Złoty rok pod siatką - siatkarskie podsumowanie 2009 roku

Nowi selekcjonerzy, notorycznie kontuzjowane gwiazdy, a mimo to dwa medale na mistrzostwach Europy. Jeśli wyszarpany cudem brąz pań traktować na równi ze złotem panów, mieliśmy najtłustsze 12 miesięcy w siatkówce od kilku dekad.
Podsumowanie roku także na blogu Przemysława Iwańczyka

Najpierw emocje chcieli zapewnić działacze, ogłaszając rekrutację na selekcjonerów. Pomysł nie wypalił, wzbudzając spore kontrowersje. Kandydatury Daniela Castellaniego i Jerzego Matlaka były najbardziej przekonywające, ale ich wybór na trenerów reprezentacji z konkursem, którego zwycięzcy byli znani na długo przed startem, niewiele miał wspólnego. Dzięki temu jednak obaj byli przygotowani do pracy już od pierwszego dnia po oficjalnej nominacji - mieli domówionych współpracowników i gotową wizję kadry.

Plany te trzeba było jednak zweryfikować, bo jeszcze przed pierwszymi zgrupowaniami część siatkarek i siatkarzy podziękowała za powołania lub gry odmówiła z powodu kontuzji. O sukcesach w nadchodzących mistrzostwach Europy wspominał już mało kto, tak jak mało kto wyobrażał sobie męską kadrę bez Mariusza Wlazłego czy Michała Winiarskiego, a kobiecą bez Katarzyny Skowrońskiej i Katarzyny Skorupy. Tuż przed mistrzostwami na trenerów spadły jeszcze wiadomości o poważnej kontuzji Sebastiana Świderskiego i rezygnacji z gry w reprezentacji Doroty Świeniewicz.

Ale nie tylko Polacy mieli kłopoty. Włosi z każdą imprezą poprzedzającą mistrzostwa potwierdzali, że przechodzą coraz większy kryzys, a Rosjanie nie umieli utrzymać formy dłużej niż przez trzy mecze. Największym faworytem wydawali się Serbowie, którzy rozegrali świetny mecz z Brazylią w finale Ligi Światowej. Polacy mimo licznych strat kadrowych pojechali do Turcji z medalowymi aspiracjami. Jak na ironię w finale spotkali się z inną drużyną przetrzebioną przez kontuzje - Francją, z której wypadło np. dwóch podstawowych rozgrywających (jeden zrezygnował, drugi nabawił się urazu).

Wspaniały turniej Polaków zakończony bezprecedensowym mistrzostwem wykreował nowych bohaterów, którzy - gdyby nie kontuzje gwiazd - nie mieliby miejsca w składzie, ba, nawet nie pojechaliby do Turcji. Turniej ten, a także wcześniejsze sukcesy (awans na mistrzostwa świata) i świetne mecze, spowodował, że był to rok (obok rewelacyjnego jak zwykle Pawła Zagumnego) Piotra Gruszki, Bartosza Kurka i Michała Bąkiewicza. Pierwszy spisany przez wielu na straty, wracający do kraju po roku spędzonym w Turcji nie do najpotężniejszych w Polsce Skry Bełchatów, Resovii czy Jastrzębskiego Węgla, ale do przeciętnej Delekty Bydgoszcz, dwaj ostatni - po kolejnym sezonie "przestanym" w rezerwie bełchatowskiego hegemona.

Kadrze Matlaka nie dawano cienia szans. Wspomniane absencje, do tego mniej niż średnie występy w eliminacjach do mistrzostw świata i cyklu Grand Prix sprawiły, że nawet działacze postawili na kobiecej kadrze krzyżyk.

Początek rozgrywanego w Polsce - niezwykłego dzięki kibicom - turnieju potwierdził obawy. Drużyna grała źle, dostała łomot od Holandii, więc o medalu nie mogło być mowy. 30 września kadra przeszła jednak metamorfozę. I nie wiadomo, czy była to determinacja po nagłej i poważnej chorobie żony szkoleniowca, czy błysk trenerskiego żółtodzioba (w międzynarodowych rozgrywkach) Piotra Makowskiego, który z asystenta stał się selekcjonerem pełną gębą. Grający wyśmienicie zespół, genialnie wsparty przez Makowskiego ograł wielką Rosję, aktualne mistrzynie świata, które do Polski przyjechały nie tyle po medal, co po kolejne złoto.

Biało-czerwone miały też mnóstwo szczęścia, bo gdyby Rosjanki rozprawiły się z Holenderkami, a Polki nie wygrałyby w ostatnim spotkaniu grupowym z Bułgarią, awans do półfinału przeszedłby koło nosa. A tak oprócz święta działaczy, którzy pławili się w komplementach europejskich władz za perfekcyjnie przygotowaną imprezę i rzadko spotykaną, nawet na świecie, frekwencję, swoje pięć minut miały również siatkarki. Co prawda w półfinale znów dostały lanie od Holandii, ale w meczu o brąz wspaniale pobiły rewelacyjne w tym turnieju Niemki.

W kadrze Matlaka - teraz tak naprawdę i Matlaka, i Makowskiego - nie było takich indywidualności jak w drużynie Castellaniego. Był za to prawdziwy zespół, który wyszarpał brąz, odbijając się wpierw od dna. Okoliczności, w jakich stanął na podium, sprawiły, że trzecie miejsce odebrane zostało jak złoto panów, a oba sukcesy dały nam najtłustsze 12 miesięcy od kilku dekad.

Rok 2010 to mistrzostwa świata, w których polskie drużyny będą wymieniane wśród faworytów. To także rok spokojniejszej pracy dla trenerów, bez tak przeładowanego kalendarza imprez jak ostatnio, z drużynami gotowymi sięgnąć po sukces. Teraz to nie Castellani i Matlak mają kłopot, jak ich kadry poradzą sobie bez Wlazłego, Winiarskiego, Skowrońskiej czy Skorupy. To wspomniani gracze mają problem, jak znów się do niej dostać.

Ignaczak: gramy za dużo! Tak nie ma nawet w NBA!