Przed Vancouver 2010. Justyna Kowalczyk: Rozmawiam z nartkami

Te do klasyka pięknie mnie słuchają. Te od łyżwy są bardziej krnąbrne, ale i z nimi dojdę do ładu - mówi Sport.pl najlepsza biegaczka narciarska świata w roku 2009 Justyna Kowalczyk
Zdobyła dwa złote i jeden brązowy medal mistrzostw świata w Libercu. Triumfowała w klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, dostała małą Kryształową Kulę za biegi na dystansach. W ostatni weekend skończyła ten rok drugim i pierwszym miejscem w słoweńskiej Rogli. W klasyfikacji generalnej nowego Pucharu Świata jest druga, za Norweżką Marit Bjoergen. Teraz ma wolne, ale już w sobotę wyjeżdża do niemieckiego Oberhofu na Tour de Ski.

Robert Błoński: Każdy pani kolejny sezon jest lepszy. Po tym ostatnim wydawało się, że do poprawy jest niewiele. Tymczasem, jak nigdy wcześniej, wygrała pani dwa starty PŚ w listopadzie i grudniu. Triumfowała pani w sprincie, który nigdy nie był pani ulubionym.

Justyna Kowalczyk: A na 15 km wygrywałam dotąd tylko biegi łączone [7,5 km techniką klasyczną plus 7,5 dowolną]. Fajnie, że to wszystko się udało. W oba zwycięskich startach biegłam klasykiem, w którym obecnie jestem tak mocna, że mogę walczyć na każdym dystansie. Z Rogli wywiozłam niemal same dobre wspomnienia, ale radość miesza się z niedosytem, bo powinnam wygrać również sobotni sprint. Popełniłam błąd, i to wcale nie na zjeździe kilkaset metrów przed metą, ale na ostatnich 300 m. Wtedy dogoniłam Bjoergen, wyprzedziłam ją, ale... źle pobiegłam. Powinnam użyć innego rodzaju kroku, straciłam impet i Norweżka mnie minęła. Trochę spanikowałam i z tego wyniknęła moja pomyłka.

Spodziewała się pani tak dobrego weekendu w Rogli?

- Zdawałam sobie sprawę, że jeśli zdrowie pozwoli i narty pojadą jak trzeba, to będę bardzo wysoko. Tym bardziej, że startowaliśmy na dużej wysokości i przy kilkunastostopniowym mrozie. To są moje "warunki" do dobrego biegania. Dlatego w niedzielę wygrałam, a w sobotę tylko przez pomyłkę byłam druga.

Co to znaczy, że mróz i wysokość to pani atuty?

- Jestem strasznym zmarźluchem, nie cierpię, kiedy jest mi zimno. Ale Justyna Kowalczyk to przekorna dziewczyna. Dlatego sprawdza się, kiedy jest zimno albo kiedy startuje na dużych wysokościach. A jeśli te dwie rzeczy zejdą się, jak w Rogli, to jest rewelacja. Nie wiem, z czego to wynika. Skandynawki albo Rosjanki powinny lepiej spisywać się w zimnie. Są przyzwyczajone do mrozów. Nie wiem też, co z tym bieganiem na wysokościach. Przecież nie mieszkam w wysokich górach, nie jestem wychudzona, a w bieganiu na wysokości ważna jest lekka waga. Mam po prostu talent do biegania (śmiech).

Jak pani podsumuje starty w listopadzie i grudniu?

- Dwa, no, prawie trzy zwycięstwa przed Bożym Narodzeniem nie zdarzyły mi się wcześniej, i to jest powód do radości. Łyżwą biegam trochę gorzej, ale chyba więcej w tym przypadku niż mojej słabości. Początek jest dobry, ale do ideału daleko. Sporo rzeczy musimy doszlifować, wielu się nie uda. Ale, jak widać, można biegać z niedoskonałościami.

Galeria Justyny Kowalczyk. Żeby obejrzeć kliknij zdjęcie




Trener już w niedzielę powiedział, że to nie jest pani szczyt formy.

- Ma rację. On stoi z boku i widzi, czy biegnę w torach, czy ruszam się po śniegu jak ratrak. Dla mnie wyznacznikiem braku najwyższego pułapu dyspozycji jest to, jak czułam się w poniedziałek. Mówiłam: "Trenerze, już nigdy nie chcę wygrywać w grudniu". Tak wyczerpana i wymęczona dawno już nie byłam. Za ambitnie podeszłam do niedzielnego biegu. Będąc w wysokiej formie, też mogłabym "wyjechać" organizm, ale następnego dnia przyszłaby świeżość i znów mogłabym biec. W ten poniedziałek nie dałabym rady. Niech tylko nikt nie zrozumie, że próbuję wmówić, iż Kowalczyk jest bez formy. Tak nie powiem, bo nie mam takiego tupetu (śmiech). Do najwyższej dyspozycji jednak muszę jeszcze trochę dobiec.

Jest pani zaskoczona układem sił na początku? Norweżka Bjoergen, Finka Aino-Kaisa Saarinen, Rosjanka Irina Chazowa, Słowenka Petra Majdić są w czołówce PŚ. Zagubiła się Virpi Kuitunen.

- Jest bardzo równo. Ja i Marit wygrałyśmy po dwa biegi. W pozostałych triumfował kto inny. Chazowa wróciła po dyskwalifikacji i może trochę za szybko zaczęła wygrywać, dlatego trenerzy wycofali ją ze startów, żeby stępić formę i przygotować na igrzyska. Virpi słabo biega łyżwą od dwóch lat, ale spodziewałam się, że klasykiem będzie lepsza. Może szykuje coś na igrzyska? Gorzej niż oczekiwałam biegają Majdić i Saarinen. To samo Johaug.

W Rogli, w biegu na 15 km Saarinen zabiegła drogę Majdić. Słowenka się przewróciła i straciła szanse na podium.

- Finka została zdyskwalifikowana i straciła punkty. Saarinen to sympatyczna dziewczyna, ale bardzo ambitna. Na trasie nie zważa na nic, skacze z toru w tor jak ogłupiała. Mnie, w tamtym roku, też zabiegła drogę, ale uniknęłam upadku. Mam nadzieję, że się trochę opamięta, bo w Rogli zachowała się po chamsku. Ale jestem pewna, że nie zrobiła tego specjalnie. Chciała się ze mną ścigać.

Po udanym początku sezonu czeka pani na igrzyska z większym spokojem?

- Nie wybiegam myślami do Vancouver. Czasem tylko miewam koszmary z nimi związane. Jak sobie przypomnę te płaskie trasy... Zostało półtora miesiąca i wszystko może się zmienić. W klasyku na moją niekorzyść, w łyżwie - na korzyść. Nerwy nie mają sensu. Plan przygotowań mamy elastyczny. Jestem zgłoszona do każdego startu, ale gdyby stało się coś wymagającego reakcji, np. - odpukać - rozchoruję się - nie zawahamy się zmienić planów.

Na Tour de Ski jedzie pani już w drugi dzień świąt. Czy do domu wróci pani dopiero po sezonie?

- Bardzo możliwe. Jeśli się uda, może po igrzyskach przyjadę do Kasiny na jeden dzień. Jeśli jednak będę wysoko w PŚ, to bezpośrednio z Kanady polecimy do Lahti na kolejne biegi. Trzeba będzie walczyć.

Święta to czas na odpoczynek od nart?

- Niestety. Będzie to przerwa wymuszona. Denerwuje mnie, że w okolicy nie ma trasy i nie będę mogła przypiąć nartek. Ja przecież kocham na nich biegać i wcale nie musimy od siebie odpoczywać. Zostają mi treningi w siłowni, bieganie i trenażery. Odpocznę za to psychicznie, mam nadzieję, że ludzie nie będą mnie szarpać na lewo i prawo. Szkoda mi tych nart, bo czuję, że to moment, w którym powinnam być z nimi jak najdłużej. Z nartkami trzeba rozmawiać, żeby potem z odpowiednią prędkością wiozły mnie tam gdzie trzeba.

Chwaliła je pani ostatnio?

- Z klasycznymi dogaduję się doskonale. Te od łyżwy nie chcą mnie słuchać, ale i na nie znajdę sposób.

Przed Vancouver 2010 Justyna Kowalczyk » klasycznie najlepsza