Zaplecze reprezentacji Smudy? Jak piątoligowcy pobili nadzieje polskiej piłki

Polacy rzadko mierzą się z rywalami, którzy nie górują nad nimi techniką, z trudem przyjmują piłkę, nie umieją celnie podawać po ziemi. We wtorek z takim dziwolągiem zagrała reprezentacja U-23 trenera Stefana Majewskiego. Przegrała 1:2
Zespół nazywany przez PZPN zapleczem pierwszej reprezentacji poległ z Anglią C. Ale wyspiarze nie wysłali do Grodziska trzeciego zespołu. W Anglii C grają piłkarze najwyżej 23-letni, występujący w piątej i niższych ligach angielskich.

- W Europie ludzie myślą, że nasz futbol zaczyna się na Manchesterze United i kończy na Chelsea. A prawdziwy angielski kibic nie przedłoży hitu Premier League nad mecz swojej drużyny. We wrześniu na spotkanie Oxford - Luton przyszło 10 tys. ludzi. To ledwie piąta liga - tłumaczył mi Matthew Dadcock, dziennikarz "The Non-League Paper".

Non-league to nazwa rozgrywek poniżej czwartej ligi. W piątej zdarzają się jeszcze zawodowcy, lecz większość to półamatorzy zarabiający na piłce najwyżej 200 funtów tygodniowo. W Grodzisku na prawej obronie Polaków straszył Tom Cadmore, z zawodu księgowy, ostatnie pięć minut zagrał nauczyciel WF-u John Hedge z ósmoligowego Halifax Town.

Do zespołów z non-league trafiają głównie wychowankowie największych klubów, którym nie zaproponowano zawodowych kontraktów. Z Polską zagrali piłkarze wyuczeni w Tottenham, Birmingham i Evertonie. Nie zachwycili wyszkoleniem technicznym, genialnymi dryblingami ani dokładnymi podaniami. Zachwycili siłą i zaangażowaniem. Nie odpuszczali nawet w sytuacjach beznadziejnych, walczyli o każdą piłkę, choć w Grodzisku Wielkopolskim rozgrywano sparing, o którym większość Anglików nie miała zielonego pojęcia. - Oni uwielbiają przyjeżdżać na zgrupowania. Mieszkają w najlepszych hotelach, trenują i grają w takich samych koszulkach jak Rooney czy Terry z pierwszej reprezentacji. Dla nich to wielki honor - tłumaczy Dadcock.

Do Polski Anglia C przyjechała osłabiona. Kilku graczy nie zwolniły kluby, bo tego samego dnia rozgrywały powtórki III rundy eliminacji Pucharu Anglii. - Przywieźliśmy eksperymentalny skład. Średnia wieku ledwie przekraczała 21 lat, zagrało dwóch 18-latków - mówił trener Paul Fairclough. On właściwie przed każdym spotkaniem musi kombinować. Powołuje najlepszych, a ci szybko zmieniają kluby. W styczniu kilku z bohaterów z Grodziska przejdzie do klubów czwarto- i trzecioligowych.

Dzięki Faircloughowi drużyna dorobiła się także kibiców. 59-letni Anglik od lat pracuje w Barnet. Dla niego kilkunastu kibiców z tego miasta jeździ po Europie. Dotarli na Węgry, Maltę i do Bośni, 16 stawiło się również w Grodzisku. Dzięki nim wtorkowe spotkanie przypominało mecz międzypaństwowy. Gdy zaśpiewali hymn, zatrząsł się cały Grodzisk. Później zaprezentowali repertuar znany z meczów pierwszej reprezentacji z "Come on England" i "Football's Coming Home" na czele. - Po meczu piłkarze i trener składają autografy na jednej koszulce i dają ją kibicom. Oni decydują, który ją zatrzymuje - tłumaczy Dadcock.

Nie zawiedli także Polacy. Po raz pierwszy byłem na krajowym meczu, podczas którego z trybun nie poleciało ani jedno przekleństwo. Kibice, w większości nastoletni, wznosili hasła niemal u nas zapomniane. Rozlegało się: "Kto nie skacze, ten z Anglią", "Polacy, my chcemy gola", "Jesteśmy z wami". Gdy arbiter nie podyktował jedenastki za faul na Dawidzie Janczyku (strzelił gola), ktoś krzyknął: "Sędzia kalosz!".

Kibice wykazali się anielską cierpliwością. Piotr Ćwielong z Wisły i Adrian Paluchowski z Legii czy Janczyk z belgijskiego Lokeren nie różnili się od angielskich piątoligowców. Do ich wad dołożyli błędy w obronie i brak zaangażowania. Pierwszego gola stracili po... własnym rzucie rożnym. Piłka kopnięta przez Adriana Mierzejewskiego z Polonii Warszawa wylądowała pod nogami stojącego przy słupku Anglika. Ten rozpoczął kontrę, po której bramkę zdobył Chris Holoroyd. Druga bramka padła po rajdzie lewą stroną i dośrodkowaniu tego piłkarza. Piłkę dostał Matthew Barnes-Homer i pokonał Rafała Kwapisza. Anglikom nikt w tej akcji nie przeszkadzał, obrońcy stali kilka metrów od nich.

- Piłkarze zawsze muszą dawać z siebie wszystko. A dzisiaj tak nie było. Anglicy pokazali dyscyplinę taktyczną i mentalność zwycięzców - mówił Stefan Majewski. Na pytanie, których piłkarzy poleci trenerowi Smudzie, odpowiedział, że po jednym meczu nie można nikogo oceniać.