Po halowych ME w Wiedniu: czas na Ateny!

Czy jesteśmy lekkoatletyczną potęgą, okaże się za dwa lata na igrzyskach w Atenach


Przed halowymi mistrzostwami kontynentu w Wiedniu wielokrotnie powtarzano, że nie startują w nich najlepsi i dlatego nie oddają one w pełni układu sił w europejskiej i światowej lekkoatletyce. Jednak porównanie wyników, które osiągnęli nasi złoci medaliści, z wynikami z innych imprez wychodzi na korzyść Polaków.

Urbaś wicemistrzem świata i USA?

W marcu 2001 r. w Portugalii podczas halowych mistrzostw świata na 200 m najlepszy był Amerykanin Shawn Crawford z czasem 20,63. Marcin Urbaś pokonał w sobotę w Wiedniu ten dystans w 20,64. Dzień później jednak, podczas lekkoatletycznych halowych mistrzostw USA w Nowym Jorku, ten sam Crawford uzyskał czas 20,49. Urbaś zająłby w Nowym Jorku z czasem 20,64 drugie miejsce.

Paweł Czapiewski rok temu na MŚ w Lizbonie był dopiero szósty, z czasem 1:50,51. Zwyciężył wtedy Rosjanin Jurij Borżakowski - 1:44,49. Niedzielny wynik Czapiewskiego z Austrii - 1:44,78 (rekord Polski, najlepszy w tym roku wynik na świecie).

Kolejny nasz złoty medalista Marek Plawgo przebiegł w Wiedniu 400 m w 45,39. Daniel Caines został ubiegłorocznym mistrzem świata w hali z czasem 46,40. Teraz lepsze czasy miała cała trójka medalistów.

I wreszcie sztafeta 4x400 m, która pobiegła wolniej niż przed rokiem. Mistrzostwo świata wywalczyliśmy w składzie Rysiukiewicz, Haczek, Bocian, Maćkowiak (3:04,47), a w mistrzostwach Europy pobiegli Plawgo, Rysiukiewicz, Gąsiewski, Maćkowiak (3:05,50).

Jak więc widać, Polacy, niezależnie od klasy rywali, osiągnęli wyniki, których nie muszą wstydzić się na świecie. Szef szkolenia PZLA Jerzy Skucha najwyżej ocenia osiągnięcie Pawła Czapiewskiego, który w finale pokonał mistrza olimpijskiego Szwajcara Andre Buchera i doprowadził rekord kraju do światowego poziomu. - Maksymalnie liczyłem na pięć medali - dodaje Skucha.

Po kłopotach

Dlaczego wcześniej nasza lekkoatletyka nie odnosiła takich sukcesów jak w Wiedniu? Bo brakowało pieniędzy. Przed rokiem polscy lekkoatleci wystąpili z krytyką Polskiego Związku Lekkoatletyki. Oskarżano władze PZLA o lenistwo, brak odpowiedniej opieki medycznej czy zaległości w wypłacaniu stypendiów. Gdy wiosną ubiegłego roku wywalczyliśmy w Bremie Puchar Europy, Szymon Ziółkowski, mistrz olimpijski i świata w rzucie młotem, mówił: - Trochę szkoda, że wygraliśmy Superligę, bo teraz nikt nie uwierzy, że źle się dzieje w PZLA. A w Bremie dla kilku zawodników zabrakło dresów.

Teraz sytuacja jest inna. Związek pozyskał potężnego sponsora (Browary Żywiec), a kilka największych gwiazd (Korzeniowski, Ziółkowski, Czapiewski) stworzyło jedną grupę profesjonalną, dofinansowaną przez Elite Café.

Już stworzenie Teamu 400 kilka lat temu potwierdziło, że tylko prywatni sponsorzy i profesjonalna organizacja mogą zagwarantować w obecnych warunkach powodzenie lekkoatletycznego przedsięwzięcia.

Marek Plawgo, który może od jakiegoś czasu wyjeżdżać na treningi za granicę, chociażby do RPA, poczynił ogromne postępy. Tak samo Czapiewski i czterystumetrowcy mogą się już przygotowywać na światowym poziomie.

Potwierdzenie w Atenach

Jednak ciesząc się z występu Polaków, pamiętajmy, że tak naprawdę w świecie lekkoatletycznym najważniejsze są starty na otwartych stadionach. A z nich największą rangę mają igrzyska olimpijskie, w których konkurencja jest nieporównywalnie większa niż w halowych ME. Dla obecnego pokolenia naszych lekkoatletów szansą potwierdzenia, że faktycznie jesteśmy lekkoatletyczną potęgą, będą igrzyska w 2004 roku w Atenach. Szefowie PZLA przewidują, że tak właśnie będzie. Irena Szewińska, prezes związku, ogłosiła, że oto narodziła się "cudowna drużyna".

Jeśli nie zabraknie pieniędzy, szansa na sukces rzeczywiście jest - Marek Plawgo będzie miał w Atenach 23 lata, Marcin Urbaś - 27, a Paweł Czapiewski - 25. Natomiast Robert Maćkowiak podkreśla, że szykuje się na Ateny, by potem zakończyć karierę.