Sport.pl

Chrońmy polskich siatkarzy

Jeśli nasi działacze znaczą aż tak wiele w międzynarodowej siatkówce, powinni polskie gwiazdy chronić. Spróbować odchudzić kalendarz. Dać wszystkim regularne wakacje. Oddzielić sezon reprezentacyjny od klubowego, żeby nie odrywać siatkarzy od boisk ligowych i nie zmuszać ich do gry w kadrze bez przygotowania - pisze Rafał Stec, dziennikarz ?Gazety Wyborczej? i Sport.pl
Giganci żyją krócej. Rekordzista wśród homo sapiens Robert Wadlow - zmierzone 272 centymetry od stóp do głów - zmarł po 22. urodzinach, bo przez swoje wynaturzenie miał słabe czucie w nogach i nie zorientował się, że zaatakowała go infekcja. Siatkarzom nic nie grozi - są "tylko" duzi, wytrenowanie pozwala im raczej wierzyć w długą, zdrową starość - a ja przywołuję skrajny, makabryczny przypadek, bo działacze sportowi często potrzebują oberwać obuchem, żeby dotarły do nich prawdy oczywiste. Zwłaszcza globalne władze siatkówki.

Wielki nie znaczy niezniszczalny, tymczasem działacze FIVB widzą w siatkarzu stworzenie, które zniesie więcej. Ściślej - zniesie wszystko, a jeśli nawet nie, to należy sprawdzić, ile musimy z niego wycisnąć, żeby padło.

Obecny sezon - przecież niespecjalnie przeładowany, raczej będący oddechem po zeszłorocznej olimpijskiej kulminacji - przebiegał dla wybitnych polskich przedstawicieli gatunku następująco: natychmiast po ligowym finiszu ruszyły przygotowania do Ligi Światowej, następnie ruszyła Liga Światowa, potem były eliminacje do mundialu, później ostre trenowanie przed mistrzostwami Europy urozmaicone memoriałem Wagnera, potem złote mistrzostwa Europy, następnie powrót ligi, potem wypad do Kataru na tzw. klubowe mistrzostwa świata, potem lot do Japonii na zakończony właśnie Puchar Wielkich Mistrzów, a zaraz krajowe granie będzie trzeba godzić z Ligą Mistrzów. Kurkowi, Bąkiewiczowi i Możdżonkowi gratuluję, że jeszcze chodzą normalnie, bez podpierania się rękoma. Ich kolegom też, choć kilku najbardziej przeciążonym się poszczęściło, trener Castellani pozwolił im odpocząć w trakcie LŚ.

Eksperyment jak zwykle się powiódł, pacjenci ledwie zipią.

Na turnieju w Japonii obrywają nawet od gospodarzy (w standardach siatkówki niewiele wyższych niż taborety), skarżą się na zmęczenie, sami przyznają, że to wstyd, by mistrzowie Europy grali tak nędznie.

Mylą się. Nie są zmęczeni, lecz wycieńczeni. Nie oni powinni się tłumaczyć, lecz zaokrąglone paniska z lóż honorowych, które tę młóckę zaordynowali.

Powtórzę, co już w "Gazecie" pisałem: nie znajdziecie drugiej gry zespołowej z porównywalnie opuchniętym kalendarzem, nawet otuleni powszechnym współczuciem najznakomitsi piłkarze nożni miewają regularne wakacje, sezon od sezonu oddziela u nich czasowa wyrwa na zbijanie bąków. W siatkówce turniejów nieustannie przybywa, okleja się je coraz bardziej groteskowymi metkami (kto wymyślił nazwę Puchar Wielkich Mistrzów!?), zapaskudza coraz bardziej kuriozalnymi regulaminowymi wywijasami, a gracze muszą w dodatku co rusz oblatywać świat dookoła. Już nawet nie wspominam, że gniotą się w klasie ekonomicznej, bo to wobec degeneracji całego systemu błahostka. Znaczy błahostka dla nas i działaczowskich figur, które nie odrosły ponadprzeciętnie daleko od podłogi.

Wysiłek siatkarzy dostrzec trudniej niż wysiłek innych sportowców, którzy biegają i się ze sobą zderzają, ale to siatkarze uprawiają dyscyplinę nienaturalną, szczególnie wymagającą dla anatomii i narażającą na deformacje - nasi przodkowie już miliony lat temu, od wczesnych stadiów półmałpich, poruszali kończynami dolnymi w celu przemieszczania się, natomiast uporczywe skakanie do piłki jest wynalazkiem stosunkowo nowym, ewolucyjnie jeszcze się do niego nie przystosowaliśmy. Stąd chroniczne urazy kolan i kręgosłupów, z którymi siatkarze zmagają się mimo braku fizycznego kontaktu z przeciwnikiem.

Ofiarami jako pierwsi padli notorycznie przegrywający ostatnio Włosi.

Ich kryzys kryzysem, deficyt młodych talentów deficytem, ale niedawnych hegemonów rozłożyły również przewlekłe choróbska, niemal każdą imprezę poprzedza u nich liczenie rannych. Pamiętacie igrzyska? Rozmaite kontuzje leczyła w Pekinie ponad połowa kadry, trener przesuwał graczy na obce im pozycje, cały turniej trwała desperacka łatanina.

Włosi cierpieli, bo od dawna grali krańcowo intensywnie. Także wskutek najsilniej obsadzonych rozgrywek ligowych. Może to nie przypadek, że w bieżącym sezonie miesiącami leczą się akurat Winiarski, Świderski i Skowrońska, czyli ludzie rywalizujący w Serie A do ostatnich faz play-off? Polskim gwiazdom też grozi los włoskich - każe się im świecić non stop, bez ustanku ciąga się je z półkuli na półkulę, eksploatuje ponad zdrowy rozsądek, a konkurencja w lidze rośnie. Działaczowska zachłanność nawet olimpijskie kwalifikacje rozbudowała do wielostopniowego molocha, kilkanaście dni przed igrzyskami zafundowała najlepszym finał Ligi Światowej w Brazylii, w niektórych sezonach wyrastają z niej aż trzy turnieje interkontynentalne.

Jeszcze chwila, a działacze zorganizują z braku terminów dziennych rozgrywki nocne. I rozgrywki na lotniskach - żeby nie marnować czasu, kiedy siatkarze bezczynnie czekają na samolot. A przecież akurat w tym sporcie trenerzy specjalnie sobie cenią długie zgrupowania, bo pod siatką improwizacja nie zastąpi cierpliwie wykuwanej, perfekcyjnej współpracy całej drużyny.

Nadmiar imprez prowokuje dolegliwości nie tylko fizyczne.

Podróże i nieustająca rywalizacja pod presją wyczerpują mentalnie. Kurek fruwał miesiącami, ale 21 lat ma się tylko raz w życiu, a nie wiadomo, kiedy nasz młody atleta odetchnie. Jak długo sponsorzy i PZPS będą się zgadzać, by selekcjoner wystawiał rezerwy w LŚ, czyli rozgrywkach arcyważnych z medialno-marketingowego punktu widzenia?

Skoro nasi działacze znaczą aż tak wiele w międzynarodowej siatkówce, powinni polskie gwiazdy chronić. Spróbować odchudzić kalendarz. Dać wszystkim regularne wakacje. Oddzielić sezon reprezentacyjny od klubowego, żeby nie odrywać siatkarzy od boisk ligowych i nie zmuszać ich do gry w kadrze bez przygotowania. Cała operacja "Puchar Wielkich Mistrzów" to istne horrendum - Polacy przelecieli pół świata, zmienili strefę czasową, zostali zagonieni na parkiet zaraz po wyjściu z samolotów.

Kto gardzi ich zdrowiem, niech pomyśli o interesie sportowym. Chcemy meczów na zachwycającym poziomie? Wolimy, by do medali doskakiwali najlepsi czy ci, którzy przetrwali lub akurat wyzdrowieli, co byłoby fałszowaniem wyników? Polskie porażki w Japonii mają zasadniczą zaletę - dają szansę, by przekuć je w sukces.

Podyskutuj o felietonie na blogu Rafała Steca

Więcej o: