Sport.pl

ATP World Finals. Polacy pobili "Federerów"

6:4, 6:4 Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski pokonali w pierwszym meczu Masters najlepszy debel świata Nenada Zimonjicia i Daniela Nestora. To tak, jakby w singlu na otwarcie turnieju przegrał Federer
Co nowego u deblistów? Czytaj ich bloga! »

Rozstawieni z ósemką Polacy nie mogli wymarzyć sobie lepszego startu. Po losowaniu grup Masters, gdzie na koniec sezonu rywalizuje ośmiu najlepszych singlistów i osiem najlepszych par roku, Fyrstenberg z Matkowskim byli skazywani w pierwszym meczu na klęskę. Serbsko-kanadyjska para to liderzy światowego rankingu, bronią w Londynie tytułu wywalczonego rok temu w Szanghaju, byli też typowani przez bukmacherów i większość fachowców na głównych faworytów do zwycięstwa. Tylko w tym roku wygrali dziewięć turniejów m.in. Wimbledon, zarobili 2 mln dol.

Polacy w ostatnich dwóch latach pokonali Nestora i Zimonjicia tylko raz, w zeszłym roku na turnieju z serii Masters w Madrycie. Porażek zaliczyli siedem.

Dlatego to, co stało się w niedzielę na oczach 15 tys. widzów w imponującej hali O2 Arena nad Tamizą, było totalnym zaskoczeniem. Polacy zagrali bajecznie, przy swoim podaniu dominowali tak bardzo, że rywale ani przez moment nie mogli nawet marzyć o wygraniu gema. Nie mieli nawet jednej szansy przełamania podania, Polacy zrobili to dwukrotnie. - To był niemal perfekcyjny mecz, lepiej być nie mogło. Jeśli dalej będziemy tak grać, turniej może być dla nas bardzo udany - uśmiechali się po meczu, który gwarantuje im już do podziału 87,5 tys. dol. (65 tys. startowego i 22,5 tys. za każdy wygrany mecz).

Mariusz i Marcin serwowali prawie bezbłędnie, w całym spotkaniu przegrali tylko siedem piłek przy własnych zagrywkach. Ale iskry leciały też z kortu, gdy gra przenosiła się bliżej siatki. Niektóre akcje Polaków, zwłaszcza kilka "gaszonych" wolejów Matkowskiego, były klasy światowej. Gra z przodu zawsze była piętą achillesową Polaków, ale w niedzielę udowodnili, że rzeczywiście robią w niej postępy.

Nestor i Zimonjić opuszczali kort z nisko spuszczonymi głowami, a Mariusz i Marcin dostali brawa od kilkunastu tysięcy brytyjskich fanów czekających na mecz Andy'ego Murraya. Teraz praktycznie wystarczy im jedno zwycięstwo w pozostałych dwóch meczach, czyli albo z Maheshem Bhupathim z Indii i Markiem Knowlesem (nr 3) z Bahamów albo z czesko-słowacką parą Frantiskiem Cermakiem i Michalem Mertinakiem (5).

Ze zwycięstwa bardzo cieszył się Radosław Szymanik, trener, który pomaga Polakom od kilku miesięcy. Przed meczem on także odważnie przekonywał, że Mariusz i Marcin mogą sprawić niespodziankę, bo znacznie ciężej pracują na treningach.

Emocje na trybunach w polskim obozie były ogromne. - Zawału można dostać, ale super zagrali - wzdychała Ewa Fyrstenberg, mama Mariusza. - "Mateczka", byłeś niesamowity - gratulował Marcinowi Zdzisław Fyrstenberg.

W poniedziałek starty w O2 Arena rozpoczyna Łukasz Kubot, który razem ze swoim austriackim partnerem Olivierem Marachem zmierzy się w grupie B z Czechem Lukasem Dlouhym i Leanderem Paesem z Indii. Kubot z Marachem debiutują w Masters i bukmacherzy nie dają im większych szans, ale Polak i Austriak lubią grać pod presją. Podobnie było np. w Australian Open, gdy ograli Zimonjicia i Nestora, a potem Fyrstenberga i Matkowskiego i doszli aż do półfinału.

To nasz najlepszy mecz w sezonie

Mariusz Rabenda: Zagraliście niemal idealnie.

Mariusz Fyrstenberg: Zdecydowanie był to nasz najlepszy mecz w tym sezonie, a to, co zagrał dziś Marcin, to po prostu mistrzostwo świata. Grał perfekcyjnie.

Marcin Matkowski: No... nie ujmuj sobie, też sporo dołożyłeś się do tej wygranej.

Po meczu nie cieszyliście się zbytnio. Trzymały was emocje?

MF: Na pewno tak, ale też z drugiej strony to dopiero pierwszy krok w tym turnieju. Przed nami jeszcze dwa mecze grupowe. Wygraliśmy bitwę, ale wojna trwa.

Który moment był przełomowy dla wygranej?

MM: Kiedy przełamaliśmy ich serwis w pierwszym secie na 3:2 i zaraz potem, gdy utrzymaliśmy własne podanie. To dodało nam pewności siebie, a ich trochę rozbiło. Ale to nie jest tak, że oni zagrali dziś słabiej, to my im na niewiele pozwoliliśmy. Cały czas przy ich serwisie wywieraliśmy na nich presję. W takiej sytuacji musieli gdzieś zgubić punkty.

Drugiego seta zaczęliście od ostrej presji na serwującego Nestora. Taka była taktyka?

MF: Zawsze najłatwiej jest zrobić breaka na początku seta. Chcieliśmy od razu uzyskać przewagę. I udało się, choć potem trzeba było bronić własnego serwisu. W tym meczu serwowaliśmy jednak wyjątkowo dobrze. To była podstawa zwycięstwa. Mogliśmy spokojnie koncentrować się na próbach przełamania returnów rywali. Nawet gdy na początku meczu miałem moment nieco słabszego serwisu, co mi się czasem ciągle zdarza, to na szczęście Nestor i Zimonjić nie najlepiej returnowali w tych początkowych gemach, a do tego Marcin doskonale grał przy siatce i te słabiej serwowane przeze mnie gemy wygraliśmy dość pewnie.

To dobrze, że na początku graliście z numerem jeden?

MF: Bardzo dobrze. Oni wygrali dwa ostatnie turnieje i byli faworytami. My mogliśmy się tylko pokusić o niespodziankę i tak się stało. Z drugiej strony kiedy analizuje się ich mecze, widać, że w tym sezonie najsłabiej wypadali właśnie w pierwszych rundach turniejów. Dziewięć razy odpadli właśnie po porażkach na początku. Potem jak się rozgrywali, często dochodzili aż do zwycięstw w finałach.

Spiker, zapowiadając mecz, wywołał was błędnie jako Frantiska Cermaka i Michala Mertinaka. To rozproszyło was czy może wkurzyło i zmobilizowało?

MF: Śmieszyło. Zarówno nas, jak i Nestora z Zimonjiciem. Była chwila konsternacji, bo nikt nie wychodził z tunelu na kort. W końcu spiker poprawnie nas wywołał.

Po meczu im do śmiechu nie było. Coś wam powiedzieli?

MF: Nic, kompletnie. Razem w czwórkę byliśmy na siłowni. Ćwiczyliśmy w absolutnej ciszy. My się nie odzywaliśmy, bo to przecież nie nasza rola pytać pokonanych, co się stało.

Jakie plany na poniedziałek?

MF: Tylko lekki trening. Nie będziemy specjalnie pracować nad poprawieniem jakiegoś elementu gry, bo po tym, co zagraliśmy dzisiaj, nie ma czego poprawiać.

Chłopcy do bicia stali się faworytami do awansu »


Więcej o: