Polski sport wysoko nie podskoczy. Jacek Wszoła jest pesymistą

Jak tak dalej z polskim sportem będzie, to wysoko nie podskoczymy - mówi Jacek Wszola w wywiadzie dla Gazety Sport.pl.
Jacek Wszoła to mistrz olimpijski w skoku wzwyż w Montrealu w 1976 roku, dziś współwłaściciel sieci fitness Gymnasion.

Radosław Leniarski: Czy jakieś wydarzenie sportowe w 2009 roku zrobiło na panu szczególne wrażenie?

Jacek Wszoła: Przede wszystkim występ naszej reprezentacji w mistrzostwach świata w Berlinie. Sukcesy wielkie, nikt nie rozczarował. Byłem na trybunach podczas najważniejszych dla Polski wydarzeń, pewnie udzieliły mi się emocje i sprawiły, że mogę mieć lekko zaburzony obraz.

Niestety, nie było startu, o którym mógłbym powiedzieć: "Psia krew, to dopiero sensacja!". Może z jednym wyjątkiem. Skądinąd bardzo dobrze przygotowanemu Bednarkowi udało się ograć światowej klasy wymiataczy w skoku wzwyż, których teoretycznie nie miał prawa ograć. Szufladka z niespodzianką lekko się uchyliła, ale nie powiem: "Jezus, stał się cud!".

Wcześniej mówiło się, że polska lekkoatletyka kuleje, a proszę jak się dobrze rozkręciła...

- Dalej kuleje. Bo lekkoatletyka to nie tylko rzuty czy konkurencje techniczne. Z innych konkurencji można wykosić więcej medali, co pokazali Jamajczycy w sprintach, lub Afrykanie w biegach średnich i długich. Ale daj nam boże taki światowy monopol na rzuty.

Może właśnie to jest pomysł na światowe sukcesy Polski...

- Ale nie o to chodzi. Biali ludzie też potrafią biegać średnie i długie dystanse, co pokazuje choćby Marcin Lewandowski na 800 m. Jeśli się wezmą do roboty, jeśli chcą coś osiągnąć, to nie ma na nich mocnych. Dominacja Afrykanów na długich dystansach jest, przynajmniej po części, mitem stworzonym w samoobronie przez białych zawodników, trochę rozdmuchiwanym przez dziennikarzy i powoli utrwalanym w świadomości kibica.

Lewandowski właśnie wrócił w Kenii i zdaje się, że jest zachwycony przygodą, ma nową motywację do pracy...

- Historia zatoczyła pętlę z 30-letnią amplitudą. W kontekście artykułów w waszej gazecie o treningach Lewandowskiego z Kenijczykami - 30 lat temu Bronek Malinowski po pierwszym z dwóch pobytów w Kenii powiedział na zgrupowaniu kadry: "Słuchajcie, to, że Kenijczycy szybko biegają, to wszyscy dobrze wiecie, bo widzicie to na stadionie. Ale to, że tam fantastycznie biega kilkadziesiąt tysięcy ludzi, to mogę powiedzieć, bo sam widziałem. Trenowałem z chłopcami, którzy nie mieli świadomości, że biegają z dwukrotnym mistrzem Europy i wicemistrzem olimpijskim i w każdym momencie mogli przyspieszyć, a ja nawet nie potrafiłbym zareagować".

Bronek biegał w Kenii z chłopakami, z którymi się ścigał na stadionie - z Rono, z Keino, z najlepszymi długodystansowcami, przeszkodowcami świata. Ale to nim tak nie poruszyło jak to, że żaden morderczy trening, którego Europejczyk nie był w stanie znieść, nie był niczym strasznym dla chłopców, którzy w dżinsach, na bosaka, ze zwykłej ciekawości, w tumanie kurzu biegali razem z nim.

Czyli uważa pan, że w lekkoatletyce czy też szerzej w sporcie Polak mógłby osiągnąć dużo więcej? Co musiałoby się stać?

- Gdyby ktoś władny pomyślał - wróćmy na ziemię, wróćmy do szkoły, wróćmy do grupy docelowej, stałej, zasilanej co roku przez kilkadziesiąt tysięcy młodych ludzi w szkołach. Trzymając się statystyki, może 0,001 procenta będzie mistrzami olimpijskimi. Jeśli mamy do dyspozycji grupę 10 tys., możemy w ogóle tego nie osiągnąć, bo to mieści się w granicy błędu statystycznego. Ale jak grupa ma pół miliona, szansa jest większa. Taka jest recepta na powszechny sport.

Poszukiwanie sukcesów musi być związane z działaniem w tym kierunku. Zawodowstwo to ostatnia, czwarta cyfra po przecinku.

Często naszym wzorem jest uporządkowane pod wieloma względami państwo niemieckie. Kiedyś pomagał pan przy naborze do niemieckich szkół z profilem sportowym. Czy im udało się organicznie zaszczepić ludziom lekkoatletykę?

- Tak samo mizernie Niemcom wychodzi jak nam. Wszystko przez to, że państwo chce otoczyć opieką tych, którymi każdy chętnie by się zaopiekował, czyli najlepszych. Politycy podpiszą się bez zwłoki pod grupą mistrzów wypromowanych dodatkowo przez dziennikarzy. Działacze, entuzjaści, kibice podpiszą się. Ale ktoś wpływowy musi być na tyle mądry, aby uznać, że ten sukces wykuwa się w zagubionych, nieznanych środowiskach. W tym sensie 2009 rok nie przyniósł przełomu. Choć mógł - zmienił się przecież minister sportu, były wybory w PKOl-u i związkach sportowych. Otóż państwo sobie uzurpuje prawo do mądrości, decyduje co najlepsze dla nas, tymczasem jest to gówno, a nie mądrość. Jak już ktoś dojdzie do władzy, odchodzi mu ochota do zmian, nic nowego nie tworzy.

Ile stadionów do lekkoatletyki straciliśmy lub ilu nie stworzyliśmy? Warszawa będzie miała trzy stadiony, wszystkie bez bieżni. W Stuttgarcie też zlikwidowano bieżnię na stadionie, ale Niemcy mają trzy stadiony olimpijskie i na każdym można rozgrywać wielkie zawody lekkoatletyczne.

Gdzie są sekcje sportowe?

Gdzie są szanse moich wnuków, które - gdy się urodzą - musiałyby jeździć na drugi koniec dwumilionowego miasta, aby zacząć uprawiać lekkoatletykę.

Ostatnio wziąłem udział w Gwiazdce pewnej bogatej firmy i poprowadziłem zajęcia sportowe. Był tam 14-latek, który skoczył wzwyż 15 cm więcej niż ja w jego wieku. Pytam go, czy trenuje. On: "Nie. Ja pierwszy raz". Kompletnie się rozjechałem. Być może rok w rok marnotrawimy takie talenty. Chłopak może za dwa lata być jednym z najlepszych juniorów na świecie. Bednarek skoczył 226 w wieku 17 lat i jest teraz brązowym medalista mistrzostw świata.

Może po prostu czas lekkoatletyki minął. Jest przytłoczona efektownymi wydarzeniami w piłkarskiej Lidze Mistrzów. Gdyby nie Usain Bolt, światowa lekkoatletyka też przeżywałaby regres medialny...

- Czas minął? Starożytni Grecy grali w piłkę nożną? Czym się szczycimy w tym sporcie? Że zorganizujemy imprezę? Poziom umiejętności piłkarzy jest żenujący. Lekkoatletyka istnieje tysiące lat, stadion na mistrzostwach w Berlinie był pełen. Ludzie chcą oglądać lekkoatletykę. Chodzą na żużel, bo tam się stale coś dzieje, przychodzą na siatkówkę, bo to piękne widowisko i jesteśmy w nim głównymi aktorami, z głębią, bo przecież ostatnie mistrzostwo Europy siatkarze zdobyli bez gwiazd. Przychodziliby też na lekkoatletykę, tylko nie mają jej w Polsce.

Piłka nożna potrafiła stworzyć małe boiska. Może to jest właśnie powrót do korzeni, budowa bazy, o której pan mówił.

- Niestety, doświadczenie mnie uczy, że wokół orlika powstanie zaraz jakaś grupa, która nie pozwoli, aby jakieś "gnojstwo" niszczyło sztuczną trawę. Wie pan, "wysiłkiem społecznym wybudowaliśmy boisko, i wara od niego". Jestem pesymistą.

Jest pan współwłaścicielem Gymnasionu, więc pewnie orientuje się pan, że być może problem jest głębszy. Czy Polacy w ogóle lubią sport?

- Fakt, że chyba do sportu jeszcze nie dorośliśmy. Jeśli zaledwie dwa procent społeczeństwa jest zainteresowane aktywnością sportową, to jesteśmy mniej więcej dziesięciokrotnie gorsi pod tym względem od Czechów i Słowaków, nie mówiąc o innych usportowionych narodach.

Winny jest kryzys połowy lat 80. Tam są źródła tego, co się dzieje w kulturze fizycznej teraz. Trzy godziny WF w szkole, cztery godziny WF? Jakie ma to znaczenie, jak do dyspozycji jest ta sama ciemna salka gimnastyczna wybudowana w 1966 roku na tysiąclecie. Dajmy siedem godzin na WF, a i tak nie zrealizujemy porządnej jednej.

Mało tego, teraz rodzicami są ludzie, którzy dojrzewali właśnie w tamtych ciemnych latach 80. Jakie mają nawyki? I przekazują te braki swoim dzieciom.



Jacek Wszoła broni lekkoatletyki przed piłką nożną »