Agnieszka Radwańska: Moja szczęśliwa dziesiątka

- Sama nie mogę uwierzyć, że miałam taki udany finisz sezonu. Może w przyszłym roku czas na półfinał Szlema - mówi Sport.pl i ?Gazecie Wyborczej? Agnieszka Radwańska.
Radwańska: jak paparazzi wyśledzili mnie na Mauritiusie
Jakub Ciastoń: Skąd pomysł, żeby na wakacje jechać taką tenisową paczką? Była pani pod palmami z Karoliną Wozniacki, Angeliką Kerber i siostrą Urszulą?

Agnieszka Radwańska: Miało nas być więcej, ale nasza przyjaciółka Rumunka Sorana Cirstea w ostatniej chwili zrezygnowała. Chciałyśmy jechać gdzieś na koniec świata, żeby odpocząć od tenisa i ludzi. Myślałyśmy o Barbadosie, Dominikanie, stanęło na Mauritiusie. Wakacje udane, choć od tenisa tak do końca nie odpoczęłyśmy. Akurat leciał w telewizji męski turniej w Paryżu i korciło, żeby wieczorami pooglądać (śmiech).

Chciałyście się ukryć, ale paparazzi i tak was dopadli.

- To było niesamowite, czekali na plaży już pierwszego dnia! Byli w rybackiej łódce z taką wielką lufą-obiektywem. Miejscowi, nie Polacy czy Duńczycy. Trochę zepsuli nam wakacje, ale w sumie dobrze, że zrobili swoje i sobie poszli. Zresztą to nie było żadne topless, jak pisały brukowce. Opalałyśmy plecy, i tyle. W kożuchach miałyśmy leżeć?

Wychodzi na to, że nie ma już miejsca na świecie, gdzie nie byłaby pani rozpoznawalna?

- Zauważyłam nawet, że częściej rozpoznają mnie za granicą niż w Polsce. U nas jeszcze czasem wystarczą rozpuszczone włosy albo czapka, tam już nie. Jak pojechałyśmy na Mauritiusie zobaczyć krokodyle, też od razu nas poznali.

Przed wyjazdem na wakacje miała pani zabieg chirurgiczny ścięgna w prawej dłoni. Czy wszystko już w porządku?

- Kąpałam się trochę w morzu, ale miałam specjalne lateksowe rękawiczki. Cały czas mam drobny opatrunek. We wtorek idę na zdjęcie szwów i kontrolę. Nie odczuwam bólu, z zewnątrz wszystko się zagoiło, ale dopiero w poniedziałek na treningu będzie można powiedzieć, co się dzieje pod skórą. Lekarz radził trzy tygodnie przerwy i właśnie tyle czasu wtedy minie.

Dzięki niesamowitemu finiszowi w Azji udało się pani obronić 10. miejsce na koniec sezonu. Co się stało, że w Tokio i Pekinie zagrała pani tak dobrze?

- Chyba chodzi o to, że grałam na zupełnym luzie, bez presji. Do Tokio leciałam pogodzona, że nie wrócę do dziesiątki, myślałam nawet, że nie zagram już w tym sezonie. Ręka bolała tak bardzo, że musiałam brać zastrzyki, żeby móc trzymać rakietę. Ale zagrałam jeden mecz, potem drugi i... poleciało. Trenowałam 15 minut dziennie, niczym się nie przejmowałam. Doszłam w Japonii do półfinału, finału w Pekinie, potem półfinał w Linzu. Sama jestem zaskoczona, że udało się w dziesiątce zostać, pomogło trochę szczęście. Ale na początku roku ciągle przegrywałam wygrane mecze, więc na koniec mogłam trochę powygrywać (śmiech). Wyrównało się! Gdy Marion Bartoli goniła mnie w listopadzie, trochę miałam nawet stracha. Jakoś zapomniałam o tym turnieju i się już pogodziłam z tą "dychą". Na szczęście mnie nie dogoniła.

Agnieszka Radwańska (galeria)




Cały sezon narzekała pani na nowe przepisy, które zakazywały gry w małych turniejach, ale dostała pani za to ponad 250 tys. dol. premii od WTA. To w końcu lepiej być w dziesiątce, czy nie?

- Są dwie strony medalu. Ciągle uważam, że zawodniczki powinny same wybierać, gdzie chcą grać. To ogranicza swobodę. Teraz doszło do tego, że turnieje Mandatory są trudniejsze i bardziej prestiżowe niż Wielkie Szlemy. W tych pierwszych od razu trafiasz na silną rywalkę, w Szlemie dopiero w trzeciej rundzie. Karolina Woźniacka była przed sezonem poza dziesiątką i grała w tym roku wszystko, ale w przyszłym sezonie już tak łatwo nie będzie. Zobaczy, że kalendarz będzie trudniejszy.

Czy turniej Masters w Dausze to dobra reklama tenisa - zawodniczki były w bandażach, cierpiały, ale mimo to grały. Wiktoria Azarenka w meczu z panią powinna chyba skreczować wcześniej. To był horror

- Taki jest babski tenis. Dziewczyny nie umieją przestać. One nawet na treningu dają z siebie wszystko, mężczyźni umieją odpuścić. Nie rozmawiałam z "Wiką" po meczu, więc nie wiem, czemu nie zeszła wcześniej. Ja czułam się dobrze, a miałam jeszcze dodatkową motywację, bo moje zwycięstwo dawało półfinał Karolinie. Kupiła mi potem w prezencie fajną torebkę. Ale WTA też dołożyła swoją cegiełkę do tego "szpitala", bo Dauha to nie jest najlepsze miejsce na turniej o tej porze roku. Był 50-stopniowy upał. Ale dziewczyny grały też do końca, bo nie ma co ukrywać, że finansowo to jest bardzo łakomy kąsek.

Serena Williams czeka na wyrok w sprawie słynnego już ataku na sędzię. Należy jej się surowa kara?

- Ja ją rozumiem, miała prawo się zdenerwować, tym bardziej że sędzia nie miała racji. Może słowa były tylko za mocne. A karę dostanie symboliczną, bo jest numerem jeden.

A co sądzi pani o dyskwalifikacji Yaniny Wickmayer za unikanie kontroli antydopingowej?

- Trudno uwierzyć, że zapomniała wysłać dane o miejscu pobytu. Przypominają o tym na każdym kroku. To uciążliwa procedura, ale da się wytrzymać. Mnie sprawdzają średnio dwa razy w roku i zawsze mnie znajdują.

Kilka dni temu odwiedził was w Krakowie Ricardo Sanchez, znany hiszpański trener. Czy to znak, że coś może się zmienić w waszym sztabie?

- Był u taty prywatnie. Znają się z turniejów. Chciał zobaczyć Tatry. Nie planujemy żadnych większych zmian, może poza tym, że trochę więcej czasu spędzę na siłowni. Zmienię też nieco kalendarz, z obawy o rękę nie będę grała tak wielu turniejów z rzędu jak np. przed US Open. Nie wiem jeszcze, jakie mniejsze imprezy wybiorę, ale na dziś nie gram w maju w Warszawie. Najbliższe plany? Do stycznia zostaję w Krakowie, zaczynamy z Ulą studia na AWF, będę chodzić normalnie na zajęcia, dopóki będę mogła. Pierwszy turniej gram w styczniu w Sydney, potem Australian Open. Mam nadzieję, że nie wpadnę w pierwszej rundzie na Justine Henin, która będzie nierozstawiona.

Jakie cele na przyszły sezon?

- Dobry wynik w Szlemie, może wreszcie jakiś półfinał. Ranking nie jest aż tak ważny. Jeśli jestem w piętnastce, nie dzieje się nic złego.

Łukasz Kubot » w pierwszej setce rankingu ATP