Aleksander Wierietielny: Justyna Kowalczyk jeszcze nie fruwa

Justyna Kowalczyk jeszcze nie fruwa. Jeszcze jej bieg jest ciężki - mówi trener najlepszej biegaczki świata Aleksander Wierietielny. Polka nokautuje rywalki miesiąc przed igrzyskami. Czy nie za wcześnie na szczyt formy?
Obawy mogą być. Po wygraniu dwa lata temu Tour de Ski Szwedka Charlotte Kalla straciła formę, rok temu podobny przypadek spotkał kolejną triumfatorkę Finkę Virpi Kuitunen, która w mistrzostwach świata w Libercu zdobyła medale tylko w biegach drużynowych.

Trener Wierietielny powtarzał wielokrotnie w wywiadach, że najwyższa forma Kowalczyk przyjdzie później. Szkoleniowiec liczy, że będzie podobnie jak w zeszłym sezonie. Kowalczyk nabrała wtedy rozpędu po morderczym Tour de Ski, w którym zajęła czwarte miejsce. Pojechała do Liberca i zdobyła tam dwa złote medale i jeden brązowy. Działo się to w datach niemal pokrywających się z tegorocznymi igrzyskami w Vancouver. A następnie zaczęła biegać jeszcze szybciej.

- To jeszcze nie jest najwyższa forma. Justyna nie fruwa. Ona wciąż ciężko biega - zapewnia Wierietielny. - Nie mam na to dowodów naukowych, tylko kilkudziesięcioletnie doświadczenie i wyniki badań fizjologicznych w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej. Ale potrafię też dostrzec na trasie, czy zawodniczka jest w formie. Mówią mi o tym przygotowania, wykonana praca. Justyna przebiegła więcej kilometrów przed tym sezonem i przerzuciła więcej ciężarów na siłowni niż w poprzednich latach. Dlatego spokojnie czekam na jej najwyższą formę.

Ale trener też liczy. Liczy starty.

Do zeszłorocznych, fantastycznych mistrzostw w Libercu Kowalczyk startowała około 25 razy. Plan jest taki, by do igrzysk Justyna też miała za sobą 25 startów lub nawet więcej - no bo przecież w zeszłym sezonie nawet lepiej biegała już po mistrzostwach w Czechach.

Teraz Kowalczyk ma w nogach około 20 startów. Również dlatego pobiegła w Tour de Ski, choć jeszcze niedawno mówiła o tym wyczerpującym cyklu z niechęcią: - Żeby wygrać TdS, muszę najpierw pokonać własne słabości. Petra Majdić już biega z bandażami na nogach, ja też ledwo stoję. Wszystkim nam jest ciężko, na starcie do pierwszego etapu było 80 dziewczyn, zostały 53. Krew się z nosa leje, spać nie można, dostaje się skurczów mięśni. Niektórzy nie chcą tego znosić, zwłaszcza w roku olimpijskim.

Było to jeszcze przed wielkim finałowym zwycięstwem na podbiegu pod Alpe Cermis. Z TdS wycofały się niektóre znakomite biegaczki, między nimi potencjalne medalistki na olimpijskich trasach, w tym Kuitunen. To prawdopodobnie wynik zeszłorocznej lekcji.

Trener i jego podopieczna są twardzi i choć w tym sezonie można było uniknąć startu w TdS bez konsekwencji w postaci zabrania punktów Pucharu Świata, Wierietielny mówi: - Dla nas TdS to idealny trening. Jedziemy na każde zawody przed Vancouver. Nawet do Rybińska - mówi trener, choć jeszcze przed kilkoma dniami biegaczka zastanawiała się, czy jechać hen nad Wołgę. Kusiła ją tylko możliwość startu na dystansie łączonym. Polka nie chciała, by w tej konkurencji - 15 km techniką klasyczną (7,5 km) i dowolną (7,5 km) - pierwszy start w sezonie odbył się w Vancouver.

W poniedziałek Kowalczyk spędziła czas na lotniskach Monachium, Pragi i Tallina. Dojechała do Otepaeae z pierwszymi objawami przeziębienia. - Wszystko przez ten morowy klimat w Val di Fiemme - mówi trener. Może w Estonii, gdzie panują ciężkie mrozy, Justyna dojdzie do siebie.

Trener po dwudniowej samochodowej odysei z Val di Fiemme dojechał do Otepaeae dopiero dziś. Dziś też zadecydują z Kowalczyk, czy przeziębienie jest na tyle poważne, by odpuścić zawody. Szansa na to jest mała, bo start w Pucharze Świata - bardzo, bardzo Justynie potrzebny - dopiero w sobotę.

- Ja się o nic nie boję. Jestem pewny tego, co robię. Jeśli Justyna ma wysoką formę, to to samo można powiedzieć o Petrze Majdić czy Ariannie Follis. Jedyna niewiadoma to forma dziewczyn, które w Tour de Ski nie startowały.