Kolarz roku - Alberto Contador. Ciągle pod górę

Bohaterem roku miał być wracający do sportu Lance Armstrong. Amerykanin trafił jednak na rywala, jakiego nie spotkał w latach swej chwały
Nowy mistrz narodził się w momencie, gdy Armstrong w 2005 roku porzucił ściganie w zawodowym peletonie. W tym krótkim czasie Hiszpan wygrał trzy wielkie Toury: Giro d'Italia, Vueltę a Espana, Tour de France (dwukrotnie) i już teraz zasłużył na miano legendy dyscypliny. Przed nim tylko Eddy Merckxowi, Jacquesowi Anquetilowi, Felice Grimondiemu i Bernardowi Hinault udało się zdobyć kolarski hat trick, a Contador ma dopiero 26 lat. Jak na współczesnego kolarza zdał więc dopiero maturę.

Nie dość, że wygrywa największe wyścigi, to robi to wbrew niesprzyjającemu losowi, a może właśnie dlatego. Pochodzi z biednej wielodzietnej kastylijskiej rodziny z przedmieść Madrytu. Rodzice nie mieli dla niego czasu. Całą uwagę skupiali na Raulu. 21-letni brat Contadora - inny jest jego menedżerem - cierpi na mózgowe porażenie dziecięce. Zachowuje się jak pięciolatek. Matka nawet nie śledzi dzień za dniem jazdy Alberta w Tour de France, bo czuwa przy chorym bracie.

Alberto omal nie podzielił losu brata. W 2004 roku, podczas pierwszego etapu wyścigu dookoła Asturii miał kraksę. Diagnoza - tętniak mózgu. Trzy tygodnie balansował na granicy życia i śmierci, był w śpiączce. Skomplikowana operacja nie gwarantowała powrotu do zdrowia. Udała się. Do dziś Contador ma kilkucentymetrową szramę na czaszce.

Podczas rehabilitacji matka powtarzała mu maksymę: "Chcieć to móc". Na stoliku szpitalnym położyła książkę: "Mój powrót do życia" - autor Lance Armstrong. Najwybitniejszy kolarz XXI wieku w latach 90. wyszedł z choroby nowotworowej. Później siedem razy wygrywał Tour de France. Amerykanin był idolem Contadora.

W tym roku obaj spotkali się w jednej grupie - Astanie. Był to najdziwniejszy układ we współczesnym kolarstwie. Legenda i wschodząca gwiazda w jednym zespole. Kto komu miał ustąpić miejsca, jeśli przyjdzie do decydującej rozgrywki w Alpach i Pirenejach? Żaden ani myślał ustępować. Jeden nie chciał pracować na drugiego. Armstrong miał jednak w Astanie kolegów, swoich adiutantów, i bliskiego mu od wielu lat dyrektora sportowego Johana Bruyneela. Contador był sam. - Jestem zahartowany, nauczyłem się cierpieć - mówi dziś o tym jak znosił ten układ.

Wygrał. W górach był najmocniejszy, pokonał też Amerykanina w czasówce. - Nie było między nami żadnego kontaktu, żadnego. Przeżyłem ciężkie dni - mówił po zakończeniu Tour de France Contador. W życiu cały czas miał pod górkę, w lipcu zareagował jak dotychczas - walką, nieustępliwością i wiarą we własne możliwości.

A te ma ogromne. Fizjologicznie jest fenomenem jak jego wielcy poprzednicy. Nie za wysoki - 176 cm - i leciutki jak piórko - 62 kg, przez góry mknie jak kozica. Ma do tego niewyobrażalną siłę. Podczas zwycięskiego podjazdu pod Verbier uzyskał średnią moc 490 watów. Najlepszy polski kolarz zawodowy Sylwester Szmyd mówi, że do takiej wartości nie jest w stanie nawet się zbliżyć. Średnia Polaka podczas morderczych górskich etapów wynosi 360 watów.

Ale wielką zagadką dwukrotnego zwycięzcy Tour de France pozostaje jeden z najbardziej istotnych wskaźników w sportach wytrzymałościowych tzw. VO2max, czyli maksymalny pułap tlenowy (przyswajalność tlenu na minutę na kilogram masy ciała). Podejrzliwe pytania zrodził jego tegoroczny sukces. Contador był w stanie w godzinę pokonać różnicę 1864 metrów wysokości i następnego dnia wygrać w czasówce, czyli zupełnie innej kolarskiej konkurencji. Specjaliści wyliczyli że Hiszpan musiałby w takim razie mieć VO2max 99,5 ml/min/kg. Wartość kosmiczną, jakiej nikt z kolarzy do tej pory nie miał.

Czy na pewno w czysty sposób zawodnik Astany wspiął się na szczyt? Znaków zapytania jest więcej. Contador brał udział w aferze Puerto (kilkunastu kolarzy było klientami doktora Eufemiano Fuentesa zlecającego im m.in. zabronione przetaczanie krwi), w której ostatecznie został świadkiem koronnym. Kontrakt z Astaną w świecie walczącym z dopingiem też jest uznawany za pakt z diabłem. W ubiegłym roku kazachska grupa z powodu podejrzeń o zbyt liberalne podejście do kontroli antydopingowych nie została dopuszczona do Tour de France. W ten sposób Contador być może stracił trzecie zwycięstwo w najbardziej prestiżowym wyścigu świata.

Z Astaną będzie związany w przyszłym roku. Po wielu tygodniach spekulacji o odejściu pojawił się na grudniowym zgrupowaniu w Toskanii. Postanowił wypełnić wiążący go jeszcze przez rok kontrakt. W ostatnich dniach do jego grupy dołączył Oscar Pereiro, zwycięzca Tour de France z 2006 roku, nadal jest w niej Kazach i pomysłodawca tej grupy Aleksander Winokurow. Nie ma już za to Armstronga i jego wiernych druhów, świetnych pomocników w górach: Leviego Leipheimera, Andreasa Kloedena, Haimara Zubeldii. Wszyscy poszli za wodzem do jego nowej ekipy RadioShack. Jej dyrektorem został Bruyneel.

Sprawa więc jest jasna. Liderem Astany będzie Contador. Podczas Tour de France 2010 do walki z Amerykaninem oraz braćmi Schleckami z grupy Saxo Bank, Rosjaninem Denisem Mienszowem i mistrzem świata Australijczykiem Cadelem Evansem przystąpi już na zdrowych, sportowych zasadach. Zapowiada się wielka walka gigantów.

Rok w kolarstwie górskim pod dyktando Mai Włoszczowskiej »