Serie A. Weekend sensacji, depresja Juve

Inter zaledwie zremisował 1:1 z broniącą się przed spadkiem Atalantą, ale powiększył przewagę. Sensacyjnie przegrali wszyscy pozostali uczestnicy Ligi Mistrzów - Milan, Juventus i Fiorentina
Lider błyskawicznie objął prowadzenie, by natychmiast postawić na swoją ulubioną taktykę - grę znaczoną minimalizmem, zorientowaną na spokojne utrzymywanie wyniku. Tym razem się nie udało. Także dlatego, że za dwie żółte kartki z boiska wyrzucony został Wesley Sneijder, który asystował przy golu Diego Milito.

Mediolańczykom na wpadki pozwalają konkurenci. Obu najpoważniejszych prowadzą młodzi, niedoświadczeni trenerzy, którzy nie umieją wymóc na piłkarzach konsekwentnego ciułania punktów. W niedzielę Milan uległ Palermo 0:2, ale akurat drużyna Leonardo przeżywała ostatnio świetny okres. Depresja dotknęła Juventus pokonany w sobotę w Bari.

Turyńskie nieszczęście zaczęło się w Barcelonie, na imię miało Josep, na nazwisko Guardiola. Fenomenalny start w dorosłym futbolu trenerskiego żółtodzioba z Katalonii uwiódł szefów Juve, którzy postanowili, że ich drużynę do sukcesu też poprowadzi były wielki piłkarz - Ciro Ferrara.

Niestety, działacze przeoczyli kilka drobiazgów. Guardiola przejmował grupę niemal skończoną i młodą zarazem, doskonale jeszcze pamiętającą triumf w Lidze Mistrzów z 2006 roku, wymagającą tylko transferowych korekt wymuszonych wieczną niesubordynacją Ronaldinho. Przejmował grupę wcielającą w życie ideę futbolu, którą sam pamiętał z boiska, która w żadnym razie nie potrzebowała radykalnych zmian. Dostał wreszcie awans w strukturze pełnej świetnych znawców piłki i miał ich pełne wsparcie.

Ferrara przejmował grupę wołającą o zmiany i podstarzałą, doskonale pamiętającą rozpad po aferze Calciopoli, wymagającą transferów kreujących nowych przywódców. Grupę pełną graczy w schyłkowym momencie kariery i/lub schorowanych, ewentualnie słabujących w Serie A (Cannavaro, del Piero, Leggrotaglie, Tiago, Trezeguet, Poulsen, Grosso). Grupę, która miała dopiero znaleźć swoją tożsamość.

I dostał Ferrara władzę w strukturze, w której na silne merytoryczne wsparcie nie było szans. Dyrektorem sportowym wciąż był, mimo serii wpadek transferowych, niejaki Alessio Secco, który zaczynał jako klubowy rzecznik prasowy, a jeszcze niedawno, jak wyzłośliwia się "La Repubblica", jego kompetencje ograniczały się do podnoszenia w trakcie meczów tabliczki sygnalizującej zmianę. A prezesem Juve został niedawno Jean-Claude Blanc, osobnik bez przeszłości w futbolu, były organizator Tour de France, tenisowego turnieju Rolanda Garrosa i Rajdu Paryż - Dakar. Kto miałby Ferrarze doradzać, skoro w kadrze zarządzających tylko on rozumie piłkę nożną?

Rozumie jako były piłkarz, doświadczenia w samodzielnej pracy trenerskiej nie miał żadnego. Steruje szatnią dobraną ruchami chaotycznymi, bez planu ogólnego. Nie wymyślił dla drużyny stylu gry, nie umie reagować w trakcie meczów, brakuje mu autorytetu, podwładni go nie słuchają. Juve przytrafiają się mecze lepsze (zwycięskie derby Italii sprzed tygodnia), lecz dominują mecze średnie i słabe. Wciąż nie rozkwitnął talent Sebastiana Giovinco, zawodzą obaj kandydaci na liderów, wzięci latem za 50 mln euro - Felipe Melo ("Juventus potrzebował skrzypiec, a kupił perkusję" - komentuje Arrigo Sacchi) oraz Diego (w niedzielę w Bari przestrzelił rzut karny, "La Gazzetta dello Sport" przyłożyła mu beznadziejną notą 3,5). Europejski poziom zachowują tylko obrońca Giorgio Chiellini oraz Gianluigi Buffon, być może wciąż najlepszy bramkarz świata, bez którego parad Juve byłby dziś poza podium Serie A.

Buffon w ostatniej chwili odłożył od dawna planową operację kolana, by pomóc kolegom w Bari. Nie pomógł, turyńczycy polegli 1:3. A we wtorek dali się wychłostać Bayernowi (1:4), zaliczając - zdaniem samych Włochów - swój absolutnie najgorszy występ w Lidze Mistrzów. Od tamtejszych ekspertów wciąż słychać, że nigdy wcześniej nie widziano Juventusu tak ustępliwego, bojaźliwego, bezbarwnego.

Działacze oddali drużynę w ręce nowicjusza w oczekiwaniu na selekcjonera "Squadra Azzurra" Marcello Lippiego, o czym Ferrara niejednokrotnie słyszał i od czego komfortu w pracy zapewne mu nie przybywało. Jego przełożeni zadbali, by uczył się wielkiego futbolu w okolicznościach wybitnie niesprzyjających. Uczy się na błędach własnych i cudzych, płaci za nie cały Juventus. Teraz nie będzie już ich naprawiał nawet Buffon. Po niedzielnej operacji kolana wróci na boisko w końcu stycznia.