Siatkówka. Świąteczny przepis na Gruszkę

15-letni "Długolec" chciał zostać prawnikiem, "Pipen" - handlowcem. "Zeb" rozbijał się na motorze, a "Rucy" jeździł na rolkach. "Kuraś" płakał przez problemy z koordynacją. "Guma" wpadał w pokrzywy, a "Grucha"? Mógł zostać filatelistą, gdyby nie... rodzice. W tym roku wszyscy zagrali razem w siatkówkę. I zdobyli złoty medal mistrzostw Europy
Ignaczak oszołomiony wynikami w Lidze Mistrzów »

O przepis na największy w kończącym się roku sportowy sukces zapytaliśmy pierwszych trenerów naszych siatkarskich sław. Okazuje się, że za słodkim smakiem zwycięstwa kryją się nie tylko krople potu i łez, lecz także tran i pokrzywy. Zapraszamy do siatkarskiej kuchni pełnej niespodzianek.

Odliczanie

Bez pracy nie ma kołaczy - dobrze wie o tym Marcin Możdżonek, reprezentacyjny środkowy, który przygodę z siatkówką zaczął późno, w wieku 15 lat. Do młodzieżowej drużyny AZS-u Olsztyn, prowadzonej przez Danutę Pszczółkowską, trafił bardziej marząc o karierze prawnika niż siatkarza. Zespół tworzyli chłopcy, którzy grali razem już od czterech lat. Dlatego 198-centymetrowy "Długolec" na pierwszych treningach zamiast ćwiczyć z kolegami, samotnie odbijał piłkę o ścianę. - Marcin szybko się jednak rozwijał, był bardzo pracowity. Proszę sobie wyobrazić, że już po ośmiu miesiącach wchodził na boisko i pomagał zespołowi. Zawsze robił wszystko, o co się go poprosiło. Aż do przesady - mówi pani trener. Pszczółkowska dzieli się z nami anegdotą z finałów mistrzostw Polski młodzików w Będzinie. - Wpuszczam go na zagrywkę i mówię: "Marcin, wchodzisz, uspokój się, policz sobie do trzech i zaserwuj". I co robi Marcin? Wchodzi, staje na zagrywce i po chwili cała sala słyszy: raz, dwa, trzy... - wspomina.

Drugi z reprezentacyjnych środkowych, Piotr Nowakowski, też trafił do siatkówki bardzo późno. - "Pipen" przyszedł do Wrzosu Międzyborów w szóstej klasie podstawówki. Miał to nieszczęście, że był jedyny w roczniku, więc nie miał z kim ćwiczyć. - Poradziliśmy mu, żeby zaczął trenować w Warszawie, w KS Metro - opowiada pierwszy trener Nowakowskiego Jacek Olenderek. - Jak go zobaczyłem, powiedziałem: "oho, to będzie drugi Arek Gołaś". I chyba niewiele się pomyliłem? Gdy do nas trafił, chodził już do liceum w Milanówku. Ileż musiał mieć samozaparcia, skoro niemal codziennie jeździł pociągiem z Milanówka do Warszawy na trening, a potem jeszcze wracał do Międzyborowa - mówi trener KS Metro Wojciech Szczucki. - Do tego Piotrek świetnie się uczył, chciał nawet iść na SGH - chwali go szkoleniowiec. Na koniec liceum Nowakowski dostał statuetkę dla najlepszego ucznia-sportowca z wygrawerowaną dedykacją: "Dobrze, że pokochałeś siatkówkę, a ona pokochała Ciebie". "Pipi" (jego druga ksywa) miał jednak pewną słabość. - No, pieścił się czasem. Jak go rączka bolała, to nie zaciskał zębów, tylko mówił: "trenerze, nie gram". A jak go kiedyś wystawiłem na rozegraniu, to pytał: "A po co mi to?". Na szczęście się zmienił - mówi Olenderek.

Pokrzywy i tran

Swoimi ścieżkami jak nikt inny chadzać lubił rozgrywający i kapitan kadry Paweł Zagumny. - Od dziecka robił wszystko inaczej niż pozostali. Ja planowałem jakieś zadania siłowe, a on skakał koło mnie i mówił: "Trenerze, może małe gierki byśmy zrobili? Jakieś debelki, co? Dawno nie było...". Wiedział, że w tym jest dobry. A jak był nie daj Boże trening wytrzymałościowy, to miał kłopoty. Na obozie w Stręgielku na Mazurach zarządziłem kilkukilometrowy bieg. Wypuściłem wszystkich i czekałem na mecie aż wrócą. "Guma" postanowił ułatwić sobie życie, wybierając drogę na skróty, przez las. Tak skrócił, że zaczęliśmy się martwić: "Gdzie on jest? Zemdlał? Umarł?". Wreszcie Paweł przychodzi, wściekły jak diabli i cały w bąblach. W lesie trafił na małe jeziorko, wokół którego były bagna i pokrzywy! - wspomina jego pierwszy trener z klubu MDK Warszawa Krzysztof Zimnicki.

U podstaw sukcesu jednych leżą pokrzywy, innych - tran. Namiętnie łykał go Michał Ruciak. - "Rucy" od małego był bardzo sprawny. Godzinami jeździł na rolkach, w mig nauczyłem go pływać. W siatkówce czarował techniką, ale był bardzo niski. Bał się, że wzrost uniemożliwi mu karierę. W ósmej klasie, kiedy miał dopiero 181 centymetrów, radził się mnie, co powinien zrobić, żeby urosnąć - opowiada Zdzisław Gogol, pierwszy trener Ruciaka z Maratonu Świnoujście. - Wtedy z jego mamą wpadliśmy na pomysł, żeby zaczął pić tran. Wiadomo, że raczej się od tego nie rośnie, ale zdrowiu na pewno ten niesmaczny specyfik pomaga. Michał zaczął go pić akurat w okresie, kiedy dojrzewał. No, i w ciągu roku urósł prawie 10 centymetrów. Potem bardzo dziękował. A ja od tej pory wszystkim młodym siatkarzom, którzy martwią się, że są za niscy, mówię: "Ruciak był niski, ale przez rok poszedł do góry o 10 cm, bo pił tran". I ci młodzi zawodnicy robią to samo. Często po cichu, nie zdradzając sekretu rówieśnikom - śmieje się.

Kibice wspierają Dawida Murka »

Kałuże łez

Paweł Woicki, drugi rozgrywający w drużynie złotych medalistów i jej najniższy siatkarz (182 cm), tranu nie zażywał. I może dlatego nie urósł. Nie wiadomo, kiedy w ogóle miał czas na posiłki, bo ciągle grał. - Miałem dwóch rozgrywających: jednym był "Wujek", drugim - Piotr Milczarek [obecnie Politechnika Warszawa]. Raz grał jeden, raz drugi, ale częściej "Wujek", który zgarniał wszystkie możliwe nagrody dla "sypaczy" w swojej kategorii wiekowej. Kiedyś, przed turniejem w Rawie Mazowieckiej, Paweł mówi, że nie może jechać, bo ma wesele w rodzinie. Ja na to: "Pawciu, nie ma problemu, Milczarek sobie zagra". Kilka dni później przyjeżdżamy do Rawy, patrzymy, a tam stoi "Wujek". A po turnieju pojechał do Łodzi na poprawiny - opowiada pierwszy trener Woickiego z Lechii Tomaszów Mazowiecki Krzysztof Filipowicz.

Woicki nigdy nie odpuszczał. - Zagrałem z nim kiedyś w piłkę ręczną. Psychicznie wytrzymałem tylko 10 minut. To było zbyt brutalne - śmieje się Filipowicz.

Ostrą rywalizację lubi też Zbigniew Bartman, podobnie jak Nowakowski wychowanek trenera Szczuckiego. - "Zeb" nie był delikatnym chłopcem. Idealnie pasuje do niego słowo "wybuchowy". Raz, przed zawodami w siatkówce plażowej, rozbił się na motorze i chodził z kołnierzem na szyi. Często łamał regulaminy ciszy nocnej na obozach i przeżył parę "ścieżek zdrowia". Pamiętam, jak grał jeden na jeden z Bartkiem Jajszczakiem [dziś siatkarz BBTS Bielsko-Biała] i nie mogli się dogadać, jaki był wynik. Był płacz, iskry w oczach, ale żaden nie chciał ustąpić. Kazałem im na schłodzenie głów robić fikołki. Liczyłem, że któryś zmięknie i wreszcie poznam wynik. Przerwałem, gdy obaj wykonali po jakieś sto przewrotów. Nie chciało mi się stać nad nimi do rana - wspomina trener KS Metro.

Zanim został złotym medalistą mistrzostw Europy, kałużę łez wylał też najlepszy ostatnio przyjmujący reprezentacji Bartosz Kurek. - Palacz nieraz dał mu popalić - śmieje się pierwszy trener "Kurasia" Roman Palacz z AZS-u Nysa. - Ze względu na warunki fizyczne Bartosz miał problemy z koordynacją. Przez to czasami nie radził sobie w niektórych ćwiczeniach. Ale pracowaliśmy nad tym. A muszę powiedzieć, że byłem trenerem rygorystycznym. Czasami ostro go traktowałem, oczywiście dla jego dobra. Mamy za sobą kilka mocnych rozmów, podczas których leciały mu łezki. Jednak nigdy się nie obrażał i myślę, że te pouczanki przyniosły efekt - opowiada Palacz.

Wszystko w rodzinie

Kurek, podobnie jak Zagumny, od dziecka był zaprogramowany na siatkówkę. Obaj mieli przetartą ścieżkę przez ojców. Tata "Kurasia", Adam Kurek, reprezentował Polskę na mistrzostwach Europy w 1993 roku. Ojciec "Gumy", Lech, trzy razy zdobył mistrzostwo Polski z Legią Warszawa. Bartmana na pierwszy trening też przyprowadził ojciec - Leon. Tata Możdżonka, oddając chłopca w ręce Pszczółkowskiej powiedział, że chce mieć w przyszłości mistrza świata. Nie inaczej było z najlepszym siatkarzem mistrzostw Europy - Piotrem Gruszką. - Ojciec Piotrka był siatkarzem, mama lekkoatletką, więc w duchu sportowym był wychowywany od małego. Może Piotrek potajemnie zbierał znaczki, ale od początku było wiadomo, że zostanie siatkarzem. W jego domu wszyscy żyli sportem. W ogóle to wspaniała rodzina, wspiera się od zawsze, rodzice chodzą na mecze Piotrka. Jak się ma poukładane w domu, to łatwiej jest o wyniki. W każdej dziedzinie życia - zdradza tajemnicę sukcesu swojego podopiecznego Andrzej Pietrzyk, pierwszy trener "Gruchy" z TS Hejnał Kęty.

Co o swoim powrocie myśli Michał Winiarski? »