Sport.pl

Adam Małysz: Nikt nie mówi do mnie "kończ, dziadku ze skakaniem"

Jeszcze nikt mi na ulicy nie powiedział: "Kończ, dziadku, ze skakaniem i ustąp miejsca młodszym". Kibice dziękują za to, co już osiągnąłem - mówi najlepszy polski skoczek, który trzeciego grudnia skończy 32 lata.
Czwartkowymi kwalifikacjami do sobotniego konkursu w Kuusamo miał się rozpocząć sezon 2009/10. Z powodu silnego wiatru zostały jednak przerwane i przeniesione na piątek, na godz. 16.30.

Celem Małysza jest złoto olimpijskie w Vancouver. Z Salt Lake City w 2002 roku wrócił ze srebrem i brązem. W 2006 roku w Turynie był 14. i siódmy. Lutowe igrzyska to jego ostatnia szansa. Tyle że złota jeszcze nigdy nie zdobył skoczek po trzydziestce. Najstarszy mistrz miał 29 lat. Nazywał się Jens Weissflog i był idolem Małysza w dzieciństwie. Kiedy Niemiec kończył karierę, Polak wygrał pierwszy konkurs w życiu - w 1996 roku, w Oslo.

W marcu tego roku konkurs w Lahti wygrał... 39-letni dziś Japończyk Takanobu Okabe. Przed nim najstarszym zwycięzcą konkursu PŚ był inny Japończyk - Noriaki Kasai. W dniu triumfu miał 31 lat, osiem miesięcy i 22 dni.

Po trzydziestce konkursy PŚ wygrywali jeszcze tylko: Weissflog, Fin Janne Ahonen oraz Austriacy Martin Höllwarth i Andreas Felder. Małysz wygrał ostatni konkurs 25 marca 2007 roku w Planicy. Miał wtedy 29 lat, 3 miesiące i 22 dni.

Robert Błoński: Z jakimi oczekiwaniami przystąpił pan do sezonu?

Adam Małysz: Mówiłem i powtórzę jasno: moim celem jest złoto olimpijskie. Całe lato ćwiczyłem z ogromnym zaangażowaniem. Motywację mam ogromną, do ćwiczeń bardzo się przykładałem. W ani jednej chwili nie byłem z siebie zadowolony w stu procentach. Bo gdybym usiadł i powiedział: "No, Adam, wszystko jest w porządku", to jaką bym miał motywację na następne zajęcia?

We wrześniu pauzował pan z powodu kontuzji. Skomplikowała przygotowania?

- Na początku bardzo się wystraszyłem. Zakłuło mnie w brzuchu latem, kiedy poleciałem do Lahti na konsultacje z Hannu Lepistö i niosłem walizkę z autobusu do hotelu. Najgorsze przyszło w trakcie Pucharu Kontynentalnego w Wiśle-Malince na obiekcie im. Adama Małysza. Skakałem z mocno zaciśniętymi zębami, bolało jak diabli. Ale nie mogłem zawieść kibiców. Gdybym zrezygnował, zawiódłbym ich i źle się z tym czuł. Dlatego skakałem, a potem powiedziałem dość.

USG wykazało, że mam naderwany mięsień przyczepu brzucha. Musiałem odpoczywać ponad miesiąc. I tak krótko - piłkarze leczą podobne urazy nawet pół roku. Bezczynność była najgorsza. Nie mogłem dosłownie nic robić. Czasem kłuło nawet, kiedy w łóżku przekręcałem się z boku na bok. Po głowie chodziły różne myśli, uspokajał mnie trener Lepistö. Rozpisał nowe treningi i uprzedził, że na początku sezonu nie wszystko może funkcjonować jak trzeba. Ale dynamit w końcu przyjdzie. Oby w odpowiednim momencie. Nawet nie zastanawiałem się, co po Vancouver. Myślę tylko o igrzyskach.

O medalu?

- Tak, on uczynił ten sezon jednym z najważniejszych w karierze. W moim wieku powoli myśli się już o końcu kariery. Po trzydziestce skaczą tylko Japończycy, teraz wrócił jeszcze Ahonen. Fin też nie ma olimpijskiego złota.

Medalowi w Vancouver podporządkowałem wszystko. Ale w "gazie" byłem w Salt Lake City, a złote medale zgarnął Simon Ammann, który przed igrzyskami miesiąc nie skakał. Każdy krążek sprawi mi w Kanadzie radość, ale złotego jeszcze nie mam. Cóż innego mogłoby być piękniejsze? Medal byłby nagrodą za lata ciężkiej pracy i spełnieniem najskrytszych marzeń. Przygotowania wymagają teraz ode mnie dużo więcej pracy i koncentracji. Młodsi skaczą na większym luzie, starsi są wyeksploatowani. Skoki to ogromne obciążenia, bywało, że lądowałem za daleko i tak miałem naciągnięte mięśnie brzucha, że dwa dni ledwo chodziłem. Teraz, żeby moc była, muszę ćwiczyć więcej niż dziesięć lat temu.

To pana szesnasty sezon w Pucharze Świata.

- Wciąż czuję niesamowity dreszcz emocji. Jestem weteranem, ale fizycznie nie czuję się na swoje 32 lata. Mam świadomość, że w tym sezonie może wydarzyć się coś wyjątkowego. Świetnie, że mogę współpracować z Hannu Lepistö. Fin to wyśmienity trener, zadziwia mnie, że tak potrafił się dopasować do nowych realiów. Skończył 60 lat, a mimo to nadąża za wszystkim, nie stosuje metod sprzed dziesięciu czy 20 lat. Mawia, że trening skoczka jest "ganz einfach", czyli bardzo prosty. Ma rację - chodzi o to, by w nogach było jak najwięcej mocy. I do tego poprawna technika.

Jakieś przeczucia u progu sezonu?

- Od paru lat zawsze lepiej skaczę pod koniec, kiedy inni zaczynają tracić siły. Nie dopada mnie znużenie. Wygląda na to, że im bardziej jestem zmęczony, tym lepiej skaczę. Podczas przygotowań poprawiłem technikę skoku. Mam nadzieję, że zwalczyłem złe nawyki. Sądzę, że znowu będę potrafił przenieść na zawody skoki treningowe. Dotąd nie radziłem sobie ze stresem. Teraz wydaje mi się, że wszystko mam pod lepszą kontrolą. W letniej GP byłem trzeci, choć po ciężkich treningach brakowało świeżości. Sezon zacząłem, skacząc trzynasty od końca. W tym jak najszybciej chciałbym wrócić do dziesiątki.

Poprzedni sezon skończył pan trzema drugimi miejscami w Planicy.

- Tam znowu uwierzyłem, że to nie koniec moich sukcesów. Takich przełomowych momentów, po miesiącach słabego skakania, miałem kilka. Np. będąc bez formy zająłem czwarte miejsce na olimpijskiej skoczni w Whistler. Zła forma nigdy nie trwa u mnie wiecznie, umiem się odradzać. Wielu nie potrafiło. Skocznia w Whistler mi odpowiada, lubię tamtejszy klimat. Czuję się jak w Polsce. Jak wszystko "zagra" i Bozia pomoże... to może być fajnie na olimpiadzie.

Czym pana zaskoczył Lepistö?

- Gdy trenowałem w Finlandii, miałem na zeskoku bezprzewodowy monitor i mogłem obejrzeć skok zaraz po wylądowaniu. Kiedyś znowu przyniósł mi na trening siłowy "specjalne" ubranko, które ważyło pięć kilogramów. Jak je zdjąłem, poczułem się leciutki jak piórko. U Japończyków podpatrzył aparat, który robi tysiąc klatek na sekundę i to w jakości HD. Zawodnik dokładnie potem widzi, co zrobił na skoczni dobrze, a co źle. Związek dał nam pieniądze i mamy już taki aparat. Hannu współpracuje z naukowcami z instytutu w Jyvaskyla, którzy zajmują się wyłącznie skokami. Ostatnie badania przeróżnych parametrów miałem we wrześniu. W porównaniu z Finami wypadłem bardzo dobrze. Następny sprawdzian - przed świętami.

Jesteś gotowy na Vancouver 2010? Sport.pl tak!  »

Ma pan sposób na opanowanie nerwów podczas igrzysk?

- Tak. Być w wysokiej formie. Jeśli jej brak, przeszkadza wszystko. W optymalnej dyspozycji nawet człowiek zdenerwowany leci daleko.

Jak pan znosił samotne treningi?

- Było mi ciężko, szczególnie na początku nie mogłem się przyzwyczaić. Myślałem, że będę się częściej widywał z grupą Łukasza Kruczka, ale często się mijamy. Nie żałuję zmiany, dobrze choć, że są ze mną serwismen Maciek Maciusiak i trener Robert Mateja. Mam przynajmniej z kim pograć w piłkę. Samemu kopać ją o ścianę byłoby trudno.

Na śniegu oddał pan 78 skoków. Dużo czy mało?

- Norma. W latach 90. była teoria, że aby dojść do formy, trzeba więcej niż stu skoków na śniegu. Teraz odchodzi się od tego modelu. Austriacy już kolejny raz miesiąc przed sezonem polecieli do Egiptu. Będą skakać z marszu, po paru treningach w Lillehammer. Szwajcarzy skaczą w Einsiedeln na porcelanie i stamtąd przylecieli na śnieg do Kuusamo. Przerwa między startami na igielicie a sezonem zimowym jest krótka. Skoki na pierwszym śniegu nie są już tak istotne jak kiedyś.

Ktoś zaskoczy wyjątkowym sprzętem?

- Nie sądzę. Przepisy są rygorystyczne, ciężko je nagiąć. Znając jednak życie, Austriacy coś wymyślą. Mają od tego specjalną ekipę. Ale za dużo kombinowania z kombinezonami nie będzie.

Naród wciąż pana kocha? Małyszomania trwa?

- Już nie jest tak intensywna jak między 2000 a 2004 rokiem. Ludzie mnie rozpoznają, są życzliwi. Kiedy skakałem słabo, nikt jednak nie mówił: "Kończ, dziadku, ustąp miejsca młodszym". Mówili raczej: "Niech pan skacze dla własnej przyjemności. Pan już nic nie musi, pan już tyle osiągnął". Ale ja wciąż skaczę, bo chcę wygrywać. Motywacja jest ogromna. Na razie jestem pełen optymizmu i nadziei.

Liczby Małysza

38 - tyle konkursów PŚ wygrał w karierze (więcej, 46, tylko Fin Matti Nykänen. Jego rodak Janne Ahonen ma 36 zwycięstw)

77 - tyle razy był na podium PŚ (więcej, 105, tylko Ahonen)

statystyki ze strony Skokinarciarskie.pl

Specjalny serwis Sport.pl - Vancouver 2010 »


Więcej o: