Liga włoska. Derby niezwykłych zdarzeń

Wicemistrz Juventus wygrywa z mistrzem 2:1. Inter pokonany, José Mourinho wyrzucony na trybuny, coraz bliżej szczytu tabeli Milan, który w pół godziny znokautował Sampdorię
tak relacjonowaliśmy Derby Italii na żywo »

Jeśli założyć, że klasyki służą głównie temu, by stadion kipiał od emocji, a przeładowani adrenaliną piłkarze i trenerzy tracili głowy, to sobotni mecz Juventusu z Interem był klasykiem doskonałym. Obfitującym i w ostre spięcia, i incydenty osobliwe, a zarazem piłkarsko przeciętnym.

Pierwszego straconego gola bramkarz Interu Julio Cesar, wybitny przedstawiciel fachu, komentował westchnieniem, że ostatnio wciąż puszcza bramki w dziwacznych okolicznościach. Tym razem zmylił go kolega z drużyny Lucio, a gazety i telewizja jeszcze w niedzielę nie ustaliły, czy zapisać mu samobója, czy jednak przyznać bramkę obrońcy Juve Chielliniemu. Jeszcze inny

problem miał Mourinho.

Protestować zaczął, jeszcze zanim padł gol. Uznał, że arbiter niesłusznie odgwizdał rzut wolny dla rywali. Uznał w sposób ostentacyjny, zaczął bić brawo, o czym swojego kolegę poinformował czwarty sędzia. A ten wyjął czerwoną kartkę. Mijała dopiero 20. minuta gry.

Portugalski trener nie zszedł do szatni, stanął kilkanaście metrów od boiska, od którego odgradzały go zamknięte drzwi w ścianie z pleksiglasu, ale widowisko i tak ubyło. Pantomimę Mourinho można śledzić jako osobny monodram - gestykuluje z przesadą a la Rudolf Valentino, osobiście dyryguje każdym kontratakiem, ustawia piłkarzy przed rzutem wolnym Juventusu etc. Wywołuje wątpliwości, czy aby na pewno wystarcza mu brylowanie przed meczem i po nim. Ale z dala od ławki już nie szalał.

Drużyny nie przygotował dobrze. Inter głównie czekał na to, co się wydarzy, nie umiał nacierać z fantazją, wyrównał dzięki kardynalnemu błędowi turyńskiej defensywy, która pozostawiła kompletnie osamotnionego w polu karnym Samuela Eto'o. A Kameruńczyk tym się wyróżnia wśród wybitnych napastników, że w najważniejszych meczach do siatki trafia niemal zawsze.

Mecz toczył się w niezbyt szybkim tempie, jakby potworne emocje - nie zawsze zdrowe - skrępowały piłkarzy. Kiedy autokar gości zajechał pod stadion, powitały go fruwające jajka i chóralne wulgaryzmy. Witali tubylcy, których na stadionie zasiada chyba wręcz mniejszość - niełatwo spotkać tam turyńczyka (w mieście popularniejsze jest Torino), zjeżdżają się natomiast kibice z najdalszych regionów kraju.

Wulgaryzmy, wymierzone przede wszystkim w napastnika Mario Balotellego, brzmiały także w trakcie gry, choć całe Włochy, łącznie z piłkarzami i działaczami Juve, od tygodnia apelowały, by zostawić prześladowanego na stadionach piłkarza w spokoju. Gospodarze próbowali zagłuszyć trybuny jazgotem z głośników - zdaniem stałych bywalców Stadio Olimpico rekordowo głośnym. Ale najgoręcej zrobiło się wtedy, gdy wyrzucony z ławki Mourinho stanął nieopodal turyńskiego sektora - wściekły tłum przepłynął w jego kierunku, odpowiedzialni za bezpieczeństwo mówili potem, jak bardzo się obawiali, że barierki nie wytrzymają.

Temperaturę podnosiły też incydenty boiskowe. Słabo gwizdał sędzia Saccani - nie podyktował rzutu karnego dla gości i w ogóle często się mylił. Turyński pomocnik Felipe Melo został wydalony do szatni za uderzenie łokciem Balotellego, po którym ten ostatni padł na trawę i długo się zwijał, symulując ciężką kontuzję. W końcówce wybuchła niemal regularna bójka z bardzo aktywnym udziałem uchodzącego za wzór sportowej postawy Gianluigiego Buffona i wtargnięciem na murawę chyba każdego z siedzących na obu ławkach rezerwowych. Wszystko przy rozbłyskującym przez 90 min haśle "fair play" na tablicy świetlnej.

Juventus prowadził już wówczas 2:1, bowiem w derbach bywało też ładnie. Bohaterem został niespodziewanie człowiek z cienia - młody pomocnik Claudio Marchisio. Decydującego gola strzelił - a wcześniej udanie dryblował - po uprzedniej utracie równowagi, niemal padając. Pokazał klasę.

Zanim puściły mu nerwy, z klasą zachował się też bramkarz gospodarzy. Zawołał sędziego, przyznał się, że dotknął piłki ręką, i wymusił zmianę decyzji, dzięki czemu Inter mógł wykonać rzut rożny. Arbiter aż podbiegł Buffonowi podziękować. Czy Włoch zareagowałby identycznie, gdyby stawka była wyższa, np. rzut karny dla przeciwnika?

Ale oryginalnością przebił wszystkich jak zwykle Mourinho. Przy niekorzystnym wyniku zaordynował zmiany, po których miał na boisku kwartet graczy wybitnie ofensywnych (Eto'o, Milito, Balotelli, Mancini), a w końcówce puścił między nich jeszcze Marco Materazziego, nakazując

obrońcy grać w ataku.

To stary manewr Portugalczyka stosowany już w londyńskiej Chelsea. Tam Mourinho, gdy potrzebował frontalnego natarcia, rzucał do pomocy napastnikom innego defensora - Niemca Roberta Hutha. Teraz swoim ruchem zdradził, że z dala od boiska wciąż steruje zespołem.

Materazzi lidera nie ocalił, nie ma nawet pewności, czy w ogóle dotknął piłki. Rozjuszony Mourinho uciekł od mikrofonów, nie powiedział po meczu ani słowa. Jego piłkarze uspokajali, że wciąż mają cztery punkty przewagi nad Milanem i pięć nad Juventusem. A mogli jeszcze dodać, że na finiszu rundy jesiennej sprzyja im kalendarz - zmierzą się już wyłącznie z przeciwnikami z dołu tabeli.

Wstający z martwych po dwóch porażkach (z Bordeaux w Lidze Mistrzów i Cagliari w Serie A) turyńczycy obiecywali jednak, że w najgorszym razie walka o tytuł potrwa do ostatniej kolejki. Tylko rozanielony trener Ciro Ferrara stwierdził, że największą przyjemność sprawił mu pomeczowy uścisk dłoni Mourinho.

W siódmym niebie są też piłkarze Milanu, którzy przed derbami rozegrali najlepszy mecz jesieni, rozbijając 3:0 szturmującą podium Sampdorię. Znów zachwycał, zanim zszedł z kontuzją, Ronaldinho, zachwycała też cała, zorientowana nadzwyczaj ofensywnie drużyna trenera Leonardo. W Serie A nikt nie gra ostatnio lepiej od Milanu.

Mourinho milczy po meczu z Juventusem »