Działacze afrykańskiej federacji wciąż naciskają, by Togo grało w PNA

Piłkarze Togo chcieli grać w Pucharze Narodów Afryki, ale nie pozwolił im rząd, który uznał, że nie będą w Angoli bezpieczni. Jednak wciąż nie opuścili Angoli, bo działacze afrykańskiej federacji CAF dalej naciskają na nich, by wyszli na boisko.
W piątek ostrzelany został w Angoli autobus z reprezentacją Togo. Trzy osoby nie żyją, osiem jest rannych.

- To chore. Działacze CAF wciąż naciskają na piłkarzy Togo, by zagrali w turnieju. Znaczy: zobacz śmierć trenera, a nazajutrz ciesz się z gola - zauważa komentator "Gazety Wyborczej" i Sport.pl Rafał Stec. - CAF to afrykańska UEFA, 80 proc. zysków czerpie właśnie z Pucharu Narodów Afryki.

Informacje o tragedii w Angoli wyciekały powoli, często wzajemnie sobie przeczyły. Do piłkarzy dzwonili działacze zatrudniających ich klubów z Europy, by dowiedzieć się czegokolwiek, angolańskie telewizje długo opisywały incydent niechętnie i skąpo.

Kanonada z broni maszynowej trwała pół godziny, członkowie reprezentacji Togo leżeli przerażeni pod siedzeniami. Strzelali członkowie Frontu Wyzwolenia Enklawy Kabinda, bogatej w ropę, złoto i diamenty prowincji oddzielonej od reszty kraju połacią ziemi należącej do Konga. Zginął kierowca, asystent selekcjonera i rzecznik prasowy. Bramkarz Kodjovi Obilale - dwukrotnie trafiony w plecy - przeszedł operację w szpitalu w Johannesburgu. Leży na oddziale intensywnej terapii, lekarze twierdzą, że jest zbyt wcześnie, by upubliczniać prognozy co do jego przyszłości. Poważnie ranny został też obrońca Serge Akakpo.

Strzelanina ustała, gdy napastnikom ogniem odpowiedziało angolańskie wojsko.

W sobotę piłkarze ogłosili, że nie wystartują w turnieju. - Nie umiem przestać płakać. W tych warunkach nie da się grać - mówił Emmanuel Adebayor, najsławniejszy reprezentant Togo, na co dzień zatrudniony w Manchesterze City. Inni opowiadali, jak na ich oczach kule trafiały kolegów.

Afrykańska Federacja Piłkarska (CAF) pospieszyła z wyjaśnieniem, że rozumie decyzję i nie ukarze drużyny. Jej działacze pojechali jednak do Cabindy, by przekonywać Togo do pozostania w turnieju. W niedzielny ranek ogłosili, że piłkarze zmienili zdanie. Zebrali się w nocy, długo dyskutowali, głosowali nad tym, co robić. I ustalili, że zagrają, by upamiętnić ofiary tragedii, a zarazem nie dać rebeliantom poczucia, iż osiągnęli cel. - Ludzie zginęli z powodu tych mistrzostw. Nie wolno nam opuścić ich i uciec jak tchórze. Jesteśmy zdeterminowani - mówił pomocnik Alaixys Romao.

Wtedy interweniował rząd Togo. Zakazał rodakom grać, tłumacząc, że organizatorzy nie są w stanie zagwarantować im bezpieczeństwa. Mecze grupy B, w której rywalizują także Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana i Burkina Faso, mają bowiem odbyć się w Kabindzie, a prący ku niepodległości Kabindy separatyści grożą, że karabiny jeszcze przemówią. I przypominają, jak ostrzegali działaczy, by nie organizować spotkań w regionie ogarniętym wojną.

- Rozumiem graczy chcących pomścić śmierć kolegów, ale byłoby nieodpowiedzialne zezwolić im uczestniczyć w Pucharze. Jeśli jacyś ludzie zagrają pod flagą Togo, będzie to sfałszowana reprezentacja - cytowała premiera Gilberta Houngbo agencja AFP.

Po kilkugodzinnym pacie piłkarze skapitulowali. - Rozumiemy stanowisko polityków. Bardzo chcieliśmy zostać, ale jesteśmy dziećmi Togo i mamy obowiązek słuchać poleceń rządu - tłumaczył Adebayor. I dodał, że drużynę przekonał prezydent kraju Faure Gnassingbe, który zadzwonił do napastnika Manchesteru City.

Gnassingbe wysłał do Angoli prezydencki samolot, którym cała reprezentacja poleci do swojej stolicy Lome. Dopiero potem zawodnicy zaczną wracać do swoich europejskich klubów. Tak w każdym razie wyglądał plan aktualny na wczorajszy wieczór. Trener Hubert Velud twierdził, że jego ludzie są ubrani, że czeka na nich autobus mający zawieźć ich na lotnisko, ale rozmowy wciąż trwają, bo na piłkarzy naciskają organizatorzy turnieju. Pierwszy mecz, z Ghaną, Togo miało rozegrać dzisiaj.

Na wczorajszą inaugurację przyleciał prezydent Republiki Południowej Afryki Jacob Zuma, który musiał odpowiadać głównie na pytania o to, czy równie niebezpiecznie będzie na mundialu. Według statystyk w RPA dochodzi do 40 zabójstw dziennie.

Szef komitetu organizacyjnego Danny Jordaan: - Dlaczego stosujemy podwójne standardy? Czy po ataku terrorystycznym w Europie padają pytania, czy londyńskie igrzyska olimpijskie w 2012 są zagrożone? Nie, a RPA i Angola to dwa oddzielne państwa.