Rok Pohang Steelers i rekordowych liczb, czyli Azja szykuje się do skoku

Rekordowej frekwencji Liga Mistrzów nie przyciąga ani na barcelońskim Camp Nou, ani na mediolańskim San Siro. Wielkie europejskie stadiony przebił Teheran
Do azjatyckiego futbolu wciąż mamy stosunek kpiąco-dobrotliwy, poważnie traktujemy wyłącznie fortunę, jaką można wyłudzić od tamtejszych kibiców zbzikowanych na punkcie lig ze Starego Kontynentu.

Dyrektor sportowy Realu Madryt Emilio Butragueno proponuje przełożenie części meczów hiszpańskiej Primera Division na wczesne godziny popołudniowe - co byłoby naruszeniem świętej tradycji - by widzowie na Dalekim Wschodzie nie zarywali nocy dla transmisji. Włosi z tych samych względów manipulowali kalendarzem wiosną (na razie sporadycznie) i wkrótce znów będą manipulować: latem wysłali Inter i Lazio na spotkanie o Superpuchar do Pekinu, a jesienią podpisali kontrakt na eksport tych meczów w latach 2010-12 - mistrz Serie A będzie grał kolejno w Pekinie, Szanghaju i Guangzhou ze zdobywcą pucharu. Chińczycy płacą 10 mln euro.

Największą furorę robi w Azji jednak niezmiennie Premier League. Anglicy wysyłają już tam na wakacyjne tournée nie tylko potentatów (Manchester latał do Seulu i Dżakarty), lecz także drużyny średnie i lekkopółśrednie - w czwartej edycji towarzyskiego turnieju Barclays Asia Trophy oprócz pekińskiego Guoan (zajął ostatnie miejsce) rywalizowały Tottenham, West Ham oraz Hull. Te więzy będą się jeszcze zacieśniać, bowiem przybywa azjatyckich firm sponsorujących angielskie kluby lub biznesmenów wręcz je przejmujących. Jak Carson Yeung z Hongkongu, który kupił Birmingham.

Europejscy goście nie mieli takiej frekwencji jak teherańscy piłkarze Persepolis (alias Piroozi, czyli zwycięstwo), którzy w 1/8 finału Ligi Mistrzów przegrywali z uzbeckim Bunyodkorem na oczach 95 tys. 225 widzów, bowiem azjatycki futbol też się dynamicznie rozwija. Zwłaszcza finansowo. LM nie dopuszcza klubów niespełniających wymogów organizacyjnych, jej budżet oraz pula nagród rosną o kilkaset procent rocznie, a niebawem wykonają następny tygrysi skok, gdyż organizująca rozgrywki Azjatycka Federacja Piłkarska (AFC) wynegocjowała od swego głównego komercyjnego partnera (firmy World Sport Group) kontrakt na miliard dolarów.

Wspomniany Yeung zapowiadał rozwijanie chińskiego futbolu i eksportowanie do Birmingham chińskich piłkarzy. Azjaci sportowo wciąż jednak odstają od Europy. Cudzoziemców ściągają niewielu i marnych (ich liczbę restrykcyjnie ograniczają, w LM można wystawiać tylko czterech), swoich gwiazd nie wychowują. Koreański zwycięzca LM, przywołany w nadtytule Pohang Steelers składa się głównie z rodzimych graczy, choć trenerem jest były selekcjoner brazylijskich reprezentacji juniorskich Sergio Farias. Czy Azjatów wesprą Europejczycy, którzy zakładają szkółki - jak Chelsea w Hongkongu, MU w Singapurze i Dubaju etc. - i obiecują intensywne wyszukiwanie oraz szlifowanie tamtejszych talentów?

Najlepiej opłacany trener świata.

.też pracuje w Azji. Luis Felipe Scolari (w 2002 roku wygrał mundial z Brazylią) za prowadzenie Bunyodkoru Taszkient otrzymuje 13 mln euro rocznie. Robotę ma łatwą, jego piłkarze w lidze uzbeckiej tracą punkty co kilkanaście kolejek. Najhojniej opłacany trener w Europie Jose Mourinho zarabia 11 mln euro. Lider wśród selekcjonerów drużyn narodowych Fabio Capello - 8,8 mln.