Nie żebrać o paszport

Jak daleko wolno się nam posunąć, by zachęcić zagranicznego piłkarza do naszej drużyny narodowej? Czy wolno naciskać na rodziców? Co sądzimy o piłkarzu, który wkłada biało-czerwoną koszulkę dopiero, gdy nie zaoferują mu innej, ze sportowego punktu widzenia cenniejszej? Jak miałyby przebiegać rokowania z werbowanym? Czy za grę dla kraju wypada cokolwiek obiecywać?
Miguel Savanez uciekał do Polski w posępnych czasach. To wtedy kodowana telewizja odebrała futbolowe transmisje argentyńskiej telewizji publicznej, przeciętnego obywatela nie było stać na dekoder, pogwałcono podstawowe prawo człowieka, rozsierdzony lud wyległ na ulice. Rodzice Savaneza wyemigrowali do Zabrza, o którym słyszeli wiele dobrego.

O szkółce piłkarskiej Gwarka też słyszeli wiele dobrego. Nie zawiedli się, Miguel wyrósł na doskonałego napastnika, prędko stał się gwiazdką polskich reprezentacji juniorskich, uwiódł bossów Juventusu Turyn, których FIFA ukarała szlabanem na transfery za nielegalne nakłanianie młodzieńca do przeprowadzki. Kiedy Savanez dojrzał, Argentyńczycy jęli go przekonywać, by grał dla ich kadry. Chłopak był zdumiony i zagubiony, bo choć pasjami nawiedzał rodzinne Buenos Aires, to dorastał między Polakami, mówił po polsku, ćwiczył w polskich klubach, od dziecka grał dla Polski. Propozycji w ogóle by nie rozważał, gdyby nie rodzice, których nachodzili Argentyńczycy. Mama śniła o Miguelu w ojczystych biało-błękitnych pasach, syn nie chciał jej skrzywdzić. Gryzł się, nie zasypiał do świtu, odwlekał decyzję.

W Polsce zawrzało. "Kradną nam nowego Bońka!" - histeryzowały tabloidy. "Argentyńczycy postępują nieetycznie, to my go wyuczyliśmy" - żołądkowali się wybitni trenerzy.



Snuję opowiastkę nieco surrealistyczną, od czytelnika wymagającą wyobraźni rozciągliwej jak sumienie "Fryzjera", ale czort wie, może jutro lub pojutrze, gdy Rzeczpospolita znów rozleje się od morza do morza, to naszych piłkarzy będą pożądać, jak dziś pożądają Brazylijczyków. Postać Miguela uroiłem sobie na wieść, że starania PZPN o przejęcie reprezentanta niemieckiej młodzieżówki Sebastiana Boenischa wywołały u zachodnich sąsiadów wątpliwości, czy piłkarz, w którego rozwój inwestowali, powinien zmieniać drużynę narodową i czy warto inwestować w jemu podobnych.

U nas dylematy natury etycznej wywołała naturalizacja Rogera Guerreiro, któremu prezydent przyznał obywatelstwo w nadzwyczajnym, ekspresowym trybie, by Brazylijczyk wystąpił na Euro 2008. Sprawa kompletnie inna (Roger korzeni polskich nie ma, Boenisch ma polskich rodziców), a zarazem bliźniacza - obaj nauczyli się grać gdzie indziej, obu uważamy za futbolistów lepszych od absolwentów nadwiślańskich szkółek, obu trzeba (było) namawiać na reprezentowanie Polski. Przypadek Rogera wzbudził kontrowersje m.in. dlatego, że coraz powszechniejszy w świecie zwyczaj przysposabiania sobie obcokrajowców zabija ideę rywalizacji drużyn narodowych, zanadto upodabniając ją do rywalizacji klubów, które piłkarzy bez ograniczeń importują.

Franciszek Smuda ogłosił, że obcokrajowców spolszczał nie będzie, chętnie natomiast przeciągnie na pozycje patriotyczne potomków emigracji. Ledwie został selekcjonerem, a już poleciał do Bremy, by negocjować z Boenischem i jego rodzicami. Czasownik "negocjować" chyba najprecyzyjniej oddaje charakter misji - Sebastian mimo dwuletnich nalegań Macieja Chorążyka z PZPN wciąż nie zadbał o polski paszport, jego ojciec polskie szanse na odzyskanie syna szacuje na 50 procent, wyjaśniając, że o decyzji przesądzą "kwestie piłkarskie", że - uwaga - "problemu nie będzie, bo kluby też się zmienia".

Czy Niemcy buntują się słusznie? Smuda i w ogóle wielu kibiców wierzy w kryterium krwi (vide kazus Ludovica Obraniaka, którego z Polską łączy mniej niż Rogera Guerreiro - nic poza drzewem genealogicznym wrośniętym w naszą glebę), nasi sąsiedzi przypisują sobie rodzaj praw autorskich do Boenischa, który zdążył już zdobyć z młodzieżówką Niemiec mistrzostwo Europy. Ich pretensje przypominają mi słowa Michała Łaski, który "czuje się Polakiem, ale siatkarzem jest włoskim". I syn naszego mistrza olimpijskiego z Montrealu gra dla Azzurich.



O zjawisku w skali globalnej myślę bez złudzeń, wkrótce usłyszymy zapewne o dwunarodowych piłkarzach bezceremonialnie handlujących swoim patriotyzmem, ewentualnie tatusiach zapraszających wysłanników federacji na regularne biznesowe pertraktacje i odstępujących syna krajowi, który rzuci na stół więcej.

Pana Boenischa seniora o brzydkie intencje oczywiście nie podejrzewam, bo i nie mam powodów. Nie zamierzam też protestować przeciw łowieniu za granicą graczy polskiego pochodzenia, sam już podczas mundialu w 2002 r. apelowałem na łamach "Gazety" do PZPN, żeby wzorem tureckim rozejrzał się za rodakami dorastającymi w Niemczech; rozumiem wreszcie selekcjonerów zrozpaczonych poziomem wyszkolenia rodzimych graczy. Jerzy Engel, który patronuje sekcji filtrującej obce rynki, pewnie nieraz dumał nad tym, czy jego reprezentacja awansowałaby na mundial bez nigeryjskiego króla strzelców eliminacji Emmanuela Olisadebe. Oglądał też gole wyedukowanego w Holandii Ebiego Smolarka, dostrzega klasę wyedukowanego we Francji Obraniaka oraz wyedukowanego w Brazylii Rogera.

Pojmuję, że nadeszły ciężkie czasy, selekcjonerom współczuję, odzyskiwanie upuszczonej nam krwi akceptuję. Na niuanse kryjące się za przejmowaniem Boenischa zwracam uwagę, bo nadchodzi lustrowanie zachodnich graczy i werbowanie pozytywnie zweryfikowanych na masową skalę. Wspomniany Chorążyk przeczesuje cudze murawy bez wytchnienia i ze szczerym, rzadkim w PZPN zaangażowaniem - rozmawiał już m.in. z Francuzami Koscielnym i Perquisem oraz dziesiątkami anonimowych juniorów. A skoro nadciąga czas wrogich przejęć, zetkniemy się z materią pełną niejasności, znaczoną rozterkami chłopców o pokręconych rodzinnych losach, w skrajnych przypadkach grożącą im emocjonalnym poturbowaniem.



Uwierał mnie - choć najpierw spontanicznie zapłonąłem entuzjazmem - przypadek Roberta Acquafreski, którego chcieliśmy i, jak obija mi się o uszy, wciąż chcemy podebrać Włochom. Kiedy rozmawiałem z nim (po włosku) i Ewą Acquafreską z domu Murkowską (po polsku), słyszałem miotającego się piłkarza i rozentuzjazmowaną mamę. Poczułem się niezręcznie, jakbym właził w jego przestrzeń intymną i wywierał presję, jakbym stosował emocjonalny szantaż wobec chłopca, który nade wszystko nie chce nikomu sprawić przykrości, przymuszony okolicznościami zasłania się dyplomacją, wolałby nagabywań uniknąć.

Acquafresca nam odmówił. Czy dziś, kiedy selekcjoner Marcello Lippi nawet na niego nie spojrzy, Robert byłby skłonny przemyśleć polską ofertę ponownie? Jak daleko wolno się nam posunąć, by go zachęcić? Czy wolno naciskać na rodziców? Co sądzimy o piłkarzu, który wkłada biało-czerwoną koszulkę dopiero, gdy nie zaoferują mu innej, ze sportowego punktu widzenia cenniejszej? Jak miałyby przebiegać rokowania z werbowanym? Czy za grę dla kraju wypada cokolwiek obiecywać?

Żeby sensownie odpowiedzieć, trzeba by się zanurzyć w subtelnościach i analizować każdy przypadek z osobna. Sam oczekuję tylko, byśmy wojnę o ocalenie dla kadry prowadzili w sposób cywilizowany, byśmy nie dobrnęli do granic elementarnej przyzwoitości, byśmy nie kupowali Polaków na targu. I nie żebrali o jałmużnę.