowe nerwy. Niemiecki bramkarz Johannes Bitter odreagowuje, kopiąc w słupek. Ja na ogół mówię niekulturalne wyrazy. Ale może je rozszyfrować chyba tylko żona - z ruchu ust.

Czasami jestem tak naładowany po meczu, że w wywiadach nie wiem, co mówię. Zdarzają się chwile, kiedy czuję, że gubię koncentrację. Tak było w spotkaniu ze Słowenią. Powiedziałem nawet Piotrkowi Wyszomirskiemu, żeby się rozgrzewał, ale ostatecznie zastąpił mnie tylko na karnym. A po meczu fizycznie czułem się wspaniale, tak że mógłbym jeszcze jeden rozegrać.

Po spotkaniu ze Szwecją po raz pierwszy zdarzyło mi się spać aż do południa. Częściej jednak jest tak, że po nieudanym meczu nie mogę zasnąć. Siedzę i męczę laptopa lub telewizję do trzeciej, czwartej.

Trener mówi, że coraz lepiej pełni pan funkcję kapitana, wszyscy się pana słuchają...

- Próbuję dać z siebie wszystko, ale jestem tylko zastępcą. Kapitanami są Grzegorz Tkaczyk i Damian Wleklak, tutaj nieobecni. Chciałbym z nimi porozmawiać. Wiem, że oglądają mistrzostwa, piszą SMS-y. A w nich różne rzeczy, również teksty piosenek. Ostatnio "Spotkamy się na zakręcie". Mamy już tak długą wspólną historię, że możemy tak rozmawiać i się rozumieć. Kiedy w mistrzostwach Europy w Norwegii królowała wśród nas piosenka "Kiedyś cię znajdę", ja dośpiewywałem "Formo ma". Grałem wtedy bardzo słabo.

Tkaczyka i Wleklaka tutaj nie ma, a kapitan musi zbierać pieniądze za przewinienia...

- Sam tego nie robię. Wyznaczyłem kolegów. Dla kapitana to za dużo obowiązków.

Wprowadziliśmy kary sami, jakieś półtora roku temu. Jak ktoś przyjdzie w innej koszulce na śniadanie, to lekko go podszczypujemy, ale w dniu meczu kara jest podwójna. To dobre. Dyscyplina buduje drużynę. Za pieniądze z zeszłego roku wszyscy poszliśmy na zgrupowaniu do kina. W tym roku też pójdziemy do kina albo na kolację.

Jednak moim głównym zadaniem jako kapitana jest mobilizacja i trzymanie drużyny w całości. Ludzie mają tendencję rozłażenia się, gdy coś nie idzie. Gdy drużyna przegrywa, dzieli się, nie chce być razem. Każdy ma pretensje do siebie czy do innych. Tymczasem razem wygrywamy i razem przegrywamy. Musimy się trzymać razem. To jest moje zadanie. Jak nam nie idzie, przychodzi stres, to ławka musi żyć. Czasem krzyczę do chłopaków na ławce: "Pomóżcie, pomóżcie!".

Tak jak podczas meczu ze Słowenią, gdy pojawiły się gesty bezradności. Wtedy pan interweniuje?

- To grupa musi się motywować, nie ja jeden. Uważam, że to wspaniale, że nie rozbiły nas złe wydarzenia w meczu ze Słowenią. Gdy nie rzucamy z sześciu metrów, załamanie naprawdę jest okropne. Przychodzą myśli, że mecz jest już skreślony, bo na kilka minut do końca mamy cztery bramki straty, a przeciwnicy piłkę. A tymczasem poszła jeszcze fala motywacji i udało się.

Miałem wrażenie, że doping był słabszy w meczu ze Słowenią, wręcz Słoweńcy zdominowali trybuny. Wyglądało na to, że odebrało wam to sporo energii...

- Doping niesie. Każdy w naszej drużynie to powie. Był rzeczywiście odrobinę słabszy niż w poprzednich meczach. Moja rada dla kibiców, aby siadali w jednej grupie, wtedy bardziej ich słychać. Podczas meczu z Niemcami czy ze Szwecją przeżywałem piękne chwile, gdy w hali słychać było tylko polskich kibiców.

Jestem szczęśliwy, że tak nam wzrosła grupa kibiców. W poprzednich latach przyjeżdżał bus z 20 osobami plus chętni z okolicy. Teraz to ponad tysiąc ludzi. To motywujące.

Drużyny różnie się motywują do twardej gry. Najczęściej słuchają muzyki. Czego słuchacie na mistrzostwach Europy?

- W szatni słuchamy "Pamiętasz, skąd przybyłeś" - tę samą, którą puszcza przed walkami Tomasz Adamek. Bardzo nakręcająca.

Lubię boks i jak oglądałem pierwsze walki Adamka w USA, czułem, że jest to chłopak, który nie ustępuje. Nie wiem, czy mam podobny charakter lub charyzmę, ale też nienawidzę przegrywać. Gdy widzę jego wiarę w Boga, jego podejście do sportu - to jest mój idol, który mnie prowadzi.

Chciałbym też mieć taką szybkość jak on. Ale wiem, że trening boksera to katorga. Mieliśmy z klubem Rhein-Neckar Löwen namiastkę treningu bokserskiego. Pamiętam, jak Karol [Bielecki] boksował, a Grzesiek Tkaczyk trzymał worek i uciekał przed nim po całej sali, krzycząc: "Zostaw mnie już!". Nikt nie chciał być w parze z Karolem.

Cieszę się, jak po przegranym meczu mogę obejrzeć boks w telewizji. Polski boks. To wraca mi energię.

Współtrener Szwecji Ole Lindgren prowadzi też pana klub. Podobno są jakieś problemy między wami. Stawia na innego bramkarza - głównie Henninga Fritza. Mecz ze Szwecją, w którym stał się pan bohaterem, broniąc z niemal 50-procentową skutecznością, nie był pana odpowiedzią dla trenera?

- Nie grałem przeciwko niemu. To nie ten rodzaj mobilizacji. Lindgren mi nie pasuje, bo nie ma kontaktu z zawodnikami, przynajmniej ze mną. Ja wkładam mnóstwo pracy w trening, angażuję całego siebie w zespół. Jeśli nie otrzymuję pozytywnego bodźca od trenera, czuję się poza drużyną. Karol miał ten sam problem z poprzednim trenerem, który miał wieczne pretensje. Brak chemii. Na pewno lepiej mi się pracowało z poprzednim, niemieckim trenerem niż z nim. W sporcie, gdy walka o miejsce w składzie jest fair i gdy dostaje je lepszy, nie ma sprawy. Ale gdy zapieprzasz na treningu, a nie dostajesz szansy w meczu albo zostajesz wystawiony na minę, to niedobrze. Ale trener też walczy o swoje - o to, aby utrzymać się w zawodzie - i ja to rozumiem.

Wiec może wrócę do Polski. Z Bogdanem się dobrze czuję na treningach, więc jeśli na przejściu do Vive Kielce coś stracę, to tylko to, że liga będzie słabsza.

42 proc.

z taką średnią skutecznością bronił Sławomir Szmal w trzech pierwszych meczach. Był najlepszym bramkarzem pierwszej fazy mistrzostw Europy

Polacy rozjechali Hiszpanię na ME piłkarzy ręcznych  »


Więcej o: