Przed zjazdem PZPN: Zamieni stryjek siekierkę na kijek?

Zaledwie rok po przyjściu nowego prezesa atmosfera wokół PZPN jest tak duszna, że znów może dojść do wyborów. W przededniu fety z okazji 90-lecia związku mówi się wyłącznie o buncie. Jeśli jednak ktoś ma nadzieję, że od niedzieli polska piłka będzie już wzorcowa - grubo się myli - pisze Jacek Sarzało z ?Gazety Wyborczej?.
Przed rokiem zmiany na szczytach wszyscy chcieli odbierać jak niezbędny przełom. W powszechnym odczuciu przyrosły od dziewięciu lat do prezesowskiego stołka Michał Listkiewicz był winowajcą, pod którego rządami miała miejsce w polskiej piłce niespotykana w skali światowej korupcja. Został jednoosobowym symbolem odpowiedzialności za zło, musiał odejść - i odszedł. Po nim miało być już tylko lepiej.

Lato: zjazd mnie nie odwoła, będę prezesem PZPN 4 lata
Nie jest lepiej. 13 spośród 18 członków nowego zarządu było w nim wcześniej, a jeśli brać pod uwagę wyłącznie prezesa i wiceprezesów - ten odsetek był jeszcze większy: pięciu z sześciu. Wśród nich oczywiście prezes Grzegorz Lato i jego śląskie szare eminencje - Rudolf Bugdoł i Antoni Piechniczek.

Nic więc dziwnego, że niewzruszony został również kombatancko-kolesiowski układ. - PZPN nie jest w stanie zreformować się od wewnątrz - od razu przewidywał Robert Zawłocki, były kurator, zaciekły wróg związku. Zwłaszcza że PZPN nie boi się nikogo. Doskonale wie, że polski rząd, razem z którym organizuje Euro 2012, nie będzie ryzykował, czyli ingerował.

Pewnie dlatego związek pod zawiadowcą Latą tradycyjnie popełniał gafę za gafą, a na światło dzienne zaczęły wychodzić kolejne bulwersujące fakty. Od postawienia zarzutów korupcyjnych Henrykowi K. z zarządu, przez gigantyczną podwyżkę dla prezesa, którego zarobki przekroczyły rocznie pół miliona złotych, oraz ujawnienie faktu, że 30 proc. budżetu zjada administracja i koszty stałe, aż do upublicznienia informacji, że społeczni działacze PZPN-owskiej wierchuszki biorą po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie za tzw. doradztwo. Rok po wyborach członek zarządu Jacek Masiota stwierdził wprost: - Utrzymywanie niewydolnego systemu zarządzania powstałego jeszcze w czasach PRL uważam za największy błąd Grzegorza Laty.

- Oni mnie wszyscy rąbią. Na pieniądzach i ideach - gorzko ocenił niedawno związkową centralę w wywiadzie dla "Gazety" Stanisław Syguła, lokalny działacz i sponsor spod Łodzi.

Lato i jego ferajna nie przewidzieli jednak jednego - że fali obywatelskiej niezgody na kompletny brak profesjonalizmu w kierowaniu najpopularniejszą dyscypliną sportu nie da się już zatrzymać. Zaczęto otwarcie mówić o potrzebie reform, nawoływano do bojkotu meczów reprezentacji, by uświadomić związkowym elitom, że są wrogami większości Polaków.

Lato: zjazd mnie nie odwoła, będę prezesem PZPN 4 lata


Prawdopodobnie ów społeczny bunt stał się dla grupy działaczy okazją do zawiązania opozycji. Kieruje nią Kazimierz Greń, były... szef kampanii wyborczej Laty, jeszcze niedawno beneficjent prezsowskiej szczodrości w obdzielaniu synekurami zasłużonych towarzyszy broni. Dziś Greń przekonuje, że Lato go zawiódł, bo miał reformować związek, a tego nie robi.

Głównym jego pomocnikiem - niektórzy twierdzą wręcz, że ukrytym liderem - jest Andrzej Padewski z od początku opozycyjnego wobec prezesa Dolnośląskiego ZPN. On sam odżegnuje się od skojarzeń z Grzegorzem Schetyną i w ogóle od upolitycznienia rebelii. Nie zaprzecza jednak, że bierze w niej udział. Przyznaje, że jest twórcą chytrego pomysłu, by do związku wprowadzić kuratora, ale wybranego spośród własnego, związkowego grona - który to ruch nie naraziłby polskiego futbolu na retorsje międzynarodowych władz. Wiadomo, że koło grupy kręci się Tomasz Jagodziński, również od lat związkowy działacz, rywal Laty w ubiegłorocznych wyborach prezesa (minuty przed głosowaniem się wycofał). Wśród buntowników nie ma więc ani jednego nazwiska, które mogłoby stać się symbolem odnowy.

Strony organizują potajemne spotkania, wyszarpują sobie nawzajem każdego spośród 116 delegatów, najprawdopodobniej mamiąc ich obietnicami pozjazdowych łupów. Najnowszym ruchem rkoszan jest doniesienie do prokuratury, by zbadała umowę z firmą Sportfive, która już za kadencji Laty kupiła na dziesięć lat komplet związkowych praw marketingowych i telewizyjnych.

Języczkiem u wagi ma być sposób głosowania nad wnioskiem o absolutorium dla członków zarządu - pierwszym krokiem niezbędnym do ewentualnej zmiany władz. Jeśli będzie tajne, dzisiejszy establishment PZPN rzeczywiście może się ponoć przewrócić.

Jeśli jednak ktoś ma nadzieję, że od niedzieli polska piłka będzie już wzorcowa - grubo się myli. PZPN wymaga zmiany fundamentalnej, a nie walk frakcyjnych, po których inna ekipa - wybrana spśród tych samych ludzi - będzie konserwować stary układ.

Nawet jeżeli rokoszanie w niedziele wygrają, prezesem PZPN nie zostanie menedżer, a związek nie zacznie nagle działać jak choćby UEFA. Europejska organizacja - mimo wszystkich do niej zastrzeżeń - w porównaniu z córką z Polski zbudowana jest modelowo. Zatrudnia niespełna sto osób (czyli tylko dwa razy tyle, ile w PZPN jest samych wydziałów i komisji, w niejednym wydziale jest ponad 20 nazwisk), najważniejsze są raptem dwa departamenty, a całość koordynuje jeden człowiek - dyrektor generalny.

Zjazd rozpoczyna się o godz. 11. Już pierwsze głosowanie - na przewodniczącego zjazdu - może wiele wyjaśnić. Jeśli delegaci przegłosują kandydata zaproponowanego przez ekipę prezesa - prawdopodobnie już wtedy będzie jasne, że w PZPN nic się nie zmieni. Jeśli przejdzie reprezentant opozycji - może to być sygnał, że PZPN wyjdzie ze zjazdu nowy. Czyli taki, w którym nic się nie zmieni. - To są wciąż ci sami ludzie. Dożywotni działacze - mówi Zawłocki.